Kobiece Losy. Historia Maryny Odeszła babcia Nastka i zupełnie Maryna pogrążyła się w smutku. Teśc…

newskey24.com 1 miesiąc temu

Kobiece losy. Marysia

Odeszła babcia Aniela i zupełnie Marysię ogarnęła wielka samotność. Nie przypadła dziewczyna do gustu teściowej. Za chuda, do roboty się nie garnie, a i kto wie, czy takie wariatki dzieci będą mieć? Wszystko Marysia znosiła, a kiedy już było jej całkiem źle na duszy, uciekała do staruszki. Babcia Aniela była dla niej najdroższą osobą i za ojca, co zginął nie wiadomo gdzie, i za matkę, którą suchoty dziesięć lat temu zabrały.

Jak Maciej spojrzał na sierotę, to tylko Bóg wie. Chłopak piękny, silny, dom dostatni, a zakochał się w biednej dziewczynie bez korzeni. Tak za plecami nazywała synową Jadwiga, matka Macieja.

Och, starała się Marysia dogodzić teściowej. Po domu uwijała się jak wiewiórka, do każdej roboty się brała, byleby pokazać, iż jest przydatna. Ale nic jej nie pasowało! Jak Maciej był w domu, jakoś szło, ale gdy mąż do sąsiedniej wsi poszedł z interesami, lepiej było z domu uciekać.

Wytrzymaj, Maryśka pocieszała ją babcia Aniela. Kiedyś się ułoży.

Już i babci nie było na świecie, lata mijały, a Jadwiga coraz bardziej synowej nie znosiła. Syn przyprowadził do domu bezdomną sierotę, a ona miała już dla Macieja upatrzoną pannę: dorodna, z bogatej rodziny mieliby powiązania na lata, a dobytku starczyłoby jeszcze prawnukom. Tymczasem, przekorny charakter syna odziedziczony po ojcu nie pozwolił mu sprzeciwić się woli matki. Gospodarz!

Maciej naprawdę był gospodarzem z prawdziwego zdarzenia. Kiedy ojciec umarł, wszystko własną ręką dźwignął i jeszcze pomnożył dobytek. Matkę szanował, ale nie pozwolił sobą pomiatać. Słowo powiedział, i koniec!

Marysię kochał do szaleństwa. Jak ją pierwszy raz zobaczył, taką chudziutką, o bielutkiej twarzy, błękitnych wielkich oczach i zadartym nosku, to serce mu zmiękło. Chciał cały majątek u stóp położyć. Majątek zresztą był dla niej bez znaczenia. Miłością odpowiedziała widziała, iż chłopak ma czyste serce, jej dusza do niego lgnęła.

Słyszała o jego matce, wiedziała o złośliwym charakterze, o skąpstwie, ale widząc, iż Maciej umie postawić na swoim, zgodziła się na zamążpójście. Przeniosła się do izby męża, wszystkie złośliwości teściowej znosiła cierpliwie. Kiedy już nie szło, biegła do babci Anieli i wypłakiwała swoje żale.

Siadała na ziemi przy jej nogach, z głową położoną na kolanach, zawodziła cicho, jak zbity szczeniak. Staruszkowe palce gładziły jej włosy, ręce głaskały po głowie. Cicho mruczała modlitwę do Najświętszej Panienki, prosząc o wstawiennictwo za sierotę.

Po godzinie, po takiej rozmowie, smutki odpływały i znowu chciało się żyć. Aż zabrakło Marysi tej przystani babcia położyła się spać i odeszła cicho, bez słowa.

Płakała Marysia jak bóbr sama została na świecie. Kto mówi, iż czas leczy rany, nie zna bólu w sercu. Wydaje się, iż już po wszystkim, a kiedy przychodzi smutek, to wraca pamięć o dobrych rękach i znowu łzy się leją.

Czas mijał, a w domu Macieja atmosfera stawała się coraz gorsza. Jadwiga wciąż suszyła głowę synowej: trzeci rok pasożytuje, a wnuków nie ma i nie będzie, bo to dziewucha przeklęta.

Dla Marysi to była najgorsza męka. Wiedziała, jak matka szeptała synowi do ucha, iż taka żona to tylko zło dla domu. Maciej niby się nie przejmował, ale ludzie plotkowali, iż ich ród wygaśnie i nie zobaczy Maciej syna.

Maciej pochmurniał, ale gdy zobaczył żonę, wszelkie zmartwienia znikały. Na rękach ją nosił swoje słoneczko.

Może Pan Bóg wysłuchał modlitw Marysi, a może prawdziwa miłość cuda czyni oto zaszła w ciążę.

Ale Jadwiga się tylko wściekła, a Maciej pokochał żonę jeszcze mocniej.

Teściowa chodziła po domu jak kruk. Marysia tylko na chwilę przysiądzie na ławce, a ta już z wrzaskiem:

Siedzisz, nierobie?! Myślisz, iż jak dzieci będziesz miała, to roboty nie trzeba? rzucała z furią Jadwiga.

Tylko na chwilkę, mamo cicho odpowiadała dziewczyna. Od rana się kręcę

Kręci się, sługa się nie znajdzie, u nas nie państwo! Wody przynieść, mąż wróci, wiadra puste, a jak nie masz siły, wynoś się stąd! Mnie słaba synowa niepotrzebna!

Marysia w ciszy brała nosidło, wiadra i szła do studni. Taszczyła ciężkie wiadra, a staruszki zza płotów kiwały głowami: Zupełnie Jadwiga oszalała choćby brzemiennej litości nie ma!.

Nadszedł czas Marysia urodziła chłopca. Ale nie po Bożemu malec był słabiutki, nie miał sił po ojcu, co rusz siniał i ustawał z oddychaniem, jak martwy.

Sama jak nędza, dziecko takie samo, rzucała z pogardą Jadwiga.

Jakże tak, mamo? Toż to pańska krew, wnuk dla Maciusia! płakała Marysia.

Już chyba na dziedzica nie dociągnie śmiała się teściowa złośliwie. Niebawem sprawimy trumienkę!

Marysia płakała do utraty tchu. Jadwiga tylko czekała, aż dziecko umrze, wtedy może Maciej pogoni żonę i znajdzie sobie lepszą, zdrową!

Maciej wracał z pracy, żałował żonę. Pozwalał jej spać, sam nosił synka na rękach malutki tak, iż mieścił się na jednej dłoni. A chłopiec przy ojcu czuł spokój, układał usta w dziobek i mruczał.

A co tam, niech słaby pomyślał Maciej jeszcze wszystkim pokażemy.

Przyszła kolej na chrzest dali mu na imię Wojciech. Życie mogło się poprawić, ale chłopiec nie przybierał na wadze, nie wzmacniał się.

Nadeszła jesień, Maciej miał pracę na rzece, do innej wioski musiał pojechać.

Wracać będę długo, droga daleka powiedział, całując żonę w głowę. Dbaj o Wojtusia, niczym się nie martw i nie słuchaj nikogo.

Jadwiga, czując, iż nikt nie stanie w obronie Marysi, pokazała swoje prawdziwe oblicze. Od rana do wieczora kazała: wodę, drwa, opieka nad bydłem odpoczynku nie było. W nocy dziecko płakało, a ona, półprzytomna, zajmowała się nim do świtu.

Żyła ponad siły. Chłopczyk czuł, iż matka gasnie on też marniał i coraz częściej siniał i przestawał oddychać.

Już deszcz i błoto, a Macieja nie widać.

***
I dobrze, iż nie wraca powiedziała któregoś dnia Jadwiga. Do chorych nie warto wracać, może znajdzie sobie lepszą gdzie dalej.

Te słowa ciągnęły Marysię na dno. Może teściowa ma rację? Może mąż naprawdę o niej zapomniał?

Jadwiga codziennie wlewała w jej duszę wątpliwość, jak kroplę trucizny.

Ty nie żałujesz Maciusia? spytała Chłopak umrze, ty zgryzoty nie przeżyjesz, a syn mojego chcesz do grobu wprowadzić? Odpuszczaj Marysia, puść Macieja wolno.

Dokąd pójdę z dzieckiem? Mróz idzie, Wojtuś słaby, pochoruje się, gorzej będzie.

Nic się nie stanie. Odda duszę Bogu, to ulży wam obu. A Maciej znajdzie sobie żonę, dzieci zdrowe będzie miał.

Marysia osłupiała. Czy matka naprawdę może to mówić? Czy to jest ludzkie?

Jakby na potwierdzenie, dziecko zaczęło krzyczeć, twarz mu stawała się sina, oczy przewracał i wiotczał.

Zastanów się, Marysiu wyszła z izby Jadwiga, zostawiając synową z rozpaczą.

Minęło jeszcze dwa tygodnie. Pojawił się pierwszy śnieg, wiatry zawiały, o Macieju wieści nie było. Marysia już czasem ripostowała teściowej, ale co z tego, skoro nie była w swoim domu ani z własnym mężem? Słowa Jadwigi o tym, iż nie jest już potrzebna Maciejowi, bolały najbardziej. Sercem była pewna, iż mąż już do niej nie wróci.

Zebrała swoją chudą zabaweczkę, otuliła Wojtusia chustkami i wyszła z domu. Jadwiga stała bez ruchu, jakby bała się spłoszyć jej decyzję.

Jadwiga się nie baliła była spokojna. Wiedziała już od miesiąca, iż z Maciejem nic nie grozi. Dostała list napadli rozbójnicy, syn ranny, leży w szpitalu w Krakowie, ale żyje. Nie powiedziała Marysi. Wolała jej wmówić, co chciała. Kiedy Maciej wróci, powie mu, iż syn i żona zginęli a co się naprawdę stało, sąsiedzi nie będą wiedzieli.

Rano puściła po wiosce plotkę, iż Marysia zwariowała po śmierci dziecka i zniknęła z chłopcem w noc. Ludzie pogadali kilka dni i przestali pamiętać przyszła zima, każdy siedział w swoim domu.

***
Długo szła dziewczyna, przez pola i las. Bała się zbójów, ale nie o siebie, o dziecko. Ranek wstał, w oddali pojawiły się dachy

Nie wierzyła, iż ktoś ją przyjmie pod swój dach, ale liczyła, iż znajdzie się ktoś, kto chleba i wody da, może na godzinę pozwoli ogrzać chłopca.

Ulice puste, tylko z kominów dym wije się biały. Do studni doszła, na ławeczce przysiadła.

Nadchodzi kobieta z wiadrami wysoka, krzepka, policzki czerwone od mrozu.

A ty czyja jesteś? Cała zsiniała, chyba zmarzłaś?

Nikogo, przez tę wieś przechodzę, do sąsiedniej mi trzeba skłamała Marysia.

Do kogo w tamtej wsi? zapytała bacznie kobieta.

Do ojca tam brnęła dalej Marysia.

W taką pogodę psa by pod dach wzięli, a ciebie pogonili? I to z dzieckiem?

Nie wytrzymała Marysia, zawyła na głos, schowała twarz w zmarznięte dłonie i szlochała.

Chodź, wstawaj poleciła kobieta, podniosła ją z ławki, pomogła wejść do chałupy.

W izbie było ciepło, z pieca pachniało ziołami. Marysia usiadła na ławie przy piecu, dopiero wtedy poczuła zmęczenie.

Kobieta zdjęła jej chustkę, delikatnie wyjęła dziecko z rąk.

Akulina jestem przedstawiła się i rozwinęła Wojtusia z pieluszek.

Święta Panienko, jaki malutki! Ochrzciliście go?

Tak Wojciech ledwo wyszeptała Marysia i zemdlała na podłodze.

Nie wiedziała, ile leżała nieprzytomna ocknęła się, leżała pod kocem, w obcej pościeli. Nikogo nie było, syna też. Spanikowała, zaczęła szukać. Wtedy domowa drzwi się otworzyła, weszła Akulina.

Już się obudziłaś? A dokąd to się wybierasz?

Syn! Gdzie mój Wojtuś? pisnęła roztrzęsiona Marysia.

Uspokój się. Trzy dni byłaś bez przytomności, cały czas majaczyłaś. Teraz powiedz, jak tutaj się znalazłaś, a o syna się nie martw. Zaniosłam go do lasu, do mojej matki.

Po co? zbladła Marysia.

Dla zdrowia. Usiądź i mów.

Napoiła Marysię naparem, a ta wypowiedziała wszystko z serca: o wielkiej swojej miłości, o teściowej nienawidzącej jej, o synu, co chory się urodził i całe życie było bólem.

Akulina słuchała spokojnie.

Drogi Boże nie są nam znane rzekła w końcu. Twój syn wyzdrowieje, a i ciebie czeka jeszcze lepszy los, skoro mnie tu spotkałaś. Póki w sobie światło masz, z każdej ciemności wyjdzie człowiek.

Tylko syna mi oddaj, ciociu Akulino, serce boli.

Pójdziemy tam, ale wrócisz już sama, syna zabrać nie będziesz mogła powiedziała tajemniczo kobieta.

Jak to? Jak mam dziecko porzucić?! zapłakała Marysia.

Ubieraj się, zrozumiesz na miejscu.

Ruszyły do lasu. Akulina wyjaśniła, iż jej matka, babka Olga, mieszka w lesie, daleko od ludzi za to potrafi leczyć dzieci i dba o ich zdrowie.

Przeszły do leśnej chaty, drzwi otworzyła drobna staruszka.

Wchodź, kochana, dziecko twoje śpi. Spójrz na niego, ale nie budź.

W kołysce leżał Wojtuś, choćby rumieńce mu wyszły, w przeciwieństwie do dni spędzonych pod dachem Macieja.

Rumiany, no właśnie, zaśmiała się babka Olga. Usadź się i słuchaj, mnie tu miejscowi za czarownicę mają, dlatego do lasu poszłam, żeby ludzi nie straszyć.

Marysia otworzyła szeroko oczy.

Nie bój się. Twoja teściowa to większa wiedźma ode mnie, a do kościoła chodzi.

Dużo mówią ludzie, a nic nie wiedzą, kontynuowała babka. Sama nie wiesz, dlaczego twój syn taki chory? Bo w ciąży nie chodzi się na cmentarz! A ty dzień w dzień do babci szłaś na grób i złapałaś martwiaka. I on teraz tłoczy się na dziecku, stąd ta choroba.

Marysia zbladła.

Ale wszystko da się naprawić. Parę dni jeszcze Wojtuś zostanie u mnie, wyciągnę to z niego.

Podeszła babka, położyła ręce na głowie, pogładziła włosy. Zrobiło się Marysi lekko na duszy, jakby siedziała przy własnej babci.

No, zbieraj się, Marysiu powiedziała Akulina czas wracać.

***

Minął tydzień, babka Olga oddała Wojtusia matce. Rumiany, jasny, ręce wyciąga ku matce, gaworzy. Dla Marysi nie istniały już ciemne dni.

U Akuliny życie było spokojne, nie była nikomu ciężarem. Któregoś dnia zapytała:

Ciociu Akulino, czemu babka Olga w lesie, przecież w wioskach dobrych uzdrowicielek ze świecą szukać.

Dawno to było, zaczęła Akulina. Mama była młoda, ludziom pomagała, nic nie brała za leczenie. Ale jak któryś z dzieci zmarł, zaraz plotki o czary. Pewnego razu w kilku rodzinach zmarło niemowlę. Od razu winna, bo do matek zachodziła. Lud zaczął grozić, przyszli z ogniem Ojciec ledwo ich opamiętał. Dopiero lekarz wyjaśnił, iż dzieci były słabe, matki starsze.

Ludzie przyszli przeprosić, ale babka już nie przebaczyła. Zażądali, by za wieś przegonić, tam chatę postawili. Od tej pory tylko dzieci z chorych rodzin przyjmowała stawiali koszyk pod drzwi chaty i czekali. Po trzech dniach babka wynosiła dziecko, zdrowe albo nie.

A jak babka dzieci leczy? pytała Marysia.

Im mniej wiesz, lepiej śpisz zaśmiała się Akulina. Na pewno nie czarami, nie bój się.

W tym czasie w rodzinnej wiosce wydarzył się powrót wrócił Maciej. Wszedł do izby, gdzie dzielił posłanie z żoną, a tu pusto, cisza, nic znajomego choćby chusteczka nie została, zapach wywietrzał. Stoi, nie wierzy, zaniemówił.

Wybacz, synku lamentowała Jadwiga. Nie uchroniłam twojej Marysi i naszego wnuka. Trzeciego dnia po twoim wyjeździe Wojtuś zmarł, a Marysia jak zwariowała wzięła go i wyszła. Biegałam za nią, nie dogoniłam, jakby nie żyła. Szukałam po wsi i w lesie, zniknęła!

Słuchał Maciej, a w głowie toczyły się słowa: Zniknęła zniknęła

***

Wystarczy, Macieju dodała kiedyś matka, wchodząc do izby. Ileż możesz leżeć jak trup? Nie jesz, nie pijesz, siedzisz w ciemności. Taka już twoja dola

Cierpienie trwało całą zimę, wiosna pukała do okien. Gospodarstwo wymagało rąk.

Choć cielesnie ożył, rana w sercu nie goiła się. Jadwiga próbowała ożenić go z nową panną, przyprowadzała kandydatki. Raz, gdy znowu zaczęła o ślubach, huknął na matkę tak, iż aż z ławy spadła.

Raz nie uchroniłem ukochanej, sam nie potrafiłem syna wywalczyć, więc nie waż mi się wspominać o nowej rodzinie! ryknął.

Dni płynęły mdło, jak kisiel. Maciej stał się odludkiem, zamknięty, milczący, praca bez radości, wieczory samotne.

Minął rok, drugi się kończył. Jadwiga patrzyła na syna, ciarki na plecach. Choć ciepły, to zachowaniem jakby już nieżywy. Myślała, iż czas zagoi, iż się ożeni i dzieci po domu biegać będą. A widzisz, jak wyszło

We dwoje w dużej izbie choć syn był, nie było z kim porozmawiać. Sąsiadki wołały swoje dzieci, wnuki, a Jadwiga w zawiści chodziła jak sowa po wsi. Ciężki kamień winy przygniatał serce. W końcu sama pochorowała się, serce nie wytrzymało, poszła do szpitala do Krakowa lekarz nie pomógł; nie ma zioła na tajone udręki. Do końca lata umarła. Nie wyznała prawdy synowi.

Maciej został zupełnie sam na świecie. Pracował w dzień, ale nocą dusiły go myśli. W końcu, zdecydował: po czterdziestym dniu po śmierci matki, wyprawi stypę dla sąsiadów, a potem sam ruszy za matką

***

No i po co przyszłaś? rozległ się twardy głos babki Olgi, która otworzyła drzwi na wpół do ciemnej izby, gdy pojawiła się zjawiskowa postać.

W ciemności unosił się czarny cień, cicho zawodząc.

Nie chcę z tobą rozmawiać burknęła babka. Sama zamieszałaś, sama odpokutuj!

Nie zobaczy zapłakał cień.

Wiem to i bez ciebie odburknęła starucha nie ona jest winna Ty zgotowałaś jej los. Za późno na żale! Ale dobrze, pokaż mi.

Cień uniósł się i okrył babkę Olgę przed jej oczami pojawiła się wizja: Maciej idzie do mokradeł, za plecami tańczą diabły

***

Marysiu odezwała się Akulina jakby dobrze zebrać żurawinę, matce by się na zimę przydało dla dzieci na lekarstwo.

Ja pójdę uśmiechnęła się Marysia do raczkującego Wojtusia. Rano pójdę, jeżeli popilnujesz synka.

Chętnie! Z takim chłopkiem sama przyjemność śmiała się Akulina Pan Bóg nie dał swoich, a tyś dla mnie jak córka.

Matka Boska pomogła! Gdybyś mnie pod studnią wtedy nie spotkała, może by mnie nie było na świecie Jesteś mi jak matka, ciociu Akulino. Dziękuję.

***
Czterdziesty dzień, wszystko jak należy: kutia, bliny; święcić na cmentarzu. Po stypie ludzie się porozchodzili, Maciej siadł na ławie, głowę opuścił. Po pół godzinie ruszył do lasu. Idzie, nie patrzy, nie widzi świata. Przed oczami przesuwa się życie: Marysia ukochana, Wojtuś maleńki na dłoni, matka, zbyt wcześnie zmarły ojciec

Czarna rozpacz, nie mam siły już dłużej żyć myślał, brnąc do najgłębszego bagna w lesie.

Buty aż zasysało. Stał z pochyloną głową, bagno powoli chwytało go lodowatą ręką i wciągało. Nie opierał się wszystko mu już jedno.

Nagle usłyszał śpiew. Dziewczęcy, cienki, coraz bliżej Wydawało mu się, iż zna ten głos.

Między drzewami zamajaczył biały zarys. Głos wyraźniejszy.

Marysiu idę do ciebie wyrzekł Maciej.

Nagle postać ukazała się wyraźnie to była Marysia!

Macieju, co robisz, przecież żywa jestem! zawołała.

Zatrzymał się, zbladł. Żywa jestem powtórzył i zrozumiał. Zaczął wyrywać się z bagna, ale korzenie trzymały go mocno. Marysia rzuciła się na pomoc, miętosząc gałęzie, ręce krwią obcierając.

W końcu wydostał się. Wpadł w jej ramiona. Płakali razem

***

Maciej, gdy się dowiedział, iż jego rodzina żyje, oszalał z radości.

Dom gwałtownie przeniósł do wioski, gdzie Marysia znalazła szczęście. Zamieszkał z żoną, synkiem i ciocią Akuliną, która została dla nich jak matka.

***

Zapomniana, dzika mogiła zarosła chwastem. Śladów po zła kobiecie nie zostało. I kto by wiedział, czy niespokojna dusza znalazła spokój zniszczyła swój i innych los chciwością i zawiścią.

Idź do oryginalnego materiału