Pracuję w krakowskim biurze architektonicznym od dziesięciu lat i myślałem, iż nic mnie już nie zaskoczy. Biuro jak biuro: ktoś się zwalnia, ktoś przychodzi, ktoś płacze w kiblu, ktoś podbiera z lodówki cudze jedzenie. Ale to, co zrobiła Marta, zapamiętam chyba na zawsze.
Poznałem ją na korytarzu trzeciego dnia po jej zatrudnieniu. Miała ze sobą teczkę z dokumentami i kubek z napisem „Kawa to nie śniadanie". Spytała, gdzie jest pokój socjalny, a ja akurat spieszyłem się na spotkanie i tylko machnąłem ręką w lewo. Kiwnęła i poszła. Tyle.
Potem widziałem ją codziennie. Siedziała trzy biurka ode mnie, przy oknie wychodzącym na aleję, którą jesienią ciągnął zapach mokrych liści. Miała zwyczaj ustawiać na parapecie małego kaktusa i co rano podlewać go resztką wody z butelki. Nie wiem, dlaczego to pamiętam. Może dlatego, iż w naszym biurze nikt nie podlewał roślin — zawsze to robiła sprzątaczka.
Jej szefem był Paweł. Nigdy nie podnosił głosu, zawsze miał czyste mankiety i opanowany ton, choćby gdy klient dzwonił po raz piąty w sprawie projektu, który sam spieprzył. Pracowałem z nim kilka lat i nigdy nie widziałem, żeby zdjął obrączkę. Na biurku trzymał zdjęcie z żoną i dwiema córkami. Robili sobie zdjęcie w górach, chyba w Zakopanem. Nie znam się, ale tło wyglądało jak Giewont.
Marta na początku trzymała się z daleka. Nie chodziła na firmowe piątki, nie wdawała się w plotki. Wychodziła punktualnie o siedemnastej. Zostawiała na biurku idealnie ułożone dokumenty i znikała, zanim ktokolwiek zdążył zaproponować wspólną pizzę z dowozem.
Wszystko zaczęło się zmieniać po trzech miesiącach.
Dostała z Pawłem wspólny projekt — rozbudowę starej kamienicy przy placu Nowym. Robota na kilka tygodni: konsultacje, poprawki, spotkania z konserwatorem zabytków. Siedzieli razem w salce konferencyjnej, przy szklanej ścianie, więc widziałem ich z mojego miejsca. Nie podsłuchiwałem. Po prostu czasem mijałem ich w drodze do ekspresu.
Widziałem, jak Marta patrzy na Pawła, gdy on mówi. To nie było zwykłe słuchanie. Siedziała z brodą opartą na dłoni i rysowała coś na marginesie kartki, a potem wychodziła z tej salki z rumieńcami, które brała na karb zmęczenia.
Nie byłem idiotą.
Kiedyś, koło dziewiętnastej, zastałem ich w salce konferencyjnej. Pracowali po godzinach — ja też, bo gonił mnie termin. Miałem w ręku trzecią tego dnia kawę z automatu i chciałem tylko przejść do kuchni. Ale zatrzymałem się przy drzwiach, bo usłyszałem, jak Paweł mówi:
— To nie jest fair. Ani wobec ciebie, ani wobec…
Nie zapamiętałem reszty. Serio. Może przez tę cholerną kawę, która smakowała jak rozpuszczony karton. Ale pamiętam Martę. Siedziała wpatrzona w niego, a w rękach trzymała długopis. Ten długopis pstrykał, pstrykał, pstrykał, dopóki nie złamała skuwki.
Odwróciłem się i poszedłem do kuchni. Nie chciałem być tym, który podgląda cudze życie.
A potem zrobiło się dziwnie.
Marta przestała chodzić do tej salki. Ktoś inny przejął z nią część projektu, a z Pawłem widywali się tylko na ogólnych spotkaniach. Kiedyś widziałem, jak Paweł wchodził do windy, a ona celowo zwolniła kroku, żeby pojechać następną. Zaczęła przychodzić do pracy przed ósmą i wychodzić po osiemnastej. Pracowała jak maszyna — szybko, dokładnie, bez przerwy na lunch.
Jadłem wtedy kanapki przy biurku i udawałem, iż nie patrzę. Ale patrzyłem. Wyglądała, jakby ktoś codziennie wykręcał jej coś w środku, a ona wciąż przychodziła i robiła swoje.
Najgorzej było podczas zebrania zespołu.
Siedziałem obok niej. Paweł opowiadał coś o budżecie, chyba o wzroście kosztów materiałów. W pewnym momencie Marta wyjęła z szuflady dokument i podała mu go bez słowa. Ich palce się nie dotknęły. Zacisnęła dłoń w pięść i schowała ją pod stołem. Zauważyłem to kątem oka, bo akurat pochyliłem się po długopis.
Potem piła wodę z butelki, a woda drżała jej w ręku.
Nie zareagowałem. Nie miałem prawa.
Któregoś dnia, koło piętnastej, Marta wyszła z biura bez kurtki. Było zimno, pierwsze przymrozki. Szedłem akurat na papierosa i zobaczyłem, jak stoi przy wejściu, oparta o murek, i wpatruje się w tramwaj na przystanku. Za nią otwarte drzwi, z których buchało ciepło.
— Wszystko w porządku? — spytałem, bo jakoś głupio było przejść obok bez słowa.
— Tak — odparła, nie odwracając się.
Zapaliłem papierosa i stanąłem kilka metrów dalej. Milczeliśmy. Tramwaj odjechał, a ona owinęła się ciaśniej ramionami i powiedziała cicho, jakby do siebie:
— Zimno. Zapomniałam kurtki. Znowu.
Zaśmiała się krótko, bez powodu, i weszła do środka. Nie wiedziałem, o czym adekwatnie mówi. Ale nie spytałem.
Tydzień później dowiedziałem się, iż złożyła wypowiedzenie.
W biurze zawrzało. Ktoś twierdził, iż dostała lepszą ofertę. Ktoś inny, iż nie dogadywała się z Pawłem. Jeszcze inny, iż wraca do rodzinnego Wrocławia. Prawdy nie znał nikt.
Ja widziałem, jak wychodzi z pokoju kadr z tekturowym pudełkiem. Miała w nim kaktusa, kubek z napisem i dokumenty. Minęła mnie w przejściu. Pachniała deszczem, chociaż na zewnątrz nie padało.
— Powodzenia — powiedziałem.
— Dziękuję — odpowiedziała, a jej twarz, po raz pierwszy odkąd ją znałem, była zupełnie spokojna.
Dwa dni po jej odejściu Paweł wszedł do biura i stanął przy jej dawnym biurku. Patrzył na pusty parapet, na ślad po kaktusie, jasne kółko na lakierze. Wyjął z kieszeni chusteczkę, jakby chciał to kółko wytrzeć. Zatrzymał rękę w pół ruchu. Nie dotknął. Odwrócił się i wrócił do siebie.
Marta zniknęła z mojego życia. Czasem myślałem o niej, gdy odbierałem pocztę z jej imieniem — kilka razy firma wysłała jej niewielkie rozliczenie. Koperty wracały z adnotacją „adresat wyprowadził się".
Dopiero rok później, przypadkiem, zobaczyłem ją w galerii handlowej.
Jadłem hot doga przy stoisku z watą cukrową, bo miałem dwadzieścia minut przerwy. Marta stała przy sklepie z butami, obok niej facet w skórzanej kurtce. Mówił coś, a ona śmiała się tak, iż oparła mu czoło o ramię. Nie patrzyła na nikogo innego.
Nie podszedłem. Nie chciałem być wspomnieniem z tamtego okresu.
Kilka miesięcy temu wróciła do Krakowa. Zobaczyłem ją na Plantach. Siedziała na ławce z tym samym facetem, jedli lody i patrzyli na gołębie. Wyglądała jak ktoś, kto naprawdę wyszedł z tamtego pokoju i zamknął za sobą drzwi.
Nigdy nie powiedziała mi, co dokładnie zaszło między nią a Pawłem.
Paweł do dziś siedzi przy tym samym biurku. Zdjęcie z żoną i córkami wciąż stoi w tym samym miejscu, tylko trochę bardziej wyblakłe od słońca. Czasem, kiedy przechodzę koło jego stanowiska po kawę, widzę, iż patrzy nie na monitor, tylko w bok, tam gdzie kiedyś stał kaktus. Parapet jest teraz pusty — sprzątaczka w końcu starła to kółko szmatką, razem z kurzem. On i tak tam patrzy.














