A komu ty jesteś potrzebna? Bezzębna, bezpłodna, bezrodowa Janina
A komu ty jesteś potrzebna? wrzasnął Paweł. Potem splunął i poszedł sobie.
A ona podbiegła do okna i patrzyła, jak odchodzi człowiek, z którym przeżyła 15 lat. Myślała, iż są bratnimi duszami! Ale na odchodne ją „oświecił”: bo wygodnie mu było, ot co.
Doświadczenia z rodzinnych sesji zdjęciowych
Janina miała mieszkanie, gotować umiała świetnie, gospodyni z niej była wzorcowa, wszystko gotowa była zrobić dla niego.
Janina rozważała, czy nie otworzyć okna i nie zawołać do niego, by jej nie rzucał.
Gotowa była choćby na poniżenie – niech mieszka z nią, choćby przez większość dni tygodnia z tamtą, tą drugą…
To przecież lepsze niż zostać porzuconą, samą w wieku 45 lat. Już otwierała okno Ale jej wzrok padł przypadkiem na portret ojca. W mundurze, dumnie podniesiona broda, spojrzenie szlachetne.
I Janina nagle zmieniła zdanie. Zrobiło jej się wstyd. Za swoją słabość.
Jeszcze raz popatrzyła, jak jej przystojny i elegancki mąż w płaszczu wsiada do wypasionej fury z walizkami.
Poszła do kuchni. Droga prowadziła przez korytarz, gdzie stała zabytkowa toaletka. Babcia jej ją zostawiła.
W niej odbijała się pulchna, zmęczona kobieta z szarymi włosami i przygaszonymi oczami.
Janina wiedziała, iż nie jest piękną kobietą. Zdrowie gorzej – zęby się sypały. Kasy na leczenie nie miała, bo mężuś musiał mieć nową brykę. I na robotę chodzić w markowych ciuchach.
Co ty za ofiara! Twój Paweł wygląda jak aktor, a ty masz tylko rozciągnięty sweter, spódnicę z czasów PRL-u i parę bluzek. Wytarte pantofle, zamiast kozaków kapcie. A płaszcz z futrzanym kołnierzem, którego moja babcia by nie założyła. Jedzenia domaga się, jakbyś restaurację prowadziła: steki mu trzeba, kotleciki, naleśniki z farszem, mięso. Niech się cmoknie! Nie można tak za facetem latać, Janka! powtarzała jej koleżanka Lucyna.
Słuchała, ale robiła swoje. A potem Paweł powiedział, iż odchodzi. Do jakiejś dwudziestosiedmiolatki. Z czwórcą dzieci.
Jest młoda, westchnęła potem Janka.
Ale koleżanka, zarazem przyjaciółka, się dokopała. Posprawdzała w necie, podpytała sąsiadów. I wyszło jej:
Może i młoda, ale żeby cokolwiek było w porządku, to nie! Jeszcze ciebie wyzwał od bezrodowych! Ty z porządnej rodziny, a tam… Z dna wyjęta! Nigdy nie pracowała. Dzieci od różnych facetów. W ciąży imprezowała, matka też z marginesu. O tej młodości to już nie gadaj. Ale faceci ponoć lecą. Wiadomo na co. Ale rodzina się na tym nie buduje. Pawełka zadziwił mnie na maksa. Ty się, kobieto, trzymaj!
Janina trzymała się. Po rodzicach odziedziczyła świetne, duże mieszkanie w centrum Warszawy.
I ojciec, jakby coś przeczuwał, zapisał wszystko tak, żeby Paweł choćby milimetra nie miał prawa. Janina postanowiła wynająć jeden pokój. Żeby z kasą nie było tak ciężko.
W okolicy budowano nowe osiedla. I tak się złożyło, iż zamieszkał u niej inżynier z brodą, przemiły, wykształcony, Włodzimierz Wacławowicz. Patrzył na Janinę z uwagą. W końcu zaproponował:
Zapłacę z góry. Pani niech pójdzie i zrobi sobie zęby. Taka dama, a cierpi!
Janina się zarumieniła. Piękna nie była, ale zęby chciałaby mieć w porządku.
On zostawił jej więcej złotówek, „oddasz, jak będzie z czego”. Potem przyjechał do niego brat. Janina zaniemówiła.
W żakiecie kanarkowym, spodniach fiołkowych, fryzura kosmiczna.
Nazwisko: Kirił. Stylista, jak sam powiedział.
Przyjechał w odwiedziny do brata. Janinę postanowił wziąć pod swoje skrzydła. Gdy częstowała gości ciastem, Kirił zaproponował jej całkowitą metamorfozę.
No i się udało! Rozjaśnione włosy, makijaż podkreślił jej rysy twarzy. Zęby zrobiła. Do pracy chodziła piechotą. Kilo zniknęły. choćby zaczęła biegać rano po Łazienkach.
Sympatyczna kobieta z delikatnym uśmiechem i dołeczkami na policzkach. Jak motylek z poczwarki.
Aż pewnego razu domofon zadzwonił. Włodzimierz otworzył i woła:
Janeczko, do ciebie ktoś!
Na progu ex-mąż. Prawie go nie poznała. Paweł postarzał się przez rok, blady, mizerny, zagubiony. choćby ślad po dawnym stylu nie został. Walizki obok.
Po co tu przyszedłeś? spytała Janina.
Pamiętała, jak wcześniej próbowała dzwonić do niego. Nie odbierał. Potem wrzucił ją na czarną listę.
A teraz się pojawił.
Ty się taka zrobiłaś…! zachwycał się Paweł.
Janinę komplementy nie ruszały. Zapamiętała bezsenne noce, myśli o skoku z mostu, ciągłe łzy i panikę.
Janina. Tyle się wycierpiałem. Ta wiedźma wyłącznie kasę wyciągała. Dzieci z początku były do zniesienia, ale potem… Dzikie, drą ryja non stop. Ona ich nie wychowuje ani nie rozwija. Siedzi z nosem w telefonie, nie gotuje. Kupuje mrożone pierogi. Kiedyś choćby zalewała zupki chińskie. Wyobrażasz sobie? Zupki! Dla mnie! Pranie wrzuca wszystko razem, wszystko zafarbowane. Kupna żadnego przez rok, wszystko na nich. Jak w psychiatryku. Janeczko… Ja do ciebie! U ciebie tak dobrze. Zawsze o tobie myślę. Spróbujmy jeszcze raz, co?
A jej w głowie echem rozbrzmiały jego słowa:
A komu ty jesteś potrzebna? Bezzębna, bezpłodna, bezrodowa Janina.
Janina spojrzała na byłego. I właśnie wtedy drzwi się otworzyły. Wyszedł zaniepokojony Włodzimierz.
Janeczko, pomóc ci trzeba? Panie, w czym problem?
Paweł wstał i wrzasnął:
Ty to kto?!
To mój mąż, Włodzimierz. Nie pokazuj się tu więcej! powiedziała Janina i trzasnęła drzwiami przed nosem Pawła, który szczękę opuścił ze zdziwienia.
Przeprosiła lokatora za to, iż go małżonkiem nazwała. A on westchnął i wypalił:
Myślę, iż nadszedł czas na szczerość! Kocham cię, Janino! Jak można porzucić taką wspaniałą kobietę? Wyjdziesz za mnie, co? Naprawdę?
Wdowiec był. Janina wyszła. Po dwóch miesiącach. Mąż różami ją zasypuje, działkę kupili.
Janina nie widzi, jak czasem zza rogu podgląda ich były. Prawie się przeklina, iż dał się omamić i wymienił cudowną kobietę na pustaka.
Został na lodzie.
A Janina z Włodzimierzem spacerują ulicą za ręce. Szczęśliwi, zakochani. I czeka na dziecko.
Dajcie lajka i napiszcie w komentarzu, co myślicie!








