Wracam z tego seansu, siadam z Bartkiem przy stoliku pod Kinoteką, on zamawia dwa piwa i pyta, jak było.
– Dobre? – pyta, mieszając słomką w szklance.
– No… różnie. Reżyser trochę za bardzo poszedł w swoją stronę.
– To znaczy?
I tu zaczynam mu tłumaczyć, iż nie chodzi mi o obsadę, tylko o samą fabułę – iż pod koniec scenarzysta odleciał od pierwowzoru tak, iż w pewnym momencie kompletnie się pogubiłem. Bartek odstawia szklankę, patrzy pytająco.
Zanim jednak dojdziemy do tej rozmowy o kinie, powinienem cofnąć się o dwa tygodnie – bo to, co zobaczyłem na ekranie, uderzyło mnie prosto w to, co przeżywałem w domu teścia.
Nazywam się Wojciech Kraszewski, mam trzydzieści cztery lata, jestem elektrykiem, prowadzę jednoosobową działalność w Radomiu. Ożeniłem się z Martą sześć lat temu, a jej ojciec, Zenon Sroka, miał w tym mieście od lat warsztat samochodowy przy ulicy Wośnickiej – dwa kanały, kompresor, taka blaszana hala, w której pachniało olejem silnikowym i spalonym metalem. Zenon nigdy specjalnie mnie nie polubił, uważał, iż jestem za cichy jak na mężczyznę, ale tolerował mnie, bo Marta była zadowolona. Problem zaczął się, kiedy zachorował – wykryli u niego coś z sercem, trzy stenty, i nagle stary uparciuch zorientował się, iż nie będzie żył wiecznie.
Wtedy właśnie zaczęły się te wieczorne kolacje u teściów, na które jeżdżę sam, bo Marta z naszą córką zostaje w domu – dziewczynka ma cztery lata i akurat wtedy zawsze mocno się przeziębia, więc to ja jeżdżę tłumaczyć się przed teściem, dlaczego niby zaniedbuję warsztat, którym w ogóle nie zarządzam. Bo tak, to jest sedno sprawy: miesiąc temu Zenon przepisał cały warsztat – nie na Martę, nie na mnie, tylko na swojego siostrzeńca Radka, który mieszka we Wrocławiu i nigdy w życiu nie trzymał klucza francuskiego w ręku. Zrobił to bez słowa uprzedzenia, u notariusza przy placu Kazimierza Wielkiego, a dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, gdy sąsiad z warsztatu obok wspomniał Marcie, iż widział tam nowego "właściciela" z teczką dokumentów.
Kiedy zapytałem Zenona wprost, dlaczego to zrobił, on tylko wzruszył ramionami i powiedział, iż Radek przynajmniej "ma głowę do interesu", a ja, cytuję, "nawet nie umiem wystawić porządnej faktury". Bolało nie dlatego, iż liczyłem na ten warsztat jak na spadek – nigdy o to nie prosiłem – tylko dlatego, iż przez sześć lat to ja go tam woziłem na kontrole, ja mu naprawiałem instalację w hali za darmo, ja siedziałem z nim do drugiej w nocy, kiedy nie mógł spać po pierwszym zawale. A teraz siedzę na tych kolacjach, jem jego bigos, słucham, jak opowiada sąsiadom, iż Radek "ogarnie firmę jak trzeba", i milczę, bo Marta prosi, żebym nie robił scen przy jej matce.
Tamtego wieczoru, dwa tygodnie przed kinem, teściowa Halina postawiła na stole tacę z pierogami i powiedziała cicho, iż Zenon już podpisał wszystko u notariusza, papiery są gotowe, i iż "tak będzie lepiej dla rodziny". Zapytałem, dla której rodziny konkretnie, bo mnie akurat nikt nie pytał o zdanie. Halina spuściła wzrok, Zenon walnął pięścią w stół tak, iż szklanka z kompotem się przechyliła, i krzyknął, iż w jego domu on decyduje, co jest jego, a ja mogę sobie iść naprawiać gniazdka u obcych ludzi, skoro tak mi przeszkadza.
Wyszedłem tego wieczoru bez słowa, usiadłem w samochodzie na parkingu przed blokiem i przez dobre dwadzieścia minut patrzyłem na oświetlone okno kuchni, w którym Halina zmywała naczynia. Zadzwoniłem do Marty, powiedziałem jej wszystko, a ona długo milczała, zanim odpowiedziała, iż ojciec zawsze był taki, iż nic się nie da zrobić, iż trzeba przeczekać.
Nie przeczekałem. Następnego dnia po pracy pojechałem do naszego mieszkania przy ulicy Struga, wyjąłem z szafy segregator z fakturami za robociznę, którą przez te lata wykonałem w warsztacie Zenona bez ani jednej złotówki wynagrodzenia – instalacja oświetleniowa, wymiana rozdzielnicy, naprawa po zalaniu piwnicy. Zsumowałem to co do grosza: dwadzieścia dwa tysiące czterysta złotych samej pracy, nie licząc materiałów, które też kupowałem z własnej kieszeni. Zadzwoniłem do znajomej prawniczki, z którą chodziłem kiedyś do liceum, i spytałem, czy mogę wystawić Zenonowi rachunek za wykonane usługi jak każdemu innemu klientowi, skoro nie jestem już rodziną, która pracuje za friko.
Powiedziała, iż oczywiście mogę, iż to moje prawo, i pomogła mi przygotować formalne wezwanie do zapłaty z terminem czternastu dni.
Wysłałem list polecony w piątek. W poniedziałek Zenon zadzwonił wściekły, krzyczał, iż go szantażuję, iż to jest chore, iż rodzina tak nie robi. Odpowiedziałem spokojnie, iż rodzina też nie przepisuje warsztatu na obcego człowieka bez słowa, a potem każe zięciowi jeść bigos i milczeć. Odłożyłem słuchawkę i po raz pierwszy od miesiąca poczułem, iż mogę spać całą noc bez tego ucisku w żołądku.
Dwa dni później zadzwoniła Halina, płacząc, iż Zenon jest chory na serce, iż stres mu zaszkodzi, żebym cofnął pismo. Powiedziałam – to znaczy powiedziałem jej – iż nie cofam, bo to nie jest zemsta, tylko rachunek za realnie wykonaną pracę, i iż jeżeli Zenon uważa mnie za kogoś obcego wobec warsztatu, to niech płaci jak obcy.
Kolację, po której poszedłem z Bartkiem do kina, jadłem już bez napięcia, bo tydzień wcześniej przyszedł przelew – niecałe dwadzieścia dwa i pół tysiąca, co do grosza zgodnie z rachunkiem, bez słowa komentarza. Radek podobno się wściekł, bo to on musiał wygrzebać te pieniądze z konta firmowego, żeby "nie robić afery przed sąsiadami". Zenon do dziś nie zadzwonił, żeby powiedzieć, iż przeprosił, ale przelew przyszedł – i to mi wystarczy jako odpowiedź.
Kiedy więc siedzę z Bartkiem i tłumaczę mu ten idiotyczny finał o Ulissesie, który wraca do domu i zastaje uzurpatorów, i cała wyspa nie wie, czy go osądzić, czy przyznać mu rację – śmieję się głośniej, niż powinienem, bo widzę w tym coś swojego. Nie zabiłem nikogo, nie urządziłem żadnej masakry przy stole. Po prostu wystawiłem fakturę.
– No to jak, dobry ten film? – pyta w końcu Bartek, kiedy kelnerka stawia przed nami drugą kolejkę piwa.
– Chaotyczny – odpowiadam. – Ale wychodzisz z niego z takim dziwnym poczuciem, iż każdy by zrobił to samo na jego miejscu.







