Kłoski – Opowieść o polskiej wsi, tradycji i sile rodzinnych więzi

newsempire24.com 7 godzin temu

KŁOSY

Około dwudziestu pięciu lat temu, kiedy byłam młoda i naiwna, lekarz rejonowy nie bacząc na moje protesty skierował mnie na oddział internistyczny. Miałam wtedy dwadzieścia trzy lata, a mój mąż, Tomek, był o trzy lata starszy. Tomek pracował jako inżynier w lokalnym biurze projektowym, a ja kończyłam studia na uniwersytecie. Byliśmy małżeństwem od dwóch lat, ale dzieci jeszcze nie mieliśmy pieluszki i pajacyki nie mieściły się wtedy w naszych planach.

Postrzegałam się jako niemal idealną żonę, bez żadnych większych wad. W Tomku natomiast codziennie dostrzegałam coraz to nowe cienie. Nie podobało mi się choćby to, iż poświęca mnóstwo czasu swojej wysłużonej jawce zamiast mnie. Byłam przekonana, iż potrafię go zmienić, wpłynąć na wszystko, co mi nie odpowiadało. Z czasem okazało się, iż to ja powinnam się zmienić.

Po trudnej sesji egzaminacyjnej mój organizm się zbuntował i rozbolał mnie żołądek, aż nie mogłam nic przełknąć. Targały mną mdłości, nie mogłam nic jeść ani pić.

Dziecko powiedział doktor Antoni Władysław, poprawiając na nosie okulary w rogowej oprawce zdrowie trzeba szanować za młodu, a suknie oszczędzać w nowości. Nie próbuj mi się sprzeciwiać, Kasiu. Musisz się dobrze przebadać i poddać leczeniu. Wszystko, wszystko, nie próbuj grać mi na uczuciach, umywam ręce. Teraz moi szanowni koledzy zajmą się twoim zdrowiem.

Podał mi skierowanie i, pociągając nosem i wycierając łzy, ruszyłam do przyjęcia na oddział.

W sali byłyśmy cztery dwie panie około pięćdziesiątki, staruszka o nieokreślonym wieku w białej bawełnianej chusteczce w grochy i ja. Staruszkę wołano Zofia Jana, imion pozostałych już dziś nie pamiętam.

Miałam ochotę zakopać się pod kołdrą i nie rozmawiać z nikim, byłam obrażona na cały świat, a zwłaszcza na męża, który, zdawało mi się, chciał się mnie pozbyć i nie starał się, bym mogła leczyć się ambulatoryjnie.

Przytulając kolana do brzucha i odwracając się do ściany, leżałam na skrzypiącym metalowym łóżku, pogrążona w rozpaczy i cichutko obwiniałam wszystkich o swoje nieszczęścia.

Zabierz te swoje słoiki i papierowe torby, ja tego nie będę jadła! mówiłam mężowi, gdy przynosił mi przygotowane przez siebie jedzenie.

Kasiu, przecież lekarz mówił, iż gotowana na parze morska ryba jest teraz najzdrowsza dla ciebie tłumaczył troskliwie Tomek. No spróbuj, proszę cię! choćby ziemniaczki są, choć łyżeczkę.

Nie proś choćby warczałam w odpowiedzi. Nie chcę, nakarm tym jedzeniem bezdomne koty na dworcu, chociaż i one mogłyby być wybrzydzone.

Tomek wzdychał ciężko i odchodził zmartwiony, a ja na złość rzucałam mu przykre słowa, by tylko bardziej go zranić.

Nie przychodź już do mnie! powtarzałam mu za każdym razem.

A jednak Tomek codziennie pojawiał się i przed, i po pracy, ignorując moje kaprysy. Co rano na mojej szafce leżało świeże jedzenie starannie zapakowane i owinięte flanelowym kocem, żeby nie wystygło, ale ja jego troski nie doceniałam.

Jak on to wszystko robił, kiedy miał dla mnie czas? Dziś już wiem, iż nie miał ze mną łatwo, ale wtedy takie szczegóły mnie nie interesowały.

Zastrzyki, tabletki, kroplówki nie przynosiły poprawy. Topniałam w oczach wychudzona, z zapadniętymi policzkami i wielkimi cieniami pod oczami. Przebadali mnie dokładnie i postawili diagnozę: przewlekłe zapalenie błony śluzowej żołądka. Chora niby niegroźna, a dla mnie była próbą siły.

Wykonywałam wszystkie wskazania, po czym leżałam zamyślona na skrzypiącym łóżku, patrząc w pustkę. Nikt do mnie nie podchodził promieniowałam tylko negatywną energią. Wiedziałam o tym, ale nie umiałam się przełamać.

Pewnego wieczora koleżanki z sali poprosiły o pozwolenie na nocowanie w domu, zostałam więc tylko ja i Zofia Jana.

Nie śpisz, Kasiu? zapytała cicho staruszka.

Nie śpię, boli mnie brzuch odburknęłam, odwracając się do ściany.

Wiesz, Katusiu, kładę się do tego szpitala trzy razy w roku, tak dla świętego spokoju. Też mam ten twój żołądek, czyli gastropatia, ale radzę sobie z tym w domu zaczęła.

Chce mi pani wykład o zdrowym odżywianiu urządzić? prychnęłam. Szkoda czasu, ja to wszystko znam.

Źle mnie zrozumiałaś, Kasiu odpowiedziała spokojnie Zofia Jana. Nie chcę cię urazić. Po prostu przypominasz mi mnie samą, wiele lat temu, równie kanciastą i nieprzystępną.

Zaczęłam słuchać uważniej i obróciłam się do niej.

Zofia Jana siedziała na łóżku i spoglądała na mnie z czułością, jakby promieniowała wnętrznym światłem. Była niewysoka, drobna, z wielkim garbem, niczym karzełek z zapomnianej bajki, a jej błękitne oczy świeciły łagodnością.

Przypomniałam sobie, iż do niej ciągle ktoś zachodził z innych sal pielęgniarki, lekarze, pacjenci. Opowiadali jej o swoich kłopotach, a Zofia Jana kiwała ze zrozumieniem i słuchała z uwagą. Gdy już się wygadali, ona mówiła cicho kilka słów, czasami płakali, czasami wychodzili uśmiechnięci.

Przed wypisem wdzięczni ludzie przynosili jej drobne podarki opakowanie ciastek, butelkę kefiru, wymarzone wówczas pianki-pierzynki, czasem słoiczek przecieru owocowego lub jakieś czekoladki.

Zofia Jana każdemu dziękowała, przytulała i potem ocierała łzę chusteczką.

Kasiu jeżeli masz ochotę mnie posłuchać, opowiem ci coś ze swojego życia uśmiechnęła się tylko ustami, a w oczach ciągle czaił się żal, jakby mieszkał tam osobno.

Zrobiło mi się wstyd za swoje, dotąd obce mi myśli i zachowanie. Przez chwilę wyglądała jak wystraszona, krucha dziewczynka.

Przepraszam panią, Zofio Jano wyszeptałam. Z chęcią posłucham.

A zjedz trochę zupy z kluseczkami wskazała na ukrytą pod kołdrą miskę.

Złapałam ją posłusznie. Pierwszy kęs i żołądek nagle przestał boleć. Zjadłam prawie pół miski, smakowało mi!

Co, nie marudzisz już? Smaczne? spytała Zofia Jana.

Bardzo!

Nie przejadaj się teraz, twój żołądek już tyle przetrwał. Będziesz jeść mało, ale często. Wszystko będzie dobrze, ale musisz nauczyć się szacunku, szczególnie do męża. On cię kocha. Nie odrzucaj go i nie upieraj się przy swoich fochach. Ale, starczy o tym. Obiecałam ci opowieść, której dotąd nikomu nie mówiłam.

Zofia Jana napiła się herbaty z aluminiowego kubka, zamoczyła sucharek i zaczęła swoją historię.

Dorastałam w rodzinie wielodzietnej, było nas siedmioro. Starszy brat, Ignacy, zmarł na gruźlicę. Najmłodsza, Marianna, odeszła na tyfus, miałam wtedy siedem lat zaczęła. Ojciec pracował w fabryce w Łodzi, mama zajmowała się domem i szyła ludziom ubrania. W mojej rodzinnej wiosce połowa kobiet chodziła w sukienkach i koszulach szytych ręką mamy.

Uwielbiałam czytać, byłam pilna w nauce, więc po szkole wybrałam się do pedagogicznej szkoły w Płocku. Potem wróciłam jako nauczycielka do rodzinnej miejscowości.

Zaczęli o mnie zabiegać wiejscy kawalerowie. Każdego odrzucałam.

Fu, mówiłam mamie, kto to ten Franuś? Stajenny? Nie wyjdę za niego, śmierdzi obornikiem! Albo Janek pijak, Nazar akordeonista i wieczny hulaka, Boguś pastuch, choćby czytać nie umie o czym z nim gadać? Lepiej zostać panną niż wyjść za nieudacznika!

Rodzice tylko kręcili głową, nie mogąc mnie przekonać.

Kiedyś do wsi, do szkoły w Miedniewicach, przysłano młodego dyrektora ze stolicy. Przystojny, wysoki, z niebieskimi oczami, oczarował mnie od razu. Dzieci go uwielbiały zawsze opanowany, chętnie pomagał choćby po lekcjach, za darmo. niedługo zostaliśmy małżeństwem.

Zofia Jana poprawiła mi pod głową poduszkę i ciągnęła dalej.

Mama ostrzegała: Miluśka, bądź łagodna dla męża, walcz z pychą i nie zadzieraj nosa. A ja, uparciucha, robiłam po swojemu.

Pracowaliśmy razem w szkole. Po trzech latach urodziła się nam córeczka, Wiktoria. Była słabiutka, z wadą serca. Odeszła w wieku jedenastu lat, tuż przed wojną. Druga córka, Walentyna, była cała tatusia. Mądra, śliczna, niezwykle zdolna.

Mąż często jeździł służbowo do Warszawy i przywoził mi materiały. Mama szyła mi z nich nowoczesne stroje. Byłam modnisia! Ale ja ciągle narzekałam nie taki wzór, nie taki kolor, wszystko nie tak.

W trzydziestym trzecim roku przyszła głodówka. Każdego miesiąca dzieliliśmy zapasy na równe trzydzieści kupków, by starczyło do następnego rozdania. Do dziś zbieram pestki z melonów i arbuzów.

Na dzień przypadały dwie-trzy ziemniaki, garść kaszy, cebula, marchewka, trochę pestek dyni i słonecznika, łyżeczka smalcu i kubek czarnej mąki. Wszystko okręcałam w chustki i chowałam. Bez tego umarlibyśmy z głodu, jak wielu sąsiadów, którzy, zamiast rozdzielać, zjadali wszystko naraz, a potem pusty stół.

Za wsią było pole pszenicy, strzeżone przez cały czas. Łaknienie kilku kłosów było silniejsze niż strach przed więzieniem za przywłaszczenie mienia gminnego.

Pewnej nocy zdecydowaliśmy się z mężem pójść po kłosy. Z głodu przestawaliśmy myśleć, dzieci obłąkane z głodu tuliły się do mnie. Śniły mi się pieczone ziemniaki i chleb maczany w oleju

Położyliśmy dzieci spać i ostrożnie poszliśmy na pole. Zaczęliśmy zrywać kłosy, ale nagle usłyszeliśmy tętent końskich kopyt! Strażnik! Zrzuciliśmy łupy i ukryliśmy się w krzakach bzu. Na szczęście nie zauważył nas!

Wróciliśmy do domu z niczym, a wtedy zorientowałam się, iż zgubiłam spódnicę. Byłam tak wychudzona, iż spadła ze mnie, pewnie gdy potrząsałam nią, wysypując kłosy.

Zofia Jana wyjęła z kubka rodzynkowego sucharka, przeżuwając go z satysfakcją.

Słuchałam tego wyznania z zapartym tchem.

Z rozpaczy zaczęłam wyć jak syrena. Rozumiałam, iż jeżeli znajdą moją spódnicę na polu wszyscy znali moje ubranie czeka mnie areszt. Obudziłam dzieci, zaczęły płakać razem ze mną. Przytulały mnie, a ja się z nimi żegnałam.

Spokój! warknął mąż. Kłaść się spać i ani pisnąć, bo obudzicie sąsiadów! Jak świta, znajdę twoją spódnicę, Miluśka.

Nie zmrużyłam oka, już w wyobraźni widziałam się w więzieniu. O świcie Polikarp znalazł na polu mój ciuch i przyniósł do domu, ratując mnie przed więzieniem.

Zofia Jana odstawiła pusty kubek na stoliczek, troskliwie nakryła mnie kocem i kontynuowała:

Od tej pory zaczęłam odnosić się do męża z należnym szacunkiem. Przestałam narzekać i użalać się.

I co dalej? spytałam.

Dalej? Żyliśmy skromnie, ale dzieci ocalały z głodu. Wojna przyszła w czterdziestym pierwszym roku. Mój Polikarp poszedł na front, zostałam sama z Walentyną. niedługo Niemcy weszli do naszej wsi. Za to, iż nie współpracowałam z okupantem, spalili naszą chatę. Moja córeczka głos jej zadrżał oni skrzywdzili ją. Walentyna nie wytrzymała, zmarła. Wtedy byłam w ciąży, ale z rozpaczy poroniłam. Miałam mieć syna

Usłyszałam jej szloch. Wstałam, ostrożnie objęłam Zofię Janę. Tak, przytulone, siedziałyśmy do świtu.

O czym rozmawiałyśmy? Nie pamiętam.

Gdy słońce łaskotało już pierwszy raz nasze policzki, staruszka szepnęła:

W czterdziestym trzecim dostałam wiadomość o śmierci Polikarpa. Przez resztę życia nie dowiedziałam się, gdzie został pochowany.

Jeździłam później po wszystkich wsiach Mazowsza, pracowałam w różnych szkołach, aż na emeryturze przysposobiła mnie siostrzenica do swojej jednopokojowej kawalerki w Warszawie. Od czasu do czasu jestem tutaj w szpitalu tu mnie podleczą, Tamarkę odciążę i zaoszczędzę kilka złotych. Tamarka kocha słodkości, a ja co miesiąc kupuję jej czekoladę z emerytury. Cieszy się jak dziecko, jakby dostała diamenty, i zawsze mówi: ciociu, nie wydawaj się tak na mnie.

Patrzyłam na nią z głębokim podziwem jak tyle dobroci, siły i ciepła może się pomieścić w tak kruchym ciele? Przecież tyle w życiu przeszła, a nie skamieniała, ale wzmacnia innych… Ja natomiast wiecznie niezadowolona, choć moje życie wydaje się usłane różami: mąż kochający, rodzina zdrowa.

Wkrótce stanęłam na nogi. Zaczęłam coś jeść, ból ustąpił.

Rok później przyszedł na świat nasz pierwszy synek Michaś, a cztery lata później upragniona córeczka. Nazwaliśmy ją Zofia.

Od tamtej pory jakby opadły mi łuski z oczu: zobaczyłam, jak cudowny jest mój Tomek troskliwy, złota rączka, cierpliwy jak anioł. Musiałam zmienić wiele w sobie i okiełznać oczekiwania.

Gdy zdarza mi się złapać na złośliwości wobec męża, zawsze przypominam sobie opowieść Zofii Jany o kłosach i swoją własną historię, kiedy Tomek dbał o mnie, gdy było źle. A gdy sama zaczęłam pomagać innym, stałam się szczęśliwsza.

Możliwe, iż chorowałam przez własny uparty, zawistny charakter jak myślicie?

Idź do oryginalnego materiału