Klawisz z pokoju 214 w Krynicy

polregion.pl 6 godzin temu

Klucz z pokoju 214 w Krynicy

Zadzwoniła do mnie w czwartek po południu, akurat gdy próbowałam domknąć sprawę z pralką — ciekła od tygodnia, a hydraulik znów nie przyjechał. Usłyszałam w słuchawce ten charakterystyczny, odrobinę zaaferowany ton:

— Marysiu, słuchaj. W sanatorium w Krynicy-Zdroju zwolnił się termin od poniedziałku. Trzynaście dni, pokój dwuosobowy, musimy się zdecydować do wieczora.

Maria, czyli ja, rocznik 1958. Ona — Jadwiga, rok młodsza. Znamy się trzydzieści lat, poznałyśmy się w bydgoskim magistracie, obie pracowałyśmy w wydziale podatków, potem nasze drogi się rozeszły, ale kontakt przetrwał. Spotykałyśmy się raz na kilka tygodni, zwykle u niej, bo u mnie zawsze był remont albo brakowało herbaty. Jadwiga potrafiła słuchać, ale jeszcze lepiej potrafiła opowiadać o tym, co ją boli, czego się boi i czego nie zdążyła załatwić.

Zgodziłam się od razu. Pralka, hydraulik, zaległe rachunki — wszystko to mogło poczekać. Zasłużyłam na odpoczynek. Tak wtedy myślałam.

Przez kolejne dni Jadwiga dzwoniła po kilka razy dziennie. Żebym sprawdziła rozkład PKP, bo ona się gubi w Internecie. Żebym wydrukowała potwierdzenie rezerwacji, bo jej drukarka od miesiąca nie działa. Żebym kupiła w aptece plastry na odciski, bo ona się wstydzi. Żebym upewniła się, czy w pokoju jest czajnik, bo rano musi wypić zioła. Robiłam to bez namysłu — przecież to drobiazgi. Dopiero później dotarło do mnie, iż to nie były drobiazgi. To był system.

Do Krynicy jechałyśmy pociągiem, przesiadka w Tarnowie. Jadwiga zajęła miejsce przy oknie, a swoją torbę postawiła mi na kolanach, bo „pod siedzeniem za ciasno, a na półce nie sięgnie". Przez cztery godziny patrzyła w krajobraz, wzdychała, iż zmęczona, iż plecy ją bolą od noszenia walizki. Ja dźwigałam jej torbę, swój bagaż i siatkę z prowiantem.

Sanatorium nazywało się „Świerczyna", choć świerków tam jak na lekarstwo — rosły głównie modrzewie. Biały budynek z lat siedemdziesiątych, w holu pachniało pastą do podłóg i lekami rozgrzewającymi. W recepcji stała kolejka rencistów z reklamówkami pełnymi wody mineralnej. Przy drzwiach leżał pies — taki stary, bury kundel, który nie reagował choćby na szarpnięcie smyczy. Pomyślałam wtedy, iż ten pies wygląda dokładnie tak, jak ja się czułam po tej podróży.

Podeszłam do okienka, wyjęłam z torebki potwierdzenie rezerwacji. Jadwiga stanęła za mną, bardzo blisko, i powiedziała:

— Ty załatw, bo ja po takiej jeździe nic nie pamiętam.

Załatwiłam. Dwójka na drugim piętrze, numer 214. Wzięłam klucze, położyłam jeden na dłoni Jadwigi i powiedziałam:

— Proszę. Twój klucz.

Ona popatrzyła na niego, jakby to była jakaś skomplikowana zagadka, po czym włożyła go do torebki i westchnęła:

— Oby tylko toaleta była w pokoju.

Toaleta była. Bardzo wąska, z drzwiami składanymi jak harmonijka. Jadwiga zajęła lepsze łóżko — to przy oknie — zanim zdążyłam postawić walizkę. Potem oznajmiła, iż boi się sama chodzić do łazienki, bo w nocy może upaść, i iż najlepiej, żebym spała po tej stronie, która jest bliżej wyłącznika.

— Marysiu, ty się nie gniewaj, ale ja mam słabe serce. o ile coś by się działo, to ty pierwsza zareagujesz.

Wtedy jeszcze myślałam, iż przesadza ze strachu. Zgodziłam się. Przez pierwsze trzy dni nie wyszłam z pokoju sama ani razu. Rano prowadziłam Jadwigę do jadalni, bo bała się zgubić w korytarzu. Potem szłam z nią do gabinetu zabiegowego, bo nie umiała wypełnić karty. Później stałam pod prysznicem, bo prosiła, żebym poszła z nią do łazienki i „była w pobliżu". Po obiedzie przynosiłam jej herbatę, bo winda jeździła za wolno. Po kolacji szukałam jej okularów, chusteczek, kapci, aspiryny. Wszystko było „gdzieś na dnie torby".

Czwartego dnia, podczas śniadania, Jadwiga powiedziała do sąsiadki z naprzeciwka:

— Ja to mam szczęście, iż Marysia ze mną przyjechała. Ona taka zaradna.

Uśmiechnęłam się, ale usta drżały mi przy tym bardziej niż zwykle. Nie potrafiłam jeszcze nazwać, co mnie uwiera. Dopiero wieczorem, kiedy Jadwiga zasnęła, a ja leżałam wpatrzona w ciemny sufit, poczułam to bardzo wyraźnie: to nie jest mój odpoczynek. To jest praca. Tylko darmowa.

Następnego dnia rano powiedziałam:

— Jadwiga, po obiedzie idę sama na spacer. Do parku zdrojowego.

Popatrzyła na mnie znad kubka z kawą.

— A po co sama? Przecież razem będzie raźniej.

— Chcę pobyć trochę w ciszy.

Zabrzmiało to twardziej, niż zamierzałam. Zegar w jadalni tykał głośno, jakby ktoś podkręcił mu głos. Jadwiga odstawiła kubek i powiedziała tym swoim miękkim, zranionym tonem:

— Rozumiem. Nie chcesz mi pomagać.

Wstałam od stołu, zaniosłam talerz do okienka i wyszłam. Poszłam do parku. Usiadłam na ławce obok pijalni wód, patrzyłam na ludzi z plastikowymi kubeczkami, słuchałam, jak grają fontanny. I czułam, jak wraca mi równy oddech. Po godzinie wróciłam. Jadwiga leżała na łóżku z wilgotnym ręcznikiem na czole.

— Gdzie byłaś tak długo? — zapytała. — Już chciałam dzwonić do recepcji.

— Byłam na spacerze. Mówiłam ci.

— Myślałam, iż coś ci się stało.

Potem dodała:

— Wiesz co, ja chyba nie powinnam była z tobą jechać. Skoro ci przeszkadzam.

Poczułam się, jakbym to ja zrobiła coś złego. Jakby to była moja wina, iż chciałam usiąść samotnie na ławce. I to uczucie było gorsze niż zmęczenie. To było podejrzenie, iż może faktycznie jestem wyrodną przyjaciółką.

Szóstego dnia usłyszałam to przez przypadek. Szłam korytarzem na piętrze, chciałam oddać ręczniki do wymiany. Drzwi do pokoju Jadwigi były uchylone. Rozmawiała przez telefon, najpewniej z córką. Głos miała żywy, choćby wesoły:

— Tak, tak, nie martw się. Marysia jest ze mną. Wszystko mi przyniesie, do lekarza zaprowadzi, leki przypilnuje. Mnie się z nią bardzo dobrze podróżuje.

To „mnie się z nią dobrze podróżuje" wbiło mi się w pamięć jak drzazga. Nie „dobrze nam razem". Nie „cieszę się, iż spędzamy czas". Tylko: mnie jest wygodnie. A ja jestem tą, która to wygoda zapewnia.

Nie weszłam wtedy do środka. Stałam na tym korytarzu, w dłoni ściskałam ręcznik, który miałam oddać do wymiany, i myślałam o tym, ile razy w życiu słyszałam takie zdania. Od męża, który prosił, żebym zrobiła pranie, bo on „nie umie tej pralki". Od dzieci, które dzwoniły tylko wtedy, gdy trzeba było coś załatwić. Od koleżanek z pracy, które zawsze miały „do mnie małą prośbę". I teraz od Jadwigi.

Wieczorem powiedziała:

— Marysiu, jutro po zabiegach musisz iść ze mną do apteki. Bo ja nie trafię, a po tych wszystkich lekach to mi się w głowie kręci.

Pokręciłam głową.

— Nie. Jutro chcę pójść na basen.

— To ja też pójdę na basen.

— Nie, Jadwiga. Pójdę sama.

Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.

— Ty chyba żartujesz.

— Nie żartuję. Zapłaciłam za ten turnus tyle samo co ty. Też chcę odpocząć. A przez ostatnie dni nie odpoczęłam ani godziny.

Ona usiadła na łóżku, bardzo powoli, jakby zabrakło jej sił.

— Czyli ja ci przeszkadzam? — zapytała cicho.

— Nie o to chodzi.

— A o co?

Zaczęłam mówić. O tym, iż od pierwszego dnia noszę jej torbę, wypełniam druki, stoję pod gabinetami, szukam jej okularów i chodzę z nią do łazienki. O tym, iż przyjechałam tu odpocząć, a nie pracować jako opiekunka. O tym, iż słyszałam jej rozmowę z córką.

Jadwiga słuchała z kamienną twarzą. Potem powiedziała:

— No tak. Wszystko rozumiem. Będziesz teraz odpoczywać. Beze mnie.

Wstała, wzięła torebkę i wyszła, trzasnąwszy drzwiami. Zostałam sama. W pokoju unosił się zapach jej kremu do rąk. Na nocnej szafce leżał jej różaniec i okulary. Poczułam ulgę. Taką, która przynosi wstyd.

Następnego dnia zeszłam na śniadanie sama. Jadwiga siedziała przy stole z dwiema kobietami z naszego piętra. Na mój widok odwróciła się w stronę okna. Nie odezwała się. Wzięłam talerz, usiadłam przy drugim stole. Zjadłam w ciszy. Potem poszłam na zabiegi, potem do pijalni, potem na spacer po alei pod górę. Nikt nie prosił mnie, żebym gdzieś poszła, coś przyniosła, coś sprawdziła. Zauważyłam, jak bardzo woda mineralna smakuje inaczej, kiedy pije się ją samą, bez komentarza, iż za zimna albo za ciepła. Usiadłam na ławce i przez dłuższą chwilę naprawdę o niczym nie myślałam.

Wieczorem wróciłam do pokoju. Łóżko Jadwigi było puste, torba zniknęła. Na mojej poduszce leżała kartka: „Dzwoniłam do biura. Wypiszę się jutro. Nie chcę ci dłużej przeszkadzać".

Stałam z tą kartką w dłoni i czułam, jak serce mi wali. To nie było zwycięstwo. To było coś innego — jakby ktoś zdjął mi z pleców ciężki plecak po dziesięciu dniach wspinaczki. Poszłam do recepcji.

— Czy jest wolny pokój jednoosobowy od jutra? — zapytałam.

Recepcjonistka popatrzyła w komputer.

— Jest. Numer 305. Dopłata czterysta dwadzieścia złotych za trzy doby.

— Proszę zarezerwować.

Wyjęłam portfel. Czterysta dwadzieścia złotych to dużo, ale mniej niż kosztowałaby kolejna doba udawania, iż nic się nie dzieje.

Wróciłam na górę. Spakowałam walizkę, zebrałam swoje rzeczy, sprawdziłam, czy nie zostawiłam ładowarki. Na stoliku przy oknie leżał klucz od pokoju 214 — ten sam, wspólny, który przez trzynaście dni wisiał na gwoździu przy drzwiach, bo Jadwiga zawsze prosiła, żebym to ja go nosiła i pilnowała. Wzięłam go, zeszłam na dół.

Jadwiga siedziała w holu, taka mała, z twarzą odwróconą do okna. Podeszłam do niej i położyłam na stole klucz.

— To klucz od dwieście czternastki — powiedziałam. — Zostawiam ci go. Ja przenoszę się do trzysta piątego.

Podniosła głowę. W jej oczach było coś, czego nie rozpoznałam — może żal, może zaskoczenie, a może po prostu złość, iż nie dałam się dłużej ciągnąć.

— Naprawdę to robisz? — zapytała.

— Tak. Został ci mój numer. Jakby się paliło, dzwoń. Ale ja jutro idę na masaż i na kąpiel borowinową. Sama.

Wzięła klucz. Schowała do torebki. Patrzyła na mnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała nic.

Rano zjadłam śniadanie na parterze, przy stoliku pod oknem. Widziałam, jak Jadwiga wychodzi z torbą, wsiada do taksówki i odjeżdża w stronę dworca. Nie pożegnała się. Nie pomachała. Po prostu zniknęła, jakby nigdy nie stałyśmy obok siebie w tej recepcji.

Zostałam jeszcze trzy dni. Chodziłam po parku, piłam wodę, czytałam kryminał kupiony w dworcowej księgarni. Nikt mnie o nic nie prosił. Nikt nie dzwonił. Po raz pierwszy od lat nie byłam nikomu potrzebna.

W dniu wyjazdu, kiedy stałam na peronie w Krynicy, wyjęłam z torebki bilet do Krakowa. Spojrzałam na niego — Intercity, wagon czwarty, miejsce przy oknie. W kieszeni płaszcza znalazłam stary paragon z apteki, ten od plastrów na odciski, które kupiłam Jadwidze przed wyjazdem. Zmięłam go i wyrzuciłam do kosza na peronie.

Pociąg przyjechał punktualnie. Wsiadłam, zajęłam miejsce i postawiłam torebkę na pustym sąsiednim siedzeniu. Nikt nie próbował jej stamtąd zabrać. Nikt nie prosił, żebym przesunęła się bliżej okna.

Za szybą uciekały modrzewie, coraz szybciej, aż zlały się w jedną zieloną smugę. Oddychałam wolno, patrząc, jak stacja w Krynicy znika za zakrętem torów, i jak pusty fotel obok trzyma się mojej torebki jak coś, co w końcu należy tylko do mnie.

Idź do oryginalnego materiału