Nazywam się Renata, mam sześćdziesiąt jeden lat i od jedenastu lat pracuję w kwiaciarni przy Rynku w Tarnowie — tej małej, wciśniętej między apteką a punktem ksero, gdzie zapach frezji miesza się z wilgocią z piwnicy. Znam swoich klientów lepiej niż niejeden ksiądz zna parafian, bo ludzie przychodzą po kwiaty w chwilach, kiedy naprawdę muszą coś powiedzieć, a nie umieją.
Pani Basia przychodziła do mnie co dwa, trzy tygodnie. Zawsze o tej samej porze, zaraz po zamknięciu poczty, bo pracowała tam na okienku. Drobna, w tym samym niebieskim płaszczu zimą i latem w bluzce w kwiatki, zawsze z listą w telefonie, którą odczytywała mi na głos, jakby się bała czegoś zapomnieć.
— Renatko, dziś dla synowej. Imieniny świętej, no wie pani, tej od… — machała ręką, bo nigdy nie pamiętała która to świętowana.
Kupowała bukiet za sto dwadzieścia złotych, mniej więcej co dwa tygodnie, czasem gerbery, czasem róże, zależnie od pory roku. Do tego zawsze coś jeszcze — raz szal, raz świece zapachowe z drogerii obok, raz bombonierkę. Płaciła kartą, sprawdzała dwa razy, czy transakcja przeszła, bo z emerytury plus dorobek na poczcie nie zostawało wiele.
Zapytałam ją kiedyś, przy okazji, kiedy pakowałam jej frezje w bibułę — bo u nas w Tarnowie wciąż się pakuje w bibułę, nie w ten sztywny papier jak w Krakowie.
— Pani Basiu, a ta synowa to chyba ma sporo imienin w roku?
Roześmiała się, ale bez radości, tylko tak, jakby żartowała z siebie.
— Marta ma jedne imieniny, ale ja już nie liczę, ile razy jej coś kupuję. Urodziny, imieniny, Dzień Matki — bo niby czemu nie, skoro syn ma żonę — potem rocznica ślubu, bo syn zapomina, to ja przypominam prezentem. A jak ja mam urodziny, to przychodzi bez niczego, mówi, iż "czas ze mną" jest najlepszym prezentem.
Za ladą trzymam radyjko, cichutko, żeby klienci nie musieli słuchać reklam kredytów, i pamiętam, iż akurat leciała jakaś stara piosenka Anny Jantar, kiedy pani Basia to powiedziała. Odwróciła twarz w stronę okna, jakby sprawdzała pogodę, choć akurat siąpił marcowy deszcz i nic tam nie było do sprawdzania.
Przez następne miesiące przychodziła częściej. Zauważyłam, iż przestała kupować sobie cokolwiek — choćby te tanie żelki, które lubiła brać przy kasie w Biedronce po drugiej stronie ulicy. Raz przyszła bez portfela w torebce, tylko z kartą włożoną luzem do kieszeni płaszcza, bo — jak powiedziała — "portfel się rozleciał, ale nowego kupię, jak będzie na co".
W maju przyniosła mi zdjęcie na telefonie, pokazała bez pytania, jakby musiała komuś to pokazać. Marta w nowej kurtce — takiej z metką jeszcze przyklejoną, bo dumnie się tym zdjęciem chwaliła na Facebooku, napisała pod spodem "prezent od teściowej, kocham ją". Basia wodziła kciukiem po ekranie dłużej, niż potrzeba, żeby przeczytać post, jakby chciała powiększyć literki.
— Osiemset złotych ta kurtka kosztowała — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do mnie. — A ja w tym roku jeszcze nie byłam u okulisty, bo trzeba dopłacić do soczewek.
Nie mówiłam nic, bo nie moja sprawa doradzać klientce, jak ma żyć z rodziną. Zapakowałam jej wtedy tulipany, bez okazji, po prostu chciała mieć coś w domu, "bo ładnie pachną, a w mieszkaniu smutno". Zapłaciła, policzyła resztę dwa razy, i wyszła.
Zniknęła mi na dwa miesiące. Pomyślałam, iż może zaczęła kupować kwiaty gdzie indziej, bliżej domu, bo mieszkała chyba na Klikawce, kawałek drogi. Ale pod koniec lipca wpadła znowu — tym razem w tej samej bluzce w kwiatki, którą nosiła co lato, tyle iż teraz wisiała na niej luźniej, jakby przez te dwa miesiące schudła. Od razu było widać, iż coś się zmieniło w tym, jak stała przy ladzie — prościej, jakby ktoś ją wyprostował.
— Dziś nic dla synowej — powiedziała. — Dziś chcę coś dla siebie. Te fioletowe, jak się nazywają?
— Eustomy — powiedziałam.
— To poproszę eustomy. I te świece, co pachną wanilią, co miały kiedyś stać u mnie w kuchni, a ja je oddałam Marcie, bo powiedziała, iż "u niej lepiej będą pasować do wystroju".
Zapakowałam jej wszystko, wzięła torbę pewnie, nie sprawdzając już dwa razy portfela, bo — jak się okazało po chwili rozmowy — założyła osobne konto, przelewała tam co miesiąc pięćset złotych z emerytury, "na siebie, i tylko na siebie", jak to ujęła.
Powiedziała mi wtedy, przy ladzie, między jednym klientem a drugim, całą historię, bo widocznie musiała komuś opowiedzieć, a ja akurat miałam wolną chwilę i dobre ucho.
Syn Piotr i Marta byli u niej na obiedzie w czerwcu, w niedzielę, kiedy skończyła się rocznica ich ślubu — trzynastu lat małżeństwa. Basia, jak zawsze, przygotowała kopertę z osiemdziesięcioma złotymi jako "dodatek", bo od lat dawała im coś przy każdej okazji, oprócz głównego prezentu. Marta otworzyła kopertę przy stole, policzyła, i powiedziała głośno, żeby wszyscy słyszeli, iż "to trochę mało jak na rocznicę, ciociu Krysia dała nam dwieście".
Piotr się zaśmiał, próbował obrócić to w żart, powiedział "mamo, no przesada z tą oszczędnością", a Basia wstała, poszła do kuchni po deser, i przy zlewie, sama, poczuła — jak to opowiadała — iż coś w niej pęka jak sznurek, który za długo był naciągnięty.
Wróciła do stołu, postawiła sernik, i powiedziała spokojnie, iż od tej pory nie będzie kupować prezentów na każdą możliwą okazję, bo emerytura ma tysiąc osiemset dwadzieścia złotych, a ona przez ostatnie dwa lata, licząc kurtkę, bombonierki, świece, szale, bukiety co dwa tygodnie i koperty na każdą okazję, wydała na prezenty dla synowej dobrze ponad sześć tysięcy złotych.
Marta wtedy wstała od stołu, powiedziała, iż "nie będzie siedzieć tam, gdzie się ją obraża liczeniem pieniędzy", i wyszła z mieszkania, zabierając Piotra. Nie zadzwonili przez trzy tygodnie.
To właśnie wtedy Basia poszła do banku na Krakowskiej, poprosiła o osobne konto oszczędnościowe, i ustawiła stałe zlecenie — pięćset złotych miesięcznie, "na siebie". Nie na złość nikomu, tylko dlatego, iż wreszcie policzyła, ile lat płaciła za coś, czego nikt od niej nie żądał wprost, tylko oczekiwał milcząco.
Pod koniec sierpnia Piotr zadzwonił, umówili się na kawę w cukierni przy Wałowej. Powiedział, iż Marta "przeprasza, iż tak wyszło", ale nie przyjechała osobiście. Basia przyjęła to spokojnie, zapłaciła za swoje ciastko sama, nie czekała, aż syn zaproponuje.
Widziałam ją potem jeszcze parę razy do jesieni. Raz przyszła po prostu na spacer, zajrzała do sklepu, popatrzyła na begonie w doniczkach, kupiła jedną małą roślinkę do siebie na parapet, powiedziała, iż "musi mieć coś, co rośnie tylko dla niej".
Nie wiem, czy Marta i Piotr dostali coś na kolejne imieniny — nie pytałam, bo klientka nie musi mi zdawać relacji z całego życia. Ale pamiętam, iż kiedy wychodziła tamtego sierpniowego popołudnia z tą begonią w papierowej torbie, przystanęła jeszcze w drzwiach, odwróciła się i powiedziała:
— Postawię ją na parapecie w kuchni, tam gdzie stały te świece wanilowe. Będzie mi tam dobrze pasować.
Zadzwonił dzwonek nad drzwiami, wyszła na ulicę w tej samej bluzce w kwiatki, i skręciła w stronę Rynku, a ja wróciłam do układania frezji w wiadrze z wodą, patrząc jeszcze przez chwilę na drzwi, za którymi zniknęła.












