Rudy, rudy kotek, biegł po peronie dworca Centralnego w Warszawie i wpatrywał się w oczy przechodniów. Kiedy ktoś go nie zauważył, mruczał rozczarowany i odsuwał się na bok. Wysoki, siwiejący od lat Jan Kowalski od kilku dni próbował go nakarmić i przyciągnąć bliżej. Po powrocie z delegacji pociągiem zwrócił uwagę na tego futrzanego wędrowca, który zdawał się nie mieć nic wspólnego z zabawą w jego spojrzeniu kryła się tęsknota.
Kot podchodził do człowieka ledwie na kilka kroków, patrzył mu prosto w twarz, jakby chciał zadać pytanie, po czym odchodził, nie ufając. Głód jednak zwyciężał ostrożność: po pięciu dniach, gdy Rudy stracił już siły i nie miał nic do jedzenia, Jan w końcu podszedł bliżej. Podsunął mu ze swojej dłoni łyżkę kwaśnej śmietany i kawałek domowego serka, a kot, drżąc z głodu, pożerał to bez przerywania.
Kilka kolejnych dni minęło, Rudy nieco przybrał na sile, a Jan próbował zabrać go pod swój dach. Kot jednak wymknął się i wrócił na peron, jakby bał się wyjechać w niewłaściwym kierunku. Znowu chodził wzdłuż torów, mruczał i wpatrywał się w twarze ludzi, jakby szukał w nich okna do swojego świata, mając nadzieję, iż w końcu spotka swojego człowieka.
Wtedy Jan postanowił dowiedzieć się, co się stało. Poszedł do znajomego pracownika dworca, usiedli przy kuflu piwa, z solonym śledziem i pierogami ruskimi, i przeglądali nagrania z kamer. Zobaczyli moment, kiedy właściciel kota wsiadał do pociągu. Rudy po prostu wyskoczył z wagonu przed odjazdem i został na peronie. Zdjęcie człowieka wydrukowali, wrzucili je w sieć, ale żadna odpowiedź nie nadeszła. Jan postanowił więc wziąć urlop na własny koszt na tydzień i podążać tą samą trasą, zabierając ze sobą Rudego.
Na początku kot siedział w transporterze i wył, jakby chciał uciec. Sąsiedzi w przedziale, słysząc historię, podawali mu co w duszy gra, i niedługo Rudy uspokoił się, przekonany, iż nikt go nie skrzywdzi. Stary mężczyzna wyciągnął go z transportera, a Rudy usiadł obok, patrząc na Jana jak na jedyną stałą. Na każdej stacji rozwieszali ogłoszenia o poszukiwaniu właściciela, ale sprawa okazała się trudniejsza, niż się wydawało czas płynął szybciej niż przewidywali.
Tydzień minął, potem kolejny. Pieniądze się skończyły, ale Jan nie odjeżdżał dalej, bo właściciel nie został odnaleziony, a rezygnacja oznaczałaby porzucenie tego, kto mu zaufał.
Pewnego wieczoru Jan sprawdził media społecznościowe i nie mógł uwierzyć własnym oczom: setki tysięcy ludzi śledziło los Rudego. Przychodzili z jedzeniem, pieniędzmi, kocami, zostawiali słowa wsparcia i oferowali, iż zabiorą kota do domu.
Zaczęły pojawiać się twarze przy peronach, które rozpoznawały Jana, podawały mu torby, jedzenie, odzież; niektórzy po prostu czekali, aż przejdzie, i szepcili: Trzymaj się. To go zaskakiwało nigdy nie przyjmował pomocy, całe życie sam pracował i sam się utrzymywał, a teraz cała ta historia stała się wspólną pasją ludzi.
Sąsiedzi w przedziale głaszczeli kota, dopingowali Jana. Rudy stał się doświadczonym podróżnikiem: leżał przy Janie, kładąc głowę na prawą nodze i wciągając pazury w spodnie, by nie spaść przy wstrząsach. Tak zasypiał, a Jan znosił niewielki ból, lekko odsunął pazury.
Wieczorami podchodzili do ostatniego wagonu, wychodzili na otwartą część pociągu i po prostu stali tam Jan trzymał kota obiema rękoma, by nie wypadł, i pokazywał mu zachód słońca. Stukanie kół, wiatr, niekończąca się kolejowa linia to stało się ich wspólnym życiem.
Dobrze, co? mruknął Jan. Rudy odpowiedział krótkim mrr.
Nagle dzwonił telefon. Jedna z czytelniczek bloga, który Jan prowadził o swoich wędrówkach z kotem, odnalazła właściciela i napisała, iż w dużym mieście, na dworcu, czeka właśnie ten człowiek z fotografii.
Jan poczuł dreszcz, ale zamiast euforii ogarnęła go pustka. Sąsiedzi w przedziale świętowali, jedli, pili, śmiali się jakby to był ich własny kot.
Jedyny, kto siedział cicho, głaszcząc Rudego, był Jan. Szeptał coś do futra, czując dziwną melancholię: tak długo szukał właściciela, a nagle zrozumiał, iż sam jest już jego domem.
Pociąg wjechał do ogromnego miasta. Jan, trzymając kota, szukał odpowiedniej hali otoczyli go dziennikarze i fotografowie.
Jakieś wydarzenie? pomyślał.
Rudy! ktoś z tłumu krzyknął. Kot podskoczył, ale zobaczywszy niską, pulchną kobietę, odwrócił się. Wspiął się wyżej, na pierś Jana, i zahaczył łapą za jego szyję. Kobieta uśmiechnęła się i pogłasowała jego grzbiet:
Nigdy mnie nie kochała, powiedziała łagodnie. A wy się nie martwcie, skinęła w stronę fotografów, to nie nasza sprawa, to wasza.
Jan poczuł najpierw zdziwienie, potem zakłopotanie.
Wysłałam mojego męża w inną podróż, by opowiadał historie, wyjaśniła kobieta. Zrozumieliśmy, iż nie możemy go zabrać od ciebie. choćby jeżeli kiedyś był nasz, teraz nie jest.
Wyciągnęła grubą kopertę.
Tutaj są bilety powrotne i pieniądze. Nie kłóćcie się, to kobiety z pracy zebrały. jeżeli nie wrócę z wideo, mnie zjedzą.
Włożyła kopertę do kieszeni starego płaszcza Jana, podarowała mu torbę z domowymi wypiekami i słodyczami.
Chodźmy, odprowadzę was do waszego peronu. Odjazd już za chwilę.
Przeszli przez tłum, kobieta kręciła wszystko w telefonie, by pokazać w biurze. Gdy Jan i Rudy usiedli w wagonie, jeszcze raz pogłaskała Rudego, pocałowała Jana w policzek i odszedła.
Pociąg ruszył. niedługo podeszła do niej jej mąż, ocierając makijaż.
Wszystko załatwione rzekł. Będą nas jeszcze długo szukać.
Przepraszamy Boga za tę kłamkę powiedziała. Gdyby nie my, ten człowiek jeździłby po kraju, aż się postarzałby razem z kotem. Zatrzymaliśmy jego cierpienie.
Kłamstwo w służbie dobra skinął mąż. Niech wracają do domu. To słuszne.
Próbowałam znaleźć jego właściciela dodała. Ale skoro nie udało mi się, to nikt go nie znajdzie.
Mężczyzna objął ją.
Zrobiłaś, co mogłaś. Teraz jedziemy do domu i to najważniejsze. Niech to będzie nasz najpiękniejszy grzech.
Zniknęli w tłumie, jak woda w szumie.
W wagonie znów rozbrzmiało stukanie kół. Ludzie już wiedzieli, kto podróżuje z nimi: wysokie siwe Jan Kowalski i rudy kot, którego teraz nazywali Rudy.
Rudy, tak go nazwaliśmy mówił Jan. Kot spojrzał na niego zdziwiony, ale najwyraźniej się zgadzał: nieważne, jak go nazwą, ważne, kto jest obok.
Położył swoją dużą, rudą głowę na Janowej nodze, znów wcisnął pazury w dżinsy i zasnął spokojnie, wiedząc, iż już go nikt nie zostawi.
Wagon huczał, ludzie cieszyli się. Wszystko dopasowało się idealnie: kot znalazł człowieka, a człowiek tego, którego nie porzuci. I proszę, nie oceniajcie kobiety czasem kłamstwo to jedyny sposób, by zrobić coś słusznego. Tak myślę.









