Kobiece losy. Marysia Zmarła ukochana babcia Aniela i świat Marysi zawalił się zupełnie. Teściowa …

polregion.pl 1 miesiąc temu

Życiowe losy kobiet. Marianna

Odeszła babcia Aniela, a Marianna zupełnie pogrążyła się w smutku. Synowa, według teściowej, wcale nie przystawała do gospodarstwa. Za chuda była, do pracy się nie rwała, a czy dzieci z takiej w ogóle będą, nie wiadomo. Marianna wszystko znosiła. Gdy jednak nie dawała już rady, biegła do swojej babci. Babcia Aniela była dla niej najdroższą osobą zastępowała jej ojca, który przepadł przez wojnę, i matkę, która po dziesięciu latach walki z suchotami zmarła.

Jak Piotr spojrzał na sierotę, wie tylko Bóg. Przystojny, silny, dom dostatni, a tu zakochał się w biedaczce bez korzeni, bez posagu. Tak też Józefa, matka Piotra, mówiła o synowej tyle iż za plecami.

Oj, jak Marianna starała się przypodobać teściowej! Dwoiła się i troiła w gospodarstwie, nie wybrzydzała przy żadnej robocie. Ale i tak nie była nic warta w oczach Józefy.

Dopóki Piotr był w domu, jeszcze dało się wytrzymać. Ale jak wyjechał do rodziny w sąsiedniej wsi, w domu zapanowała groza.

Wytrzymaj, Mariannko pocieszała ją babcia. Przejdzie i to, zobaczysz.

Ale i babci już zabrakło, a Józefa coraz bardziej nienawidziła synowej, z uporem rozpamiętując, iż wyszło nie tak, jak planowała syn wziął do domu byle kogo. Dla Piotra upatrzyła już dawno inną dziewczynę dorodną, z bogatej rodziny. Mogliby się z nią porządnie zeswatać, majątku by nie zabrakło do prawnuków.

Ale syn uparł się jak osioł. Piotr był twardym gospodarzem po śmierci ojca przejął dom, postawił wszystko na nogi i jeszcze dorobił. Matkę szanował, ale nie pozwalał sobą pomiatać powiedział i tak miało być.

Mariankę kochał do szaleństwa. Ujrzał ją raz drobną, bladoskórą, z niebieskimi oczami i zadartym nosem i zginął. Chciał jej do stóp rzucić całe swoje bogactwo.

Ale bogactwo nie było potrzebne Marianna od razu odpowiedziała mu uczuciem. Widziała, iż chłopak ma złote serce. Sama zakochała się w nim bez pamięci. O matce Piotra słyszała już różne rzeczy, ale wierzyła, iż skoro Piotr trzyma stronę, poradzi sobie z teściową.

Przeprowadziła się do mężowskiego domu, wytrzymując wszelkie przytyki teściowej. Gdy już nie mogła wytrzymać, biegła do babci Anieli wypłakać się i ukoić duszę. Siadała na podłodze u jej nóg, kładła głowę na kolanach i łkała cicho, jak zbity szczeniak. Babcia głaskała ją cienkimi palcami, szeptała modlitwę do Matki Boskiej i prosiła o opiekę dla sieroty.

Posiedziały razem z godzinkę i smutek mijał, mogła znowu żyć. Teraz już nie było gdzie biegać babcia odeszła cicho we śnie.

O, jak Marianna płakała! Została zupełnie sama na świecie.

Mówią ludzie, iż czas leczy rany. Nieprawda. Udaje się zapomnieć, ale gdy na sercu ciąży ból, wracają wspomnienia dobroć rąk bliskich i dobroć serca. I Marianna znowu płacze.

Czas płynął, a sytuacja w domu Piotra tylko się zaogniała. Józefa gnębiła synową bez wytchnienia. Trzeci rok siedziała nieroba pod dachem, a dzieci i spadkobierców dalej nie było.

To był najgorszy temat dla Marianny wiedziała, jak teściowa szeptała synowi do ucha, iż to porażka, iż synowa nigdy nie da mu potomka. Piotr niby machał na to ręką, ale całej wsi gęby się nie zamknie. Szeptano, iż ród Piotra skończy się razem z nim.

Zmęczony tym wszystkim Piotr posępniał, ale jak wracał do domu i patrzył na swoją żonę, zapominał o całym świecie dla niego była słońcem.

Może Bóg usłyszał modlitwy Marianny, a może prawdziwa miłość cuda czyni zaszła w ciążę. O, jak Józefa się wściekła, a Piotr ukochał żonę jeszcze bardziej.

Teściowa krążyła po domu niczym czarny kruk. Zaraz pojawiała się tam, gdzie Marianna na chwilę przysiadła.

Siedzisz, pasożytko?! Myślisz, iż jak ci brzuch urósł, to już nie musisz robić?! warczała, patrząc na ciężarną synową.

Ależ, mamo, ledwie usiadłam, całe rano się kręcę cicho odpowiadała Marianna.

Każda by się kręciła z takim brzuchem! złościła się Józefa. Nie mamy służących, a nie jesteś żadną panną z miasta. Trzeba wodę przynieść, Piotr zaraz wróci, kubły puste! A jak jesteś tak słaba, to idź stąd, nie potrzebuję chorowitej synowej!

Bez słowa podniosła się Marianna, wzięła nosidło i wiadra, poszła po wodę. Wiadra ciężkie, a sąsiadki tylko głowami kręciły zza płotów: Całkiem już Józefa straciła rozum. Dziewczyna w ciąży, a ona jej jeszcze nie żałuje!

Przyszedł czas, urodził się synek. Ale nie było radości. Chłopiec słabiutki, nie miał ojcowej siły; co rusz siniał, przestawał oddychać, jakby umierał.

Sama jesteś wrakiem, to i dziecko marne mówiła z pogardą Józefa, patrząc na wnuka jak na coś gorszego.

Ależ mamo, jak pani możesz tak mówić! To przecież wasza krew, wnuk Piotra! płakała Marianna.

Chciałabym, żeby to wnuk, ale wątpię, czy dożyje drwiła teściowa. Niewykluczone, iż niedługo trumnę będziemy musieli zamówić.

Marianna zalewała się łzami. Józefa była zadowolona, bo myślała, iż jak synek umrze, Piotr porzuci Mariannę i będzie można wżenić syna w lepszą rodzinę.

Piotr wracał z pracy, żałował żony, pozwalał jej odpocząć. Brał synka na wielkie ręce mieścił się na jego dłoniach a mały uspokajał się pod ojcowską opieką.

A niech sobie będzie słaby, jeszcze pokażemy wszystkim naszą siłę myślał Piotr.

Nadszedł czas chrztu nazwali chłopca Władysławem. Ale malec wciąż nie przybierał na wadze i nie tężał.

W pewnym momencie Piotr musiał wyjechać do pracy, aż za Wisłę, do dalszej rodziny.

Podróż niebliska, gwałtownie nie wrócę powiedział, żegnając żonę. Dbaj o Władysławka i się nie przejmuj, nie słuchaj nikogo…

Józefa poczuła wiatr w żagle. Zrozumiała, iż dziewczyna została bez wsparcia. Marianna ledwie trzymała się na nogach, a tu teściowa kazała jej dźwigać wiadra, rąbać drewno, doglądać bydła. Pracowała bez wytchnienia, a w nocy synek płakał i cała noc z nim schodziła, rano znów do pracy.

Czuła, iż umiera z wyczerpania, a dziecko gasło razem z nią. Coraz częściej siniał i przestawał oddychać. Już jesień przyszła błoto i zimno, pora mężowi wracać, ale nie wracał.

I dobrze robi! rzuciła któregoś dnia Józefa. Po co do chorowitych wracać? Może znajdzie sobie gdzieś inną, ładniejszą i zdrowszą.

Słowa te jak trucizna zagnieździły się w głowie Marianny. A nuż prawda? Dusza więdła ze smutku.

Józefa codziennie dolewała jej soli do rany, przekonując, iż syn sobie bez niej poradzi, iż nie powinna go zatrzymywać.

Nie żal ci Piotrka? zapytała. Synek zaraz umrze, ty w rozpaczy zostaniesz, a mój syn będzie musiał cierpieć. Puść go wolno, Marianno.

Ale gdzie pójdę z chorym dzieckiem jesienią? pytała cicho Marianna.

A jak się pogorszy, to trudno odpowiedziała zimno teściowa. Taka strata to żadna strata. Piotrek znajdzie sobie inną rodzinę, dzieci będzie miał, może nie jedno.

Marianna nie mogła uwierzyć, iż człowiek jest w stanie tak mówić przecież sama była matką! A syn jakby wyczuł, wpadł w płacz, zsiniał, omdlał. Józefa wyszła, zostawiając Mariannę z jej rozpaczą.

Minęły kolejne dwa tygodnie. Spadł pierwszy śnieg, przyszły mrozy. Marianna zniszczona, wychudzona, zaczęła stawiać się teściowej, ale jaki to pożytek, jeżeli nie jest się u siebie i bez męża? W słowach Józefy bolało najbardziej to, iż przekonała ją do tego, iż Piotr nie wraca, bo jej nie potrzebuje. choćby przez myśl jej nie przeszło, iż coś mogło się Piotrowi stać teściowa omotała ją tak, iż już choćby siebie obwiniała za jego nieobecność.

Sama nie żyje, i jemu nie daje złorzeczyła Józefa. W końcu czara goryczy się przelała.

Marianna w milczeniu spakowała parę rzeczy do węzełka, owinęła Władysławka w chusty i wyszła z domu.

Józefa choćby jej nie zatrzymała. Była spokojna od miesiąca wiedziała, iż Piotr żyje i wraca do zdrowia po pobiciu przez zbójów w mieście. Ale Mariannie nic nie powiedziała, bo lepiej, żeby myślała swoje. Niczym się nie przejęła, po czym wpuściła w wieś plotkę, iż Marianna po śmierci dziecka oszalała i poszła z nim w noc.

Ludzie chwilę plotkowali, potem zapomnieli zima była, nikt nie wyściubiał nosa z domu.

Długo błąkała się Marianna, leśnymi ścieżkami i polami. Bała się spotkać złych ludzi. O siebie nie dbając, przez całą noc szła z synkiem, aż nad ranem zobaczyła dachy wsi.

Nie wierzyła, iż ktoś ją przyjmie pod dach może chociaż wpuści na chwilę, nakarmi dziecko.

Było cicho; z kominów leciał biały dym, na ulicy nikogo. Była zima, kto miał wychodzić z chaty?

Siedziała Marianna na ławce przy studni, do nikogo nie śmiejąc się odezwać, wstydziła się prosić o pomoc. Przechodziła tęgawa kobieta z czerwonymi policzkami.

Czyjaś ty? Cała sina, zmarzłaś? zapytała z wysoka.

Nikogo, jestem przejazdem, do sąsiedniej wsi skłamała Marianna.

Tam do kogo? kobieta zmrużyła oczy.

Do ojca kłamała dalej.

W taką pogodę psa by pod dach wzięli, a ciebie z dzieckiem wygonić? rzuciła kobieta.

Marianna rozpłakała się. Roztrząsana, ledwie oddychała z rozpaczy.

No wstawaj, idziemy powiedziała stanowczo kobieta, pomogła jej wstać.

W izbie było ciepło, trzaskały polana w piecu, pachniało ziołami. Marianna usiadła na ławie, dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest zmęczona.

Kobieta pomogła się rozebrać, wzięła dziecko z rąk.

Na imię mam Helena przedstawiła się i zaczęła rozbierać chłopca.

Rety! Jaki chudziutki… Ochrzciliście go?

Tak, Władysław mu dali wyszeptała Marianna, tracąc przytomność.

Nie wiedziała, ile czasu była nieprzytomna. Kiedy się obudziła, leżała w obcym łóżku, otulona w koce. Nikogo nie było. Przeraziła się nie ma synka, nie ma kobiety. Wybiegła, kiedy drzwi się otworzyły i Helena weszła do środka.

Już się obudziłaś? spytała kobieta. A dokąd to się wybierasz?

Gdzie mój synek? rozpłakała się Marianna.

Cicho, no coś ty. Trzy dni bez przytomności. Bredziłaś w gorączce. Powiedz mi lepiej, skąd się tu wzięłaś? A o Władysławka nie martw się, zaniosłam go do matki.

Po co? przerażona spytała Marianna.

Dla zdrowia. Chodź, porozmawiamy.

Usiadły przy stole. Helena nalała jej ziołowej herbaty.

Marianna opowiedziała wszystko o wielkiej miłości, o nienawiści teściowej, o chorym synku. Wylała z siebie cały ból.

Helena słuchała spokojnie.

Niezbadane są ścieżki Pana Boga rzekła w końcu. Nie bój się, Marianno. Twój syn wróci do zdrowia. A i twoje życie się jeszcze odmieni. Najważniejsze, by nie zagubić światła w sercu z nim wyjdziesz z każdej ciemności.

Chciałabym zobaczyć syna, pani Heleno…

Zaniosę cię do niego, ale wrócimy same odpowiedziała twardo kobieta.

Straszysz mnie, a ja już nie mam sił… skomliła Marianna.

Ubieraj się, zrozumiesz wszystko.

Ruszyły przez las. Helena prowadziła pewnie wśród drzew.

Zwykle całą zimę spędzam w lesie z moją matką, do wsi wracam wiosną zaczęła Helena. Ale wczoraj coś mnie wyciągnęło do domu. Case cię tu los przygnał.

Marianna nie rozumiała, o czym mówi.

Dotarły na malutką polanę z drewnianą chatką.

Przywitała ich starowinka.

Wejdź, dziecko, zobacz synka. Orzeźwiony, zdrowieje, tylko śpi, nie budź go.

W kącie wisiała kołyska, a w niej Władysławek, już z rumieńcem na buźce.

Coraz lepiej wygląda zaśmiała się staruszka.

Siadaj, słuchaj. Na imię mi Bronisława. Ludzie mówią, iż jestem wiedźmą i dlatego mieszkam w lesie, z dala od wsi.

Marianna aż zamarła.

Nie bój się mnie, dziecko. Ludzie różnie plotą, sprawdź sama. Twoja teściowa to dopiero… uśmiechnęła się ironicznie.

Dlaczego mój synek chorował? spytała cicho Marianna.

Bo kobiety w ciąży nie chodzą po cmentarzach, a ty często biegałaś na grób babci. Przeszło na ciebie, potem na syna. Ale nic straconego. Zostanie u mnie parę dni i wyślę go ci zdrowego.

Bronisława położyła ręce na głowie Marianny, pogłaskała po włosach. Od razu poczuła się lżej, jakby znowu miała babcię przy sobie.

No, wracajmy powiedziała Helena.

Tak się życie potoczyło, iż już po tygodniu syn wrócił do Marianny zupełnie zdrowy, rumiany.

Dobrze żyło się przy Helenie. Marianna była jej wdzięczna jak matce.

Któregoś dnia zapytała:

Ciociu Heleno, dlaczego babcia Bronisława żyje z dala od ludzi?

Helena westchnęła.

Długa historia kiedyś mama wszystkim pomagała, nic nie brała. Ale ludzie są niewdzięczni. Parę dzieci poumierało, plotki o wiedźmie rozeszły się po wsi… Spalili jej dom, przestali ufać. Potem przyszły po rozum do głowy, zbudowali jej chatę w lesie, żeby dzieciom pomagała, dorosłych się nie dotykała. Dzieci uleczyła niejeden raz, ale do ludzi już nie wróciła.

A czym ona leczy? spytała Marianna.

Helena roześmiała się:

O, o tym lepiej nie wiedzieć, spać spokojniej będziesz. Ale diabłów na pewno nie wzywa!

A tymczasem w rodzinnej wsi Marianny wydarzyło się wiele. Piotr wrócił do domu, wbiegł do izby, a tu nikogo żadnych śladów ukochanej, żadnych ubrań dziecka.

Wybacz mi, synku… zapłakała Józefa. Nie upilnowałam żony i wnuka. Trzeciego dnia po twoim wyjeździe Władysławek zmarł. Marianna oszalała i wybiegła z nim w noc. Szukałam, ale przepadli…

Piotr długo nie mógł dojść do siebie. Cała zima upłynęła mu jak we śnie. Józefa próbowała go nakłonić do nowego małżeństwa, ale w gniewie wygarnął jej wszystko i zabronił o tym mówić.

Zamknął się w sobie. Mijały lata. Józefa sama zamieniła się w cień, sumienie nie dawało jej spokoju. W końcu zachorowała i zmarła, nigdy nie wyznając synowi prawdy.

Piotr został zupełnie sam. Z każdym dniem było mu gorzej. Po pogrzebie matki postanowił pożegna się i sam odejdzie z tego świata.

Ale stara Bronisława już o nim wiedziała. Nie zobaczy już żony, nie zasłużył… mruknęła.

***

Marianna tymczasem wyszła z Heleną na żurawinę.

Zbiorę jej dla dzieci, zrobi lekarstwo na zimę powiedziała. Jutro z rana pójdę, a pani z synkiem zostanie, dobrze?

Daj spokój, ucieszę się z takim biedronkiem! roześmiała się Helena, biorąc Władysławka na ręce. Dzieci mi los nie dał, a tyś mi euforia przyniosła.

Dzięki Ci, Matko Boża modliła się Marianna. Gdyby nie pani przy studni, pewnie by mnie już nie było…

***

Nadszedł dzień zaduszny po matce Piotra. Po stypie, kiedy ostatni goście wyszli, ruszył w las. Szedł na ślepo, nie czuł ani zimna, ani głodu. Myśli czarne, serce puste. Jak doszedł do bagna, już nie chciał się cofać. Zanurzył się w trzęsawisko, oddając się rozpaczy.

I nagle usłyszał śpiew, głos kobiecy, znajomy. Między drzewami przemknął biały cień.

Marianku, idę do ciebie, kochana szepnął.

Nagle z lasu wybiegła Marianna.

Piotrze! zawołała.

Nie wierzył wydawało mu się, iż to duch.

To już naprawdę koniec, chyba umrę, żebyś mnie odebrała… wyjęczał, próbując się wydostać.

Zrozumiała, co się dzieje, rzuciła się po pomoc z gałęziami. Udało się wyrwać Piotra z trzęsawiska. Objął ją i płakał, całując zapłekaną twarz…

***

Wieść o cudzie gwałtownie się rozeszła. Piotr nie mógł uwierzyć, iż ma żonę i syna z powrotem. W domu Heleny, gdzie zamieszkali już razem, długo śmiano się i płakano na przemian.

Piotr postanowił przenieść się na dobre do wsi, w której Marianna znalazła schronienie. Zamieszkali razem z Heleną, która stała się dla nich matką i prawdziwą opiekunką.

Grób Józefy zarósł trawą. Nikt już nie pamiętał, czy dusza niepokorna znalazła spokój. Tyle nieszczęść przyniosła przez chciwość i złość…

Piszę to, bo wiem już, jak kruche i ciężkie są ludzkie sprawy. Czasem trzeba utracić wszystko, by docenić prawdziwe szczęście. Wiem, iż nie warto pozwolić nienawiści rozgościć się w sercu, ani nigdy nie należy zamykać się na wołanie drugiego człowieka. W końcu losy życiowe to często sprawa przypadku, ale dobro zawsze powraca.

Idź do oryginalnego materiału