Babskie losy. Jagoda
Och, Jagódko, na Boga cię proszę, zabierz mojego Stasia do siebie płakała Daria. Przeczuwam sercem, iż coś złego się wydarzy. Lepiej rozłąka niż śmierć mojego chłopca.
Jagoda odwróciła głowę i spojrzała na szczupłego Stasia, który siedział na ławce przy piecu i dziecinnie machał chudymi nóżkami.
Kiedyś siostry mieszkały razem, ale czas nadszedł, najstarsza, Daria, wyszła za mąż za Nikodema i przeprowadziła się do męża do oddalonej wsi. A młodsza, Jagoda, została z chorą matką, która gwałtownie odeszła. Ojciec umarł na suchoty jeszcze na długo przed ślubem córki. Matka dobrze siostry wychowała: serdeczne, pracowite, współczujące na ludzką biedę. Choć to Daria była starsza, to jednak Jagoda we wszystkim była główną decydentką. Starsza siostra była miękka, jak plastelina, ulep z niej co chcesz. Na to się właśnie Nikodem połakomił. Fajne mieli małżeństwo, mąż żony się nachwalić nie mógł.
Za to Jagoda zupełnie inny typ palca jej w usta nie wsadzaj, bo całej ręki nie odda. Wyniosła, wymagająca, no ale przy tym urodą nieprzeciętna. Najlepsi kawalerowie z sąsiednich wsi się o nią starali, ale każdemu pokazywała drzwi.
Jak jeszcze mama żyła, westchnęła czasem:
Oj, córciu, charakter po prababce odziedziczyłaś, tylko patrz, żebyś jej losu nie powtórzyła. Wiecznie panna, komu ty się na starość przydasz?
Jagoda tylko się do tych narzekań uśmiechała. Matce nie odszczekiwała, starych szanowała, miała swoje zdanie.
Prababcia Jagody była nie lada osobą. Całe życie bez męża, jednego tylko dzieciaka miała, ale miała szczęście po swojemu. Leczyła ludzi ziołami i modlitwą. Czarną magią się nie parała, nikomu się nie narzucała. Sąsiedzi przynajmniej trochę się jej bali: charakterek miała ostry jak żyletka.
Jagoda była podobna i temperament, i zdolności lecznicze. Doskonale znała się na ziołach, potrafiła leczyć zaklęciami. Ludzie różnie gadali ona swoim się nie przejmowała. Po wsi chodziła dumnie, znała swoją wartość. Nikomu w biedzie nie odmówiła, dzieci leczyła chętnie. Trochę się jej bali, ale i szanowali.
Nie rozumiem cię, Dario powiedziała Jagoda, patrząc na Stasia. Zobacz tylko: chłopak zdrowy, a ty już mu grób przygotowujesz.
Oj, boję się, siostrzyczko a nie słyszałaś, co się na naszej Lednicy dzieje? zapytała Daria.
Nie słyszałam odparła Jagoda.
Ano dzieci giną jak muchy. Chorują długo, a potem Pan Bóg ich zabiera.
A to na pewno Pan Bóg? mruknęła Jagoda, unosząc brew.
Nie wiem, kochana. Już kilka lat jakaś zaraza na wsi siedzi. Nie znajdziesz domu, w którym by dzieciaka nie pochowali przeżegnała się Daria.
A z czego chorują, czemu mnie nikt nie prosił?
A kto wie? Skacze, biega, zdrowe dziecko a od razu siada, słabnie, opada z sił. No i koniec. A do ciebie nie biegli za daleko, poza tym mamy własną znachorkę przyznała szczerze Daria.
Długo już ona u was? Jagoda podniosła brwi.
Jak już do Nikodema się przeprowadziłam, to już była.
Czemuś mi wcześniej nie mówiła?
A po co? Babka jak babka, leczy sobie, krzywdy nie robi. choćby bydło na nogi postawi. Ale z dziećmi, to nie może sobie poradzić. Ani zioła, ani szeptanki nie pomagają. Nigdy nie pytałaś, a dziś rozmowa zeszła Więc co? Weźmiesz Stasia na trochę?
Czemu nie uśmiechnęła się Jagoda do bratanka. Takiego cudaka chętnie przygarnę powiedziała, tarmosząc jego jasną czuprynę. Daria ucałowała synka w głowę i po krzyżu, jak należy, zrobiła znak.
No, to chodź, zwróciła się Jagoda do dziecka idziemy do ogrodu, pokażę ci, jak rudzik zbudował gniazdko w drewutni! Staś wyszczerzył krzywy uśmiech, chwycił ciocię za rękę.
***
No to witajcie gości! zawołała Daria, wchodząc do domu siostry.
Mamusia przyszła! pisnął Staś i rzucił się do niej z objęciem.
Od kiedy Daria zostawiła syna u Jagody, minęło pół roku. Późna jesień zachmurzyła niebo na szaro. Kilka razy w miesiącu wpadała w odwiedziny, za każdym razem rzewnie się ściskały i całowały.
Oj, mój kochany! lamentowała Daria, ściskając małego. Ale się za tobą stęskniłam! A i tata pyta cały czas, kiedy synka do domu wracam.
Do pokoju weszła Jagoda, wycierając dłonie o fartuch. Siostry też wymieniły buziaki.
No i jak tu wam? pytała Daria, nie odrywając wzroku od dziecka.
Dobrze, mamusiu! Ciocia Jagoda dała mi kotka! Chcesz zobaczyć? Staś z euforią wybiegł na podwórko.
Spokojnie, siostrzyczko, odpowiedziała Jagoda po co przyszłaś?
Czas już. Tyle Staś u ciebie, zaraz do ciebie mówić będzie mamusiu zamiast do mnie zaśmiała się Daria A Nikodem już też nalega, żeby syna do domu oddać.
Chcesz zabrać? spytała Jagoda. A na Lednicy jak?
Nie mówiąc po próżnicy, jest dobrze. Odkąd Staś u ciebie, żadne dziecko nie zmarło.
Drzwi się otwarły Staś wbiegł z kotkiem na rękach.
Mama, nazwałem go Witek! Teraz to mój przyjaciel!
A, to dobrze, w stodole myszy nie zabraknie odpowiedziała matka. Bierzemy go ze sobą. Pakuj się, jedziemy do domu.
Gdy Staś pakował manatki, siostry rozmawiały o tym i owym. Daria znów wypytywała, kiedy młodsza zamierza założyć rodzinę.
Daj spokój, Daria, z irytacją stwierdziła Jagoda zupełnie jak mama! Przyjdzie czas, to i mąż się znajdzie. Mam bratańca złotego z nim mi wystarczy! Staś, pamiętaj o mnie! Jak zatęsknisz, powiedz mamie, zawsze jesteś tutaj mile widziany.
Widać było, iż Jagoda z żalem puszcza chłopca przywykła do malca, jego śmiechu i radosnych wygłupów.
Tylko pamiętaj, Daria dodała kota nie krzywdź. To mój prezent dla Stasia.
Ja?! Przecież wiesz, iż zwierzyny nie skrzywdzę burknęła Daria. Zawsze miskę mleka postawię.
Nie obrażaj się, powiedziała cicho Jagoda tak tylko mówię. W sieni stoi koszyk weźmiesz Witka w nim. Daleka droga, po ciemku nie wędrujcie.
Siostry się ucałowały, Jagoda mocno przytuliła Stasia. Poświęciła ich na drogę i wypuściła z błogosławieństwem. Tak pędziło życie dalej, czasy były takie, iż jesień już na piętach zimie deptała. Zimowe dni były krótkie, ale wieczory długie i ciemne. Drogi śnieg zasypał, aż furtki rano otworzyć nie można było. Życie na wsi zimą płynie powoli. Ale pracy Jagoda nigdy nie brakowało kto niemowlaka przyniósł, kto po zioła dla rodzica.
Czas mijał. Wreszcie słońce częściej wyglądać zaczęło, śnieg topnieć, ptaki zaczęły świergotać a w bramie już wiosna!
Któregoś dnia Jagoda w ogrodzie pracuje, nagle słyszy: Miau. Obraca się, a tam Witek.
Jak ty się tu znalazłeś? wystraszyła się. Coś się stało ze Stasiem? Kot jeszcze raz zamiauczał i zaczął ocierać się o jej nogi. Nie zwlekając, Jagoda wpadła do chaty, spakowała co potrzeba. Poszła do sąsiadki-babci poprosić, żeby doglądała kur, jakby nie wróciła nazajutrz.
Widocznie mam u siostry na noc zostać powiedziała poproś, babciu Gieniu, doglądaj chałupy.
Ruszyła przez las ptaki śpiewają, pachnie wiosną, pięknie, ale serce jej ścisk się. Ledwie domy na horyzoncie zobaczyła, biegła już na złamanie karku do Darii.
Wpadła do izby, oddechu złapać nie mogła.
Jagódko! krzyknęła Daria i wpadła jej w ramiona. Straszne nieszczęście! wyła, ciągnąc siostrę do izby.
Leżał Staś na łóżku jak nieprzytomny: sine usta, skóra przezroczysta, oddycha ciężko. Między szlochami Daria zdołała jej opowiedzieć, iż od świąt Staś był coraz słabszy i od tygodnia zupełnie leżał.
Czemu do mnie nie przyszłaś? zrugała ją Jagoda, dotykając czoła chłopca.
choćby ci nie powiem jakby ktoś mnie zatrzymał. Wychylam się za próg, coś się dzieje i wracam do niego. Myśleliśmy, iż się tylko przeziębił po zabawie na górkach. Ja niedługo sama się położyłam, przez tydzień leżałam. Maliną, naparem podlewaliśmy się, było trochę lepiej a potem już tylko gorzej. Kiedy coraz gorzej było, chciałam do ciebie, ale zima taka, iż wyjść z domu, nie mówiąc o przez las iść. Potem pobiegłam do Pelagii. Dała ziół, szeptała nad Stasiem, ale tylko gorzej i gorzej Chciałam zbiec do ciebie jak tylko śnieg usiądzie, dziś zamierzałam! A ty sama przyszłaś… A kot nasz Witek zaginął! Stasio tylko o niego pyta Proszę cię, ratuj!
Daria szlochała, głową w ramiona wtulona.
O kota się nie martw, to on mnie tu sprowadził. I widzę, iż na czas! Jagoda fuknęła. Daria otworzyła szeroko oczy.
Co? Jak to kot cię przyprowadził?
Ano. A mówisz, jakby jakieś siły dodawały ci przeszkód do mnie pójść?
Tak, Jagodo! Zawsze, jak się zbierałam, Stasiowi gorzej, a ja z powrotem wracałam.
Powiedz mi, siostro, Staś coś od kogoś obcego brał? Jadł coś nietutejszego?
Jak nie biegali z dzieciakami po domach w kolędzie, to czas świąteczny!
I u wszystkich byli? dociekała Jagoda.
Byli. Najbardziej sobie chwalił drożdżowe Pelagii…
Jagoda spojrzała na Stasia, zmarszczyła brwi i mówi:
To idź po waszą znachorkę, Pelagię. Nie mów, iż tu jestem. Chcę zobaczyć, co ona robi.
Daria grzecznie pobiegła po babkę. Jagoda w tym czasie wyjęła z zawiniątka dwie porządne igły i schowała się w kuchni. Daria wróciła z Pelagią.
Oj, Daria, bardzo chciałabym pomóc, ale widać nie mogę jęczała słodziutko znachorka. Została sama z dzieckiem. Wyszła Jagoda z kuchni i wbiła swoje igły krzyżem nad drzwiami, dalej schowała się do kuchni.
Pelagia po jakimś czasie chciała wyjść. Założyła płaszcz, idzie do drzwi i stoi. Chce wyjść, nie może. Udawała, iż chce jeszcze coś poszeptać, wróciła. Jeszcze raz próbowała wyjść, znów nie dała rady. Spociła się, kręci głową, z powrotem wraca do Darii.
Co z tobą, Pelagio? pyta Daria.
Źle mi, Dario odpowiada znachorka. Może mnie odprowadzisz? Daj mi wody zgasła.
Daria wpadła do kuchni, gdzie Jagoda szeptem kazała jej znachorkę z sieni zaprowadzić do pokoju.
Gdy wyszły, Jagoda gwałtownie wyjęła igły z drzwi i znów się schowała.
Pelagia napiła się, jeszcze chwilę posiedziała i wybiegła z domu, czuła już, iż drzwi jej nie blokują. Daria oddała babce zapomnioną chustkę.
Po wszystkim Daria zastała Jagodę przy łóżku Stasia, przy jej zawiniątku.
Stara ropucha mruczy Jagoda dzieci truć, zobaczysz, pokażę ci, wiedźmo!
Jagoda splotła trzy świece, postawiła je w głowie łóżka Stasia.
Co to za czary, Jagoda? zapytała Daria.
Wasza znachorka to winna wszystkim dziecięcym śmierciom. Mała dusza wielka siła. Wiedźma starzeje się, a energię z dzieci wyciąga, by sobie lat dodać.
Daria stała, osłupiała.
Teraz wyjdź, Daria, spotkaj męża, zajmij się domem. Przed wieczorem przyjdź, aby mnie podtrzymać. Dam Stasiowi swoją siłę, by wyrwać go ze szponów tej ropuchy! powiedziała cicho.
Siostra z łzami w oczach wyszła.
Jagoda zapaliła świece, pomodliła się i przykryła Stasia sobą, jak kwoka swoje pisklęta.
Nie wiadomo, ile minęło czasu. Obudził ją lekki dotyk.
Już, Jagódko, pomogę szepnęła Daria, pomagając jej do łóżka. Przykryła pierzyną. W domu była cisza i ciepły blask płynął z lampki przy świętych obrazach.
Gdy obudziła się rano, dom pachniał świeżym chlebem. Usłyszała ciche śpiewanie Darii.
Jak się czuje Staś? od razu spytała. Daria rzuciła się do niej na szyję.
Dziękuję, Jagódko, dziecko moje ocaliłaś! Rano wstał, o śniadanie poprosił.
Jagoda zajrzała do pokoju. Twarz chłopca była lekko zaróżowiona życie powoli do niego wracało.
Zostanę tu parę dni i pomyślę, co zrobić, by wydać tę wiedźmę na jaw powiedziała Jagoda.
***
Oj, źle mi, Babciu jęczała Jagoda, siedząc u Pelagii. Zżera mnie czarna zazdrość, nie mogę patrzeć, jak ta żmija do mojego chłopa się przyczepia!
Przyszła niby po pomoc, tylko żeby dowiedzieć się, jak Pelagia wysysa życie z dzieci.
Ja tam czarów nie używam, córko mówiła babka najniewinniej. Ja tylko ludziom pomagam.
To i mi pomóż! Dam złotówki, ile chcesz! namawiała Jagoda.
No, skoro tak Pelagia się ugięła podobne jesteśmy. Ale nikomu nie mów! I tak kilka chcę upiekę chleb, rozniesiesz dzieciom w swojej wsi…
Po co? spytała Jagoda.
Nie twoja sprawa odcięła starsza. Ty lepiej myśl, jak tej żmii dokopać.
A jak? udawała głupią Jagoda.
Dam ci chleb z duszami zmarłych. Z każdym kawałkiem wiąże się duch. Mam z nimi umowę: daję im żywą duszę dzieciaka na wyssanie, one mi przedłużają lata.
Jagoda wzięła chleb i wyszła. Przyszła do Darie, wywaliła chleb na stół.
Patrz, tym wasza Pelagia dzieci częstuje!
Tylko chleb? Daria nie rozumiała.
Chleb jak chleb, tylko to chleb po umarłych, od którego duchy zjadają dzieci.
Daria chwyciła się za głowę.
Musimy tego chleba się pozbyć! powiedziała Jagoda.
Pokruszyła bochenki, rzuciła je kurom i czekała. Rano Daria przyniosła nowiny: ponoć Pelagię widzieli uschnięta, czarna, o lata starsza, ludzi przegania jak wariatka.
No to się udało uśmiechnęła się Jagoda. Duchy przyszły po swoje, a nie miały kogo zjeść, to po gospodyni poleciały!
Daria po słowach siostry uczyniła znak krzyża.
Jakoś serce mi drży, Jagodo. Przecież to żywy człowiek…
Oj, Daria, jesteś jak mama! Każdemu diabłu współczujesz! Jagoda przewróciła oczami. Teraz jeszcze tylko wykończyć sprawę do końca…
Poszła do swojej izby, zasłoniła okna, zapaliła dwie świece, wyjęła stary zardzewiały zamek i zaczęła szeptać:
“Powiesz przepadniesz.
Zrobisz w proch się zmienisz.
Na zamek cię zamknę,
siłę odbiorę już nigdy nie wrócisz.”
Gdy skończyła, wieczorem wybrała się do chaty Pelagii.
Babka Pelagia, jesteś? zawołała. Cisza.
Weszła, pod nią zaskrzypiała stara podłoga.
Kto tam, diabeł cię przyniósł? usłyszała z izby.
Nie diabeł, babciu. To ja.
A, to ty. Po co przyszłaś? Źle mi, nie mam siły, choruję
Nic dziwnego roześmiała się zimno Jagoda. Karmienie diabłów ci nie służy!
Wiedźma aż zbladła i złapała powietrze.
To twoja sprawka! syknęła. Przez ciebie czart mnie całą noc tłukł!
Duszę ci wytrząsł? A wiesz czemu? Za dzieci cieńszą duszę, a od diabłów już nie odejdziesz wycedziła Jagoda, ruszając do drzwi. Wiedźma ledwo żywa rzuciła się za nią.
Przeklnę cię! Wszystkie czarty twoje!
Uważaj, bo nie tylko ty czary znasz! Spójrz, co ci wisi na klamce!
Obróciła się Pelagia na uchwycie stary zamek.
Wiedźma zawyła, zrozumiała, iż Jagoda zabrała jej moc.
Myślałaś, iż do końca życia będziesz swoje czarne sprawy odprawiać? jeżeli jeszcze raz coś zrobisz, od razu w proch się obrócisz!
Jagoda wróciła do domu, słysząc jeszcze ślepy płacz wiedźmy.
***
Minęły dwa miesiące. Staś gwałtownie powrócił do zdrowia.
Pelagia po miesiącu zmarła. Kiedy złamała pakt z diabłami i przestała ich karmić, one same ją wzięły umarła w wielkich mękach, krzycząc straszliwie.
Jagoda została nie tylko jedyną znachorką na pięć wsi, ale i najbardziej poważaną. Uleczyła niejednego, ludzi i zwierzęta. Choć mogła zagrać na ciemną stronę, nie brała grzechu na duszę. Odpowiedniego chłopa nie znalazła, jakoś się tym szczególnie nie przejmowała. Nie każdy taki charakter zniesie.
Ach, Jagódko wzdychała starsza siostra mogłabyś już spuścić z tonu. Mąż by się znalazł, dzieci pojawiły.
Z takim łagodnym podejściem żadnemu czartu się nie oprzesz, Dariu! A co do dzieci mam Stasia i na miłość jego mi nie brakuje! odpowiedziała, całując bratanka w głowę.
Staś, gdy wyzdrowiał, przybiegał do ciotki do oddalonej wsi co najmniej parę razy w miesiącu, a czasem zostawał na dłużej, obsypując ją dziecięcą miłością…












