Nazywam się Bożena Kwiatkowska i od ośmiu lat sprzątam w „Winnicy pod Różą" — kameralnej restauracji przy ulicy Floriańskiej w Krakowie. Piszę o tym, co widziałam pewnego wieczoru w połowie września, bo wciąż nie mogę przestać o tym myśleć, chociaż od tamtej pory minęło już kilka dni. Zwykle kończę zmywanie kuchni koło dwudziestej trzeciej i mam wtedy jedno marzenie — dojechać ostatnim tramwajem, zanim zamkną przystanek na Rondzie Mogilskim.
Tego dnia zostałam dłużej, bo pan Wiktor, właściciel, urządzał degustację dla ważnego gościa — polskiego dystrybutora win węgierskich, który od lat sprowadzał Tokaje wprost z winnic pod Tokajem, a swoją firmę prowadził z Warszawy. Nazywał się Marcin Sobieraj i przyjechał audi z rejestracją warszawską — takie rzeczy się zapamiętuje, kiedy człowiek codziennie wyciera podłogę pod czyimiś butami. Pan Wiktor od tygodnia się do tego przygotowywał: wypolerował kieliszki, wyjął obrus, który trzyma tylko na specjalne okazje, kazał kucharzowi przygotować talerz serów dojrzewających prosto z Podhala.
Na stołku przy barze, jak zawsze, siedziała Fasolka — kotka pana Wiktora, ruda, z jednym uchem lekko naderwanym, bo kiedyś się pobiła z sąsiedzkim kotem. Ona tam mieszka od kociaka, ma swoje legowisko za barem i chyba uważa się za współwłaścicielkę lokalu.
Pan Marcin przyjechał wcześniej, jeszcze przed adekwatną degustacją, żeby razem z panem Wiktorem sprawdzić, czy kieliszki nie mają obcego zapachu po zmywarce — taki jego zwyczaj przy większych kontraktach. Przy tej okazji poprosił o szklankę wody z kranu w barze, żeby przepłukać usta między próbami, zanim otworzą adekwatną butelkę. Wypił dwa łyki, skrzywił się lekko, ale nie powiedział nic — uznał, iż to po prostu twarda krakowska woda. Dopiero później, kiedy nalał już do kieliszków przywiezione wino — jakiś Tokaj, drogi, w eleganckiej butelce z woskową pieczęcią — i podał kieliszek panu Wiktorowi, zażartował, żeby zrobić wrażenie: „Zobaczcie, choćby zwierzę czuje jakość — ten kot już się do mnie łasi, bo wyczuwa dobre wino." Roześmiał się, postawił mały spodeczek z odrobiną trunku na barze, tuż obok Fasolki.
Kotka podeszła, powąchała, cofnęła się o krok i usiadła plecami do spodeczka. Nie tknęła. Zamiast tego zeskoczyła z barowego stołka i podeszła do zlewu pod kranem, z którego pan Marcin nalewał sobie wodę — obwąchała kran, potem kaloryfer rury biegnącej wzdłuż ściany w stronę piwniczki, jakby szła śladem czegoś, co dało się wyczuć tylko nosem. Pan Wiktor spróbował wina sam, pochwalił, powiedział, iż to rzeczywiście dobry rocznik, iż warto rozważyć współpracę. Rozmawiali o cenach — słyszałam, jak pan Marcin rzucił liczbę: dwadzieścia dwa złote za butelkę przy zamówieniu hurtowym, dwieście skrzynek na start. Duży kontrakt jak na tak mały lokal.
Ale Fasolka nie dawała spokoju. Odeszła od zlewu, podeszła do drzwi prowadzących do piwniczki win, usiadła przed nimi i zaczęła miauczeć — nie tak jak zwykle, kiedy prosi o jedzenie, tylko jakoś natarczywie, wysoko, jakby chciała, żeby ktoś tam zajrzał. Pan Wiktor machnął ręką, powiedział „Fasolka, nie teraz", i wrócił do rozmowy o kontrakcie.
Ja akurat wynosiłam worek ze śmieciami tą samą drogą, obok piwniczki, bo tamtędy jest bliżej do kontenerów na podwórku. Zauważyłam, iż drzwi piwniczki są uchylone, a od środka ciągnie dziwny zapach — nie stęchlizna, coś innego, ostrzejszego, jakby coś przelało się na kamienną podłogę. Nie mój interes, pomyślałam, mam jeszcze zlew pełen garnków po serach.
Kucharz, pan Radek, wyszedł w tym momencie z kuchni z tacą kanapek i też usłyszał to miauczenie. Zajrzał do piwniczki, bo Fasolka praktycznie wpychała mu się między nogi. Zawołał pana Wiktora — coś nie tak z rurą, jedna z beczek stoi w kałuży, a obok niej leży pęknięty plastikowy kanister z jakimś płynem, którego tam nie powinno być. Etykieta w obcym języku, chyba czeska, coś do czyszczenia szybów piwnych, chemia przemysłowa, mocna.
Pan Wiktor zbladł. Kanister musiał się przewrócić z półki wyżej, a pęknięcie puściło płyn prosto do rynny odpływowej, którą — jak się okazało po sprawdzeniu przez hydraulika następnego dnia — podłączono niedawno, przy remoncie, do tej samej instalacji, co kran w barze. Nikt by tego nie zauważył na oko ani po zapachu, bo win, które nalewali tego wieczoru, i tak było za dużo różnych, żeby wyczuć coś obcego w smaku od razu.
Pan Marcin patrzył na to wszystko z kieliszkiem w ręku, blady jak ten obrus na stole. Powiedział tylko: „Ale ja… ja piłem wodę z tego samego kranu wcześniej, do przepłukania ust…" Dwa łyki, zanim usiadł do oficjalnej degustacji — i to właśnie wtedy poczuł ten dziwny, gorzki posmak, który zrzucił na karb twardej wody.
Wezwali karetkę. Zabrali pana Marcina na obserwację do szpitala przy ulicy Kopernika — na szczęście ilość płynu, która zdążyła się przedostać, była na tyle mała, iż lekarze powiedzieli o zatruciu lekkim, bez trwałych skutków, ale spędził noc pod kroplówką i z węglem aktywowanym.
Ja tego wieczoru wróciłam do domu dopiero autobusem nocnym, bo tramwaj już dawno odjechał. Siedziałam sama na przystanku przy alei Trzech Wieszczów, zimno było jak na wrzesień, i myślałam sobie, iż gdyby nie ta kotka, to może pan Marcin wypiłby więcej tej wody, może nikt by się nie zorientował, dopóki ktoś nie napiłby się czegoś nalanego z tego samego kranu przy gościach.
Wróciłam do „Winnicy pod Różą" po trzech dniach, bo pan Wiktor zamknął lokal na czas naprawy instalacji i kontroli sanepidu. Zastałam go w piwniczce — już bez chemii, bez pękniętego kanistra, z nowym hydraulikiem, który wymieniał całą rurę. Powiedział mi, iż kontrakt z panem Marcinem i tak podpisali, tyle iż teraz na własnych warunkach: cena spadła do siedemnastu złotych za butelkę, bo — jak to ujął — „człowiek, który omal nie otruł się w moim lokalu, nie ma prawa jeszcze się targować".
Fasolka siedziała na tej samej beczce, na której siedziała zawsze, i lizała łapę, jakby nic się nie stało. Pan Wiktor postawił przed nią miseczkę z kawałkiem szynki — nie wina, tym razem szynki — i powiedział do niej cicho: „Dobra robota, rudo." Kotka choćby nie podniosła głowy.












