Krystyna prowadzi autobus linii 86 od dwunastu lat. Ta sama trasa: Dworzec Kaliski, Politechnika, potem wąskie ulice w stronę Retkini. Zna każdą dziurę w asfalcie, każdy spalony wyświetlacz na przystankach, każdego stałego pasażera.
Od dwóch lat zna też jeden głos.
Sadza się zawsze tam, gdzie się kończy kabina kierowcy. Prawa strona, tuż przy drzwiach. Płaszcz w kolorze musztardy, torba z Biedronki, telefon z pękniętym ekranem. I zaczyna się. Najpierw wybiera numer, słychać sygnał. Potem:
— Mamo, nie uwierzysz, co ta baba z kadr znowu wymyśliła. Kazała mi trzeci raz przerabiać ten sam arkusz…
Krystyna słyszy wszystko. Nie podsłuchuje — tak wyszło. W starych autosach przegroda między kabiną a przednim rzędem siedzeń nie jest szczelna, a pasażerka mówi głośno, bo na słuchawce ma wyciszony dźwięk. I tak codziennie, od poniedziałku do piątku, siedemnaście po szóstej.
Krystyna zna całe małżeństwo tamtej kobiety: mąż od pięciu miesięcy siedzi na kanapie i gra na PlayStation, córka Zosia znowu dostała pałę z matmy, a teściowa dzwoni trzy razy w tygodniu, żeby zapytać, kiedy synowa wróci do normalnej pracy. I jeszcze szefowa. Szefowa to osobny temat — Krystyna mogłaby wyrecytować, ile razy tamta zwróciła uwagę na biurko, na spóźnione maile, na za głośne rozmowy przez telefon.
Pewnego październikowego wieczoru Krystyna szykuje się do odjazdu z pętli. Deszcz pada od rana, na szybie zostały ślady po pierwszych mokrych liściach. W lusterku widzi, jak z wiaty przystankowej wyłania się znajoma postać w musztardowym płaszczu. Kobieta wsiada, odbija bilet. Siada. I… nic. Nie wyciąga telefonu. Nie wybiera numeru. Siedzi i patrzy w okno.
Krystyna rusza. Na wysokości ulicy Żeromskiego zauważa, iż pasażerka ociera twarz rękawem. Nie płacze głośno, ale ramiona drgają. Krystyna chciałaby coś zrobić, ale jest kierowcą, nie ma prawa rozmawiać w trakcie jazdy. Dojeżdża do przystanku Zachodnia. Otwiera okienko, bo ktoś kupuje bilet. Podaje, wydaje resztę. I w tym momencie mówi, bardziej do siebie niż do kogokolwiek:
— Ta pani z przedniego siedzenia nie ma pojęcia, iż ja to wszystko słyszę.
Okienko nie domknięte. Słychać. Kobieta gwałtownie podnosi głowę. Ich wzrok się spotyka — ale Krystyna natychmiast odwraca głowę, udaje, iż sprawdza lusterko. Serce jej wali. Zamyka okienko, jedzie dalej.
Na następnym przystanku pasażerka wstaje, podchodzi do kabiny. Staje tak, iż Krystyna nie może jej zignorować.
— Pani kierowczyni — mówi spokojnie. — Pani mnie słucha. Od jak dawna?
Krystyna zaciska dłonie na kierownicy, aż skrzypi skóra rękawiczek. Tyle lat za kółkiem i nigdy nie było jej tak głupio. Nie powinna. To nie jej sprawa. Ale teraz za późno.
— Dwa lata — odpowiada.
Kobieta opuszcza torbę z Biedronki na podłogę. Zapada moment, w którym słychać tylko wycieraczki.
— I co pani o mnie myśli? — pyta.
Krystyna sięga pod siedzenie, wyciąga mały notes w kratkę. Taki, w jakim zapisuje się godziny kursów i numery taboru. Otwiera go, wyrywa kilka kartek. Podaje przez okienko.
— Niech pani przeczyta. Tylko proszę nie mówić, iż ja to pani dałam.
Kobieta bierze kartki. W autobusie mało kto, siedzi z tyłu, nie patrzą. Krystyna wjeżdża na rondo, ale kątem oka widzi, jak tamta wodzi palcem po linijkach.
Na kartkach nie ma żadnych analiz. Są tylko zdania. Datowane.
„Moja praca jest beznadziejna.” „Mój mąż to leń.” „Moje dziecko nie zda.” „Moja teściowa jest nienormalna.” „Moje życie to porażka.”
Kobieta nie czyta na głos. Jej usta poruszają się bezgłośnie. Po chwili składa kartki, chowa do kieszeni płaszcza.
— I co dalej? — pyta, nie patrząc na Krystynę.
— Ja tylko prowadzę autobus — mówi Krystyna. — Ale pani od dwóch lat jedzie i płacze, i mówi to samo. Jakby pani prosiła los, żeby to się powtarzało. To chyba czas zmienić listę.
Autobus zatrzymuje się na przystanku Retkińska. Kobieta wstaje. Notes zostaje w jej dłoni. Krystyna nie prosi, żeby oddała.
— Dziękuję — mówi tamta cicho i wysiada.
Cztery dni później, znowu siedemnaście po szóstej. Krystyna podjeżdża na pętlę i widzi tę samą postać. Ale coś się zmieniło: płaszcz jest ciemnogranatowy, nowy. Kobieta wsiada, odbija bilet. Siada na przednim siedzeniu. Nie wyciąga telefonu. Zamiast tego kładzie na plastikowej półeczce przy kabinie białą kopertę.
— Dla pani — mówi. — Za te dwa lata.
Krystyna nie otwiera koperty. Kładzie ją obok termosu z herbatą. Rusza.
Dwa przystanki dalej wsiada mężczyzna w sportowej kurtce. Krystyna poznaje go ze słyszenia — „piąty miesiąc leży na kanapie i gra na PlayStation”. Mężczyzna podchodzi do kobiety, już przy drzwiach.
— Gdzie ty byłaś?! Czekam na obiad od piątej!
Kobieta nie wstaje. Sięga do torby, wyjmuje złożony arkusz papieru. Nie patrzy na męża, tylko rozkłada go na kolanach.
— Podpisz — mówi.
— Co to?
— Moje wypowiedzenie. Od poniedziałku zaczynam nową pracę. W sklepie ogrodniczym na Targowej. 24 złote za godzinę, umowa o pracę. Starej nie szkoda, siedem lat w jednym miejscu i jeszcze ani razu podwyżki.
Mężczyzna patrzy na kartkę, jakby miała wybuchnąć.
— A kto będzie gotował?
— Ty. Bo ja będę wracać o osiemnastej jak człowiek. I przestaniesz grać w to swoje PlayStation, bo od października rachunek za prąd płacisz z własnego konta. 340 złotych co drugi miesiąc.
Mężczyzna sapie, ale kartkę bierze. Wysiada na Retkińskiej razem z nią. Krystyna widzi w lusterku, jak stoją na przystanku, ona pokazuje mu coś palcem, on rozkłada ręce. Potem drzwi się zamykają.
Po skończonej zmianie Krystyna dopiero na pętli otwiera kopertę. W środku jedna kartka, zapisana odręcznie:
„Nie zadzwoniłam dziś do mamy. Poszłam z Zosią na lody. Kosztowały 18 złotych. Zosia powiedziała, iż to najlepszy dzień od dawna. Pani Krystyno, nowa lista zaczyna się tak: słońce wstało dziś o 6:47, a ja to zobaczyłam. Dziękuję za tamtą.”
Krystyna kilka minut siedzi w ciemnej kabinie. Gładzi kartkę palcem. Potem otwiera notes, ten sam, z którego wyrwała tamte listy. Na pierwszej stronie, pod wydrukowanym rozkładem, dopisuje długopisem: „Dziś słońce o 6:47. Ładny początek.”
Zamyka notes, wkłada do kieszeni. W poniedziałek rano autobus linii 86 wyrusza w trasę. Krystyna zerka w lusterko. Przednie siedzenie po prawej stronie jest puste. Ale jakoś mniej jej to teraz przeszkadza niż zwykle.












