Basia obudziła się od cichej rozmowy dochodzącej z kuchni. Męski głos, przytłumiony, urywany — a przecież Wojtek nigdy nie dzwonił nocą. Zerknęła na telefon: dwadzieścia po pierwszej. We Wrocławiu we wrześniu o tej porze za oknem już pusto, tylko tramwaj czasem przejedzie na Krzykach, i tyle. Wstała bez butów, ostrożnie stąpając po deskach w korytarzu — wiedziała dokładnie, w którym miejscu skrzypią, bo mieszkali w tym wynajętym M2 już trzeci rok.
Basia i Wojtek pobrali się w dwa tysiące dziewiętnastym i od razu postanowili: żadnego kredytu. Oboje pamiętali rodziców, którzy spłacali raty przez dwadzieścia lat i o niczym innym przy niedzielnym obiedzie nie potrafili rozmawiać, tylko o marży i WIBOR-ze.
— Wolę żyć skromniej, ale bez telefonów z banku, jak spóźnimy się dzień z ratą — mówiła Basia, mieszając zupę.
Wojtek się z nią zgadzał, choć czasem wzdychał nad kalkulatorem. Pracowała jako księgowa w firmie transportowej, on — technik w serwisie klimatyzacji. Zarabiali podobnie, więc ustalili prosty system: z jednej pensji żyją i płacą za wynajem, drugą odkładają co do grosza. Odmówili sobie wakacji za granicą, nowego samochodu, choćby remontu łazienki u teściowej, kiedy prosiła o pożyczkę. Bolało, ale trzymali się planu.
Siedem lat później, w sierpniu, mieli już odłożone czterysta osiemnaście tysięcy złotych.
— Basiu, chyba czas zacząć szukać na poważnie — powiedział Wojtek pewnego wieczoru, kiedy jedli kanapki przed telewizorem. — Mamy tyle, iż możemy brać coś konkretnego, nie tylko oglądać.
Zaczęli przeglądać ogłoszenia na Otodomie co wieczór. Wybrali cztery mieszkania: jedno w centrum, blisko placu Grunwaldzkiego, drugie na Muchoborze Wielkim, trzecie — trzypokojowe na Kozanowie, i czwarte, które umówili na sam koniec, bo cena wydawała się podejrzanie niska.
Pierwsze dwa obejrzeli w jeden dzień. Wojtkowi spodobała się kawalerka przy Grunwaldzkim — blisko wszystkiego, świeżo po remoncie. Basia wolała Muchobór: dalej od centrum, ale za to bezpośredni autobus pod samą firmę.
— Nie rozumiem, czym ci przeszkadza mój wariant — mruknął Wojtek w samochodzie. — Ładne mieszkanie.
— Ładne. Tylko sąsiedzi za ścianą się drą, słyszałeś sam. A ten drugi, z klatki, wyglądał, jakby coś brał. Oczy miał jak szklane kulki.
— Policję by się wezwało, gdyby coś.
— Ludzie sprzedają mieszkania właśnie przez takich sąsiadów, Wojtek. I zauważyłeś, iż właścicielka odpowiadała krótko, kiedy zapytałam, czemu się wyprowadza? Powiedziała, iż do innego miasta, ale ręce jej drżały przy tych papierach, jakby czegoś nie dopowiedziała.
Umówili się: obejrzą trzecie i czwarte, a potem zdecydują. Nie kupowali przecież pralki, tylko mieszkanie na następne dwadzieścia lat.
Trzecie mieszkanie na Kozanowie okazało się trzypokojowe — jedyne z całej czwórki takie duże. Pokazywał je wnuk właścicielki, chłopak może trzydziestoletni, w dresie i klapkach.
— Remontu tu dawno nie było, bo babcia tu jeszcze mieszka — tłumaczył, otwierając kolejne drzwi. — Ale co, remont się zrobi, prawda? Metraż jest, jak się rozejrzeć.
Metraż rzeczywiście był — sto cztery metry, cena o jakieś sto tysięcy niżej niż podobne oferty w okolicy. Wnuk tłumaczył to tak: ma swoje mieszkanie w Poznaniu, czasu czekać latami na kupca nie ma, więc woli sprzedać taniej i szybko.
Wojtkowi mieszkanie nie spodobało się od progu. Do serwisu dalej niż z obecnego wynajmu, żłobek i szkoła dwie przecznice dalej, a on marzył o parterze — trzecie piętro bez windy go zniechęciło. Ale Basię coś w tym miejscu zatrzymało: może cena, może ten pokój z widokiem na stary sad za oknem, w którym ktoś jeszcze zbierał jabłka, mimo iż blok stał tuż obok.
Czwarte mieszkanie umówili na sobotę, ale nie dojechali — właścicielka odwołała spotkanie telefonicznie, tłumacząc się chorobą matki, i przełożyła je na "kiedyś później", które nigdy nie nadeszło. Zostały więc dwa warianty: Muchobór i Kozanów.
Wybrali Kozanów. Cena przeważyła, a Basia uparła się przy sadzie za oknem. Wojtek ustąpił, choć bez entuzjazmu, mrucząc coś o windzie i o tym, iż będzie musiał nosić zakupy na trzecie piętro do końca życia.
Podpisali umowę przedwstępną w połowie września, wpłacili zadatek — dwadzieścia tysięcy złotych — i ustalili termin finalizacji na koniec października, kiedy babcia miała już wyprowadzić się do córki na wieś pod Oławą.
I wtedy zaczęły się telefony. Najpierw krótkie, o dziwnych porach — wnuk dzwonił do Wojtka, nie do Basi, i rozmawiał ściszonym głosem, chowając się na klatce schodowej albo w łazience. Basia zauważyła to po tygodniu: mąż zaczął wychodzić z pokoju z telefonem, mówił "zaraz wrócę" i znikał na kwadrans.
Tamtej nocy, kiedy obudził ją głos z kuchni, postanowiła w końcu podejść bliżej i posłuchać, zamiast czekać na wyjaśnienia przy śniadaniu.
Stanęła w progu kuchni boso, w rozpiętym szlafroku, i usłyszała urywek zdania, który zmroził ją bardziej niż wrześniowy chłód z uchylonego okna:
— …nie mogę dłużej czekać, Marcin. Babcia się nie wyprowadzi, mówię ci. Ona nie wie, iż ja to sprzedaję. Musimy dogadać się inaczej, zanim moja żona się zorientuje, iż coś jest nie tak.
Wojtek zamarł, zobaczywszy Basię w drzwiach. Odłożył telefon na blat tak ostrożnie, jakby bał się, iż stłucze coś więcej niż ciszę.
— Basiu… to nie to, co myślisz.
— A co ja mam myśleć, Wojtek? Że ty i wnuk tej staruszki od miesiąca coś kombinujecie za moimi plecami? Że babcia choćby nie wie, iż jej dom sprzedają?
— Ja nie kombinuję, ja próbuję to zatrzymać! — Wojtek podniósł głos pierwszy raz w tej rozmowie. — Myślisz, iż mi to podoba? On mi to wygadał przez telefon przypadkiem, pomyliłem numer, on myślał, iż dzwoni do Marcina. Miał długi u tego Marcina, poważne, i mieszkanie babci miało je spłacić, zanim wierzyciel zacznie grozić naprawdę. Co miałem zrobić? Powiedzieć ci od razu i patrzeć, jak tracimy zadatek i pół roku szukania, bo transakcja się rozsypie w jeden wieczór?
— Więc wolałeś dzwonić do niego po nocy i błagać, żeby "dogadali się inaczej"?
— Chciałem go zmusić, żeby powiedział babci sam, zanim to wybuchnie! Próbowałem mu wytłumaczyć, iż jak nie powie, to ja powiem, tylko dawałem mu czas, bo… — urwał, patrząc na swoje ręce zaciśnięte na kubku z zimną herbatą. — Bo bałem się, Basiu. Bałem się, iż jak ci powiem, to każesz mi natychmiast wycofać się z całej sprawy, a ja nie chciałem znowu zaczynać szukania od zera. Nie po siedmiu latach oglądania ogłoszeń.
— Chroniłeś mnie przed decyzją, którą powinnam podjąć sama? — Basia usiadła naprzeciwko, patrząc na zegar nad lodówką: za dwadzieścia druga. — Siedem lat odkładaliśmy pieniądze, Wojtek. Nie po to, żeby wpakować się w cudze kłamstwo o staruszce, która choćby nie wie, iż traci dach nad głową.
Wojtek milczał długo, obracając kubek w dłoniach.
— Jutro pójdę z tobą do notariusza — powiedział w końcu. — Ale nie wiem, co teraz z zadatkiem. Jak się wycofamy, to chłopak może się nie zgodzić na zwrot, a wtedy trzeba będzie z nim walczyć przez sąd, a to miesiące.
— To się dowiemy, ile naprawdę mamy do stracenia. Ale beze mnie już nic więcej nie ustalasz z nikim o pierwszej w nocy.
Rano zadzwoniła do notariusza, u którego mieli podpisywać akt, i poprosiła o spotkanie tego samego dnia. Notariusz, pani Halina, kobieta po sześćdziesiątce z biurem przy placu Powstańców Śląskich, wysłuchała, po czym otworzyła teczkę z dokumentami.
— Sprawdzałam księgę wieczystą przy sporządzaniu umowy przedwstępnej — powiedziała, przesuwając palcem po wydruku. — Właścicielem w całości jest wnuk, odziedziczył po dziadku dwa lata temu. Babcia ma tylko prawo dożywotniego zamieszkania, wpisane w księdze, ale to nie to samo co współwłasność. On mógł sprzedać bez jej zgody. Problem w tym, iż zataił przed panią to obciążenie — dożywocie musi być ujawnione kupującemu przed podpisaniem aktu, inaczej umowa jest wadliwa. To pani prawo, nie jego łaska.
To, i cisza, jaką zostawiła po sobie ta informacja, wystarczyło. Basia poprosiła o kopię wszystkich dokumentów i tego samego dnia po południu pojechała na Kozanów — sama, bez Wojtka. Zastała babcię w kuchni, przy oknie z widokiem na ten sam sad, o którym Basia myślała od tygodni. Staruszka obierała jabłka, nie wiedząc jeszcze nic.
— Pani wie, iż wnuk chce sprzedać to mieszkanie? — zapytała Basia wprost, siadając na wskazanym krześle.
Ręce starszej pani znieruchomiały nad miską z obierkami, nóż zawisł w powietrzu.
— Jak to sprzedać? To ja tu mieszkam czterdzieści lat. On tylko obiecał, iż się mną zajmie…
Rozmowa trwała ponad godzinę. Basia zostawiła kopię umowy przedwstępnej i numer telefonu do pani Haliny, radząc, żeby babcia skonsultowała się z notariuszem i prawnikiem od spadków, zanim ktokolwiek cokolwiek podpisze bez jej wiedzy o dożywociu.
Dwa dni później wnuk sam zadzwonił do Wojtka, wściekły, krzycząc, iż przez "wścibską żonę" transakcja się rozsypała i iż dług trzeba teraz spłacać inaczej. Wojtek nie próbował już niczego łagodzić — powiedział mu wprost, iż zadatek zostaje u nich, zgodnie z umową, bo to sprzedający zataił istotną wadę prawną lokalu, i iż jeżeli chce się kłócić, niech robi to z prawnikiem, nie z nim po nocy przy telefonie. Chłopak pokrzyczał jeszcze chwilę i się rozłączył. Więcej nie zadzwonił.
Basia odzyskała zadatek w listopadzie, po tym jak sprzedający — pod groźbą sprawy sądowej — zgodził się na polubowny zwrot całej kwoty. Pieniądze wróciły na wspólne konto — te same czterysta osiemnaście tysięcy, powiększone o zwrócony zadatek.
Kupili w końcu mieszkanie na Muchoborze Wielkim — to, które od początku podobało się Wojtkowi, z bezpośrednim autobusem pod firmę Basi. Podpisali akt u pani Haliny w grudniu, tydzień przed świętami.
Przeprowadzili się w Wigilię — bez pomocy firmy przewozowej, bo termin był zbyt napięty, żeby kogokolwiek umówić. Wojtek wniósł ostatni karton, postawił go na środku pustego salonu i usiadł na nim, wpatrując się w okno.
— Widzisz stąd przystanek? — zapytał.
Basia podeszła, odsunęła firankę, której jeszcze nie zdążyli powiesić porządnie, i wyjrzała. Autobus akurat mijał skrzyżowanie, jego światła przesunęły się po świeżym śniegu.
— Widzę — powiedziała. — Zdążysz na niego jutro rano, jak nie będziesz się guzdrał przy śniadaniu.
Wojtek wyjął z kieszeni klucze — te nowe, jeszcze twarde, nieoswojone — i podał jej połowę pęku.
— Twoje.
Zamknęła dłoń na metalu, jeszcze zimnym od mrozu na klatce schodowej, i poszła szukać czajnika w kartonach oznaczonych "kuchnia".












