Kobiece losy. Marianna
Zmarła babcia Aniela i Mariannie zrobiło się jeszcze bardziej pusto na duszy. Teściowa uważała, iż nie nadaje się na synową za chuda, mało pracuje, a dzieci to nie wiadomo, czy od takiej wątłej będą. Marianna wszystko znosiła, a gdy było już naprawdę źle, biegła do swojej babci. Dla Marianny Aniela była najdroższą osobą na świecie i za nieobecnego już ojca, i za matkę, która zmarła dziesięć lat temu na suchoty.
Kiedy Jan spojrzał na sierotę, wiedział tylko Bóg. Przystojny, silny, cały dom pełen dostatku a zakochał się w bezdzietnej, biednej dziewczynie, bez rodziny. Tak za jej plecami mawiała teściowa, Franciszka.
Marianna starała się jak mogła, żeby przypodobać się teściowej. Krzątała się po domu jak mrówka, brała każdą robotę. A mimo to Franciszka tylko kręciła nosem: Nie taka, jaka być powinna, i już!
Przy Janie to jeszcze wytrzymywała, ale kiedy mąż wyjeżdżał do sąsiedniej wsi, nic tylko uciekać z domu się chciało.
Wytrzymaj, Marysiu powtarzała zawsze babcia, jeszcze się ułoży.
Ale babci już nie było i kolejne lata mijały, a Franciszka każdego dnia czuła większą niechęć do synowej. To nie wyszło tak, jak sobie matka wyobrażała wybrała przecież dla Jana inną, z porządnej i zamożnej rodziny. Połączyłyby się majątki, starczyłoby na prawnuki i dalej. Ale Jan uparty jak ojciec; raz powiedział, słowa nie odwoła!
Rzeczywiście Jan gospodarzem był znakomitym. Po śmierci ojca wszystko wziął w swoje ręce i jeszcze powiększył, z pomysłem zarządzał tym, co ojciec wypracował. Matkę szanował, ale na głowie wodzić się nie dawał raz powie, na amen!
Mariannę kochał tak mocno, iż aż lęk go brał. Zobaczył ją delikatną jak trawa polna, z białą twarzą, wielkimi, niebieskimi oczami i zadartym noskiem zginął dla niej. Gotów był dla niej świat położyć do stóp. Dostatki jednak się nie liczyły Marianna przyjęła oświadczyny, bo sama czuła, jak Jan ją pokochał; i ona zakochała się bez pamięci.
Wiedziała o jego matce o charakterze i skąpstwie słyszała. Ale skoro Jan był słowny i stanowczy, zgodziła się na ślub. Zamieszkała w jego domu, cierpiała humory Franciszki. Kiedy dłużej już nie wytrzymywała, biegła do babci, wypłakać się i uleczyć duszę.
Siadała na podłodze przy kolanach staruszki, kładła głowę i cicho skomlała jak pobite szczenię. Babcia przebierała jej włosy palcami, głaskała po głowie delikatną dłonią, szeptała po cichu modlitwy do Matki Boskiej, prosiła o opiekę nad sierotą.
Godzinka mijała rozpływał się smutek, znów chciało się żyć. Teraz nie było już do kogo biegać. Babcia zasnęła i po cichu odeszła.
Wyła wtedy Marianna jak bóbr, samotna na świecie. Ludzie mówią, iż czas leczy rany nieprawda. Niby się zapomina, ale ból wraca, przypominają się czułe dłonie i Marianna znów płacze.
Czas mijał, a w domu Jana napięcie rosło jeszcze bardziej. Franciszka zjadała synową za życia trzeci rok pasożytuje, a wnucząt, spadkobierców, nie przynosi!
Dla Marianny to był temat gorszy od piekła wiedziała, jak teściowa szeptała synowi do ucha, iż dziewczyna jest zepsuta, dzieci Jan się nie doczeka. Jan co prawda machał ręką, ale języków ludzi nie zatka. Na wsi już mówili, iż Jan z rodu pójdzie do grobu bez potomka.
Jan marszczył brwi, ale wystarczyło, iż do domu wrócił i zobaczył swoją gołąbeczkę i wszelkie troski znikały z głowy. Nosiłby ją na rękach, badylek swój ukochany. Może Bóg usłyszał jej modlitwy, a może prawdziwa miłość cuda zdziałała Marianna zaszła w ciążę.
Och, jaka była wściekła Franciszka! A Jan tylko bardziej kochał żonę.
Teściowa krążyła po domu jak czarny kruk. Wystarczyło, iż Marianna przysiadła, już była przy niej:
Siedzisz, leniu? Myślisz, iż skoro brzuch ci rośnie, to już ci wszystko wolno? syczała, widząc synową odpoczywającą na ławce.
Ależ, mamo, tylko na chwilę przysiadłam. Całe rano pracowałam.
A, pracowała! wycedziła przez zęby Franciszka. My tu sług nie mamy, a pani się znalazła! Wody trzeba nanosić, mąż wróci, wody nie będzie! A jak nie masz siły idź stąd, moje dziecko nie potrzebuje chorej żony!
Marianna bez słowa wstała, wzięła wiadra i żuraw na ramiona, poszła po wodę. Ciężkie wiadra dźwigała, sąsiadki tylko głowami kręciły Całkiem już Franciszka oszalała, i z brzuchem młoda, a przecież jej nie żałuje!
W końcu urodziła Marianna chłopczyka. Ale nie było szczęścia maleńki urodził się bardzo słaby. Bez ojcowskiej siły, co chwila siniał, przestawał oddychać, jak trup zastygał.
Sama jak niemoc chodząca, to i dziecko takie samo rzucała pogardliwie Franciszka.
Jakże mama może tak mówić?! Przecież to państwa krew, synka Janowego wnuk łkała Marianna.
Oj, jakby to wnuk miał doczekać spadku! skrzywiła się teściowa. Nie minie dzień, trzeba będzie trumienkę robić.
Ryknęła Marianna, słysząc takie słowa. A Franciszka tylko bardziej kąsała. Miała w głowie: jak dziecko umrze, Jan od tej biedaczyny odejdzie, weźmie porządną dziewczynę, zdrową, rumianą!
Jan wracał z pracy, żałował żonę. Dawał się jej wyspać, brał synka na swoje wielkie ręce ledwie mieścił się palcom. Maluch, jak tylko poczuł ojcowską opiekę, uspokajał się, uśmiechał, cmokał ustami.
Może i chorowity, ale to się jeszcze zobaczy myślał Jan. Pokażemy wszystkim, na co nas stać.
Przyszedł czas na chrzest dziecko nazwano Wincentym. Ale zdrowie nie chciało się poprawiać chłopiec jakby wcale nie nabierał sił.
Aż raz Jan dostał wiadomość po rzeczy trzeba było jechać aż za rzekę, do innej wsi.
Daleko, prędko nie wrócę powiedział, całując żonę w czoło. Dbaj o Wincentego, nie słuchaj nikogo
Rozwinęła się Franciszka jak nigdy! Wyćwiczyła się w czynieniu zła, wiedząc, iż teraz nikt nie stanie w obronie dziewczyny. Marianna powinna teraz ogrzewać synka, być przy nim, ale gdzie tam! Teściowa zagoniona: woda, drewno, bydło ani chwili wytchnienia.
Nocami Marianna nie spała Wincenty marudził, pół nocy z nim schodziło, a o świcie do zwierząt. Sama słabła, a i dziecko gaśnie w oczach, coraz częściej sinieje, dławi się.
Jesień przyszła już na dobre. Plucha, mżawka, zimno. Mąż powinien już wrócić i postawić matkę do pionu. Ale coś go długo nie ma
I dobrze robi rzuciła z przekąsem Franciszka. Po co wracać do chorych? Tam znajdzie sobie lepszą, żywszą i ładniejszą!
Zatrzymały się te straszne słowa w głowie Marianny. Może i prawda?, pomyślała. Jeszcze gorzej jej się zrobiło. Franciszka widziała, iż złapała ją na czułym punkcie.
Każdego dnia sączyła w jej duszę kolejne wątpliwości.
Nie żal ci Janka? zapytała raz Franciszka. Chłopak codziennie na śmierć synka czeka, a ty sama się wykończysz. Odpuść, Marianna, wypuść Janka na wolność.
Ale dokąd ja pójdę z dzieckiem, mamo? Zaraz śniegi, mały słaby, jeszcze się gorzej rozchoruje.
No i co z tego? odpowiedziała chłodno teściowa. I tak kilka straci świat ledwo żył, jak ma odejść, to da Bóg, umrze, Jankowi będzie lżej, zrobi nowe dzieci, zdrowe i rumiane!
Marianna nie wierzyła własnym uszom. Jak człowiek, kobieta, matka może coś takiego powiedzieć?! Nagle mały Wincenty zaniósł się płaczem, zsiniał, przewrócił oczy i zwiotczał.
Przemyśl to sobie, Marianna, rzuciła Franciszka i wyszła z izby, zostawiając dziewczynę z boleścią.
Minęły jeszcze dwa tygodnie. Spadł pierwszy śnieg, zawiały zimne wiatry. Marianna schudła, zczerniała, ale czasami umiała Franciszce się postawić chociaż co z tego, skoro nie była u siebie, nie z własnym mężem? Bolały ją słowa, iż Jan o niej nie pamięta, uciekł z domu. Wiadomości od niego nie było.
Przez teściowę w głowie Mariannie tylko jedno: to przez nią Jan nie wraca.
I sama nie żyje, i mężowi nie da mamrotała Franciszka.
To była ostatnia kropla. Marianna weszła do swojej izby, spakowała skromny tobołek, nie wzięła nic poza najpotrzebniejszym. Otuliła Winncentego chustami i wyszła.
Franciszka całkiem nieruchomo stała bała się spłoszyć nagle zrodzoną wolę dziewczyny. Była spokojna. O syna się nie martwiła. Miesiąc temu była już wiadomość: Janka napadli na trakcie, okaleczyli, ale żyje. W dużym mieście w szpitalu leżał ale Marianna nie musiała o tym wiedzieć. Niech myśli, co Franciszka chce! A jak wróci Janek, opowie mu, iż Wincenty zmarł, a Marianna oszalała i odeszła. Sąsiadki nie zauważą wychodziła późno, nie będą wiedziały, co naprawdę się zdarzyło.
Następnego dnia sama rozniosła wieść: Marianna oszalała po śmierci dziecka, wzięła go i w noc uciekła, nie wiadomo gdzie. Sąsiadki poplotkowały i po tygodniu wszystko ucichło, przyszła zima, każdy siedział w swojej chacie
Długo szła dziewczyna, wzdłuż lasu, przez pola. Sercem bała się ludzi o siebie nie, dusza już wypalona, ale synka żal. Noc minęła, brzask rozwidnił ulice, w oddali wiejskie dachy.
Nie liczyła, iż ktoś ją gdzieś przyjmie choćby kawałek chleba i godzinę ciepła dla dziecka.
Dymy z kominów, bieląca para w powietrzu. Ulice puste to nie lato, żeby każdy był w polu, za zimno na gadanie przez płoty.
Marianna przysiadła przy studni, odpoczęła. Zbliża się kobieta z wiadrami rosła, mocna, policzki czerwone od zimna, spogląda z góry. Od tego spojrzenia Marianna się skuliła.
Kobieta nalała wody, ale patrzy i pyta:
A czyja ty jesteś? Zsiniałaś, pewnie ci zimno?
Ja niczyja, odpowiedziała cicho Marianna tylko przechodzę. Do sąsiedniej wsi idę.
Do kogo tam? zapytała kobieta nieufnie.
Ojciec tam mieszka, dalej kłamała Marianna.
Dobre sobie! choćby psa by na taką pogodę pod dach wpuścili, a ciebie z dzieckiem pogonili.
Marianna nie wytrzymała zalała się łzami, zaczęła wyć, twarz ledwo rozgrzane ręce zakrywają.
Chodźże, nie marudź, zarządziła kobieta, pomogła dziewczynie wstać.
W chacie ciepło drewno syczy w piecu, pachnie ziołami. Marianna zapadła na ławę przy ogniu, pierwszy raz zrozumiała, jak jest zmęczona. Kobieta zdjęła z niej okrycia i delikatnie zabrała dziecko.
Akulina jestem, odezwała się, rozwijając malca z pieluch.
O Jezu! Jaki malutki! jęknęła. Ochrzczony?
Tak, wyszeptała Marianna Wincenty mu na imię.
Po tych słowach Marianna zsunęła się z ławy i straciła przytomność.
Nie wiedziała, jak długo leżała. Ocknęła się w obcym łóżku, pod kocem, w chacie cicho. Zrywa się i nie widzi synka miota się, nikogo nie ma. Wybiegać chce, aż tu drzwi otwiera Akulina.
Oczy otwarłaś? zapytała. A dokąd się wybierasz?
Gdzie dziecko?! krzyczy Marianna.
Głuptas z ciebie, spokojnie. Trzy dni bez przytomności leżałaś, bzdury bredziłaś. Opowiedz mi wszystko, a synkiem się zajmę. Zaniosłam go do matki, do lasu, dla zdrowia.
Po co?! zbladła dziewczyna.
Rób co mówię, a potem wszystko zrozumiesz.
Usiadły przy stole. Akulina nalała Mariannie kubek ziołowego naparu.
Pij i opowiadaj.
Marianna wylała całą duszę o miłości wielkiej, o teściowej, co ją znienawidziła, o chorym synku, o swoim bólu.
Akulina słuchała spokojnie. W końcu powiedziała:
Drogi Pana są nieodgadnione. Nie bój się, Marianno. Twój syn wyzdrowieje, los się odwróci, skoro mnie spotkałaś. Najważniejsze strzeż światła w sercu!
Chciałabym do synka, ciociu Akulino, serce mnie boli.
Zaprowadzę cię, ale sama wrócisz.
Zmroziło Mariannę, ale posłuchała.
Wyszły z domu, Akulina skręciła w las. Idą gdzieś głęboko, Marianna nic nie rozumie z jej gadania. W końcu drzewa się rozstąpiły na polanie stała mała chata.
Weszły, stara kobieta podeszła.
Chodź, kochanie, zobacz na dziecko, śpi, tylko nie budź go.
W rogu, w kołysce, leżał Wincenty wyglądał już zdrowiej niż przed wyjazdem z domu.
Zdrowszy, zdrowszy! zachichotała staruszka, jakby czytała w myślach Marianny.
Siadaj, dziewczyno, powiedziała. Jestem babka Tekla. Miejscowi mają mnie za czarownicę, dlatego w lesie mieszkam.
Marianna otworzyła szeroko oczy, ale staruszka uspokaja:
Nie martw się. Twoja teściowa gorszą jest wiedźmą, a i tak do kościoła chodzi.
Babka Tekla mówiła o tym, co ludziom nieprzyswajalne iż nie wolno w ciąży po cmentarzach chodzić, a Marianna co chwilę biegała do babci Anieli na mogiłę. Tam wzięła martwiaka. Po porodzie zły duch przylgnął do bezbronnego dziecka i ciągnął z niego życie.
Zbladła Marianna, siadła jak niewładna.
Spokojnie, wszystko naprawimy. Wincenty u mnie zostanie kilka dni, wypędzimy z niego chorobę.
Poczuła pod dłonią Tekli taką ulgę, jakby znów była z własną babcią.
No, czas wracać.
I wróciły do Akuliny, a po tygodniu babka Tekla oddała synka. Różowy, żwawy, rączkami sięgał do matki, gaworzył jakby nigdy nie chorował.
Marianna żyła spokojnie u Akuliny. Długu nie miała każda z kobiet znalazła w tej rodzinie nową matkę i córkę.
Akulino, czemu babka Tekla w lesie mieszka? zapytała kiedyś Marianna.
Kiedyś była młoda, pomagała za darmo. Ludzie przychodzili póki dzieci ratowała, kochali ją, a gdy przyszły nieszczęścia, zwrócili się przeciw niej. Kiedy kilka niemowląt zmarło, znalazł się ktoś, kto ją oskarżył. Zaczął się pogrom chcieli ją spalić. Uratował ją tylko ojciec, bo doktor potwierdził, iż dzieci zmarły z przyczyn naturalnych. Tekla zamknęła się w lesie, leczy tylko dzieci, dorosłych nie przyjmuje. A jak ktoś coś chce, to oddaje dziecko pod drzwi, a potem po trzech dniach odbiera. Inaczej nie pomaga.
Marianna ze zdumieniem słuchała opowieści i patrzyła na synka.
Jak ona leczy?
Lepiej nie wiedzieć za dużo, spać ci się odechce! zaśmiała się Akulina. Ale na pewno diabłów do pomocy nie woła.
Tymczasem w rodzinnej wsi rósł niepokój. Jan wrócił do domu wszedł, a pustka, jakby nigdy nie miał żony, jakby dziecko się nie urodziło. Żadnej chustki, żadnego znajomego zapachu. Wstał, rozglądał się jak struty.
Wybacz mi, synku szlochała Franciszka. Nie uchroniłam ani synowej, ani wnuka. Wróciłeś, a tu zaraz po twoim wyjeździe Wincenty zmarł, a Marianna zwariowała, chwyciła dziecko i uciekła w noc. Biegałam za nią, ale nie dało się powstrzymać…
Jan słuchał, a w głowie dzwoniło jedno: Zginęła, zginęła
Długo Jan przeżywał stratę. Cała zima przeszła jak we śnie. W końcu trzeba było żyć dalej gospodarka nie poczeka. Ale choćby gdy ożył z zewnątrz, w sercu rana nie chciała się zagoić.
Franciszka namawiała go raz po raz do nowego ślubu, przyprowadzała dziewczyny na oględziny.
Aż pewnego dnia Jan wybuchnął, aż matka poleciała z ławy:
Jednej nie uchroniłem, syna straciłem, ani słowa o ślubach mi nie gadaj!
Dni płynęły bez smaku, Jan zamknął się w sobie; pracował w dzień, nocą zamykał się w izbie i nie mówił słowa. Minął rok, drugi. Franciszce ciarki przechodziły po plecach syn ciepły, ale zachowuje się jak trup! Myślała, iż przejdzie, dzieci biegać będą.
Siedzieli we dwójkę w ogromnej izbie. Syn żył, ale nie było z kim słowa zamienić. Sąsiadki tylko wołały przez płoty dzieci, wnuki każdy kogoś miał, kogo kochał i się troszczył. Tylko Franciszka chodziła samotnie, pełna żalu i goryczy.
Przyszło jej zrozumieć, iż sama zamieniła życie syna w piekło. Ale było już za późno bała się przeprosić, umierała z winy, nie jadła, nie spała, schudła, zczerniała i zmarła pod koniec lata. Jan lekarza sprowadzał z Krakowa, nic nie pomogło nie ma ziela na rozdartą duszę.
Został Jan całkiem sam. W dzień jeszcze coś robił, ale przy nocy szło zwariować. Gdy minął czterdziesty dzień po śmierci matki, postanowił: posadzi sąsiadów przy stole, a potem sam odejdzie w noc.
***
Czego tu jeszcze chcesz? odezwała się zły głos Tekli. Za życia sumienia nie miałaś, a po śmierci niby skąd? Tekla podniosła się, patrząc w cień w rogu izby. Z cienia płynął smutek, lament. Nie zabierzesz go już nikomu! A Jan nie wiedźma, tylko skrzywdzony przez ciebie człowiek! choćby nie prosisz dla siebie ah, pokazujże co chcesz
Po tych słowach cień spłynął na babcię, a przed oczami stanęły obrazy: Jan przy bagnie, skaczą wokół diabły. Czekają, aż dusza od Boga odejdzie
***
Marianno rzekła Akulina byłoby dobrze iść na żurawinę. Matce bym zaniosła, a ona dzieciom syrop zrobi. Ja pójdę! odpowiedziała Marianna. Dla dzieci warto się postarać! I uśmiechnęła się do bawiącego na podłodze Wincentego.
Zajmę się nim, jakby mój był odpowiedziała Akulina. Pan Bóg własnych nie dał, to choć przez ciebie dostałam radość. Mówiłam opatrzność cię do mnie przywiodła.
Uratowałaś mi życie, ciociu. Gdyby nie ty przy studni, chyba bym nie przeżyła. Mam cię jak matkę, na zawsze będę wdzięczna!
***
Czterdziesty dzień, kucie i racuchy na stole, wszyscy po nabożeństwie na cmentarzu wracają do domu. Ostatnia sąsiadka wychodzi i Jan zostaje nad stołem, z głową zwieszoną. Po chwili wychodzi w las, nie widzi, czy idzie. Przed oczami całe życie Marianna, maleńki Wincenty, matka i zbyt wcześnie zmarły ojciec. I szczęścia nie zaznał sam to wszystko stracił.
Ciemność zalewa serce, topiel leśna przyciąga, chłód przejmuje nogi, wciąga go bagno. Jan nie walczy nie chce już żyć. Wtem słyszy kobiecy głos, znajomy śpiew gdzieś między drzewami. Wracasz do mnie, Marianko? pyta szeptem.
Biały cień przesuwa się między drzewami, głos coraz wyraźniejszy.
Idę do ciebie, Marysiu! mówi Jan.
I nagle cisza. Wizja zamiera.
Janku! W krzyku Marianny jest rozpacz, ale staje przed bagnem. Jan tkwi tam po pas, patrzy z niedowierzaniem, nie wierzy, iż to naprawdę ona.
Przywidziało mi się chyba bełkocze Jan. Nie mogłem zatrzymać cię przy życiu, Marianno, więc przyszedłem po ciebie po śmierci.
Marianna oprzytomniała. Co ty, Janie! Przecież ja żyję!
Zastygł, uśmiech zniknął z twarzy. Żyję! powtórzył i dopiero wtedy zrozumiał, iż żona przed nim stoi. Próbował wydostać się z bagna ale mroźne trawy ciągnęły w dół.
Marianna widzi, iż go topiel wciąga, rzuca się z patykami, drapie ręce aż do krwi, i płacze, i śmieje się naraz.
Jakimś cudem Jan wydostał się, bagno puściło. Uklęknął, objął ulubioną, całował po twarzy płakał jak dziecko
***
Kiedy Jan zrozumiał, iż i żona, i synek żyją i mają się dobrze, oszalał ze szczęścia.
Wpadł do chaty, porwał Wincentego na ręce, płakał tak, iż Akulina herbatą z melisą musiała go uspokajać.
Dużo rozmów było o dobrym, o złym, o rozpaczy i bezsenności. Ale trzymał Mariannę za rękę i nie puszczał.
A potem słuchał jej wyznań o czarnej rozpaczy, o lodowatej pustce, jaka serce i wolę unicestwiła.
Gdy ciepło w sercu codzienności, to i złe się prędko zaciera.
Żeby już nigdy nie wracać do przeszłości, Jan postanowił zostawić dawny dom cały majątek przeniósł do wioski, gdzie Marianna odnalazła swój dom.
Zamieszkali z Akuliną, która z serca była im bliższa niż niejedna matka.
***
Grób starej Franciszki zarośnięty chwastem, nikt już nie pamięta. Czy znalazła jej dusza spokój? Może nie sama własne życie w pogardę i smutek obróciła, dla złego kaprysu i pychy tyle nieszczęścia przyniosłaA ludziom w nowej wsi Marianna wydawała się nie z tego świata łagodna, cicha, a gdy patrzyła na Wincentego, w oczach zapalało się światło, co nadzieję budziło i choćby najtwardszego wzruszało. Jan nie umiał już żyć bez uśmiechu żony i potarganych włosów synka. Akulina, patrząc na ich codzienną krzątaninę, czuła się mniej samotna niż przez całe swoje życie.
Wieczorami, kiedy drzewa szumiąc kładły się spać, szli razem pod las, gdzie niebo było najczystsze. Wincenty śmiał się, rzucał się ojcu na szyję, Marianna przytulała obu swoich mężczyzn, a Akulina przystawała za nimi; uśmiechnięta, niosąc kosz z ziółkami i świeżo upieczonym chlebem. Nad polaną cicho przechodził wiatr, grał w wysokiej trawie i gasił stare, niedobre wspomnienia.
Złe ustały na zawsze a to, co kiedyś było bólem, zamieniło się w opowieść, chowaną w szufladce serc, by już nie wracała. Dom Marianny przyciągał ludzi: kto głodny, dostał bochenek chleba; kto zmęczony miejsce przy ogniu; a kto szukał pociechy, zostawał dłużej. W święta cała wieś schodziła się śpiewać przy stole, dzieci bawiły się z Wincentym, a Jan z Marianną trzymali się za dłonie, wdzięczni za każdy dzień.
Może i nie da się zapomnieć dawnych krzywd, ale można zacząć nowy rozdział taki, w którym choćby po największej burzy przychodzi ciche, pewne szczęście. Tak długo wyczekiwane, tak proste, a przecież największe.












