Kiełbasa pod płaszczem taty

twojacena.pl 2 dni temu

Miałam wtedy dziewięć lat i mieszkałam z rodzicami w Radomiu, w bloku z wielkiej płyty przy Osiedlu XV-lecia. Trzy pokoje z kuchnią, trzecie piętro, winda, która jeździła tylko wtedy, kiedy sama miała na to ochotę. Był rok osiemdziesiąty trzeci, może osiemdziesiąty czwarty — dla mnie te lata zlewają się w jedno, bo dorośli w nich mówili innym językiem niż dziś.

— Rzucili coś do "Społem"? — pytała sąsiadka z parteru, kiedy tylko wychodziła z klatki.

Nie mówiło się "idę na zakupy". Mówiło się "idę zobaczyć, co dają". Kiedy w sklepie mięsnym na rogu pojawiały się kury, wiadomość roznosiła się po bloku szybciej niż plotka o czyimś rozwodzie. Ktoś walił do drzwi:

— Dają szynkę na Kilińskiego!

— Ile dają?

— Podobno po kilo na osobę!

I kobiety z całej klatki brały siatki — te charakterystyczne, awoski, plecione z siatki, które nosiło się złożone w kieszeni na wszelki wypadek — i biegły. Czasem wracały z czymś. Czasem po dwóch godzinach w kolejce wracały z pustymi rękami i miną, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa.

Ja tego wtedy nie rozumiałam. Rozumiałam za to słownictwo epoki. "Rzucili." "Skończyło się." "Nie załapałam się." "Dają po jednej sztuce." I najbardziej tajemnicze ze wszystkich: "załatwił".

Kiedy ktoś "coś załatwił", nie pytało się głośno, jakim sposobem.

Tamtego wieczoru było zimno, listopad chyba, bo za oknem już o piątej robiło się szaro-granatowo. Siedziałam w kuchni przy stole nakrytym ceratą w żółte kwiatki i odrabiałam lekcje z przyrody. Mama smażyła placki ziemniaczane, a drzwi do kuchni trzymała zamknięte, bo tylko tam grzała gazowa kuchenka i tylko tam było w miarę ciepło.

Około siódmej w zamku zgrzytnął klucz. Tata. Wszedł do przedpokoju w tym swoim brązowym płaszczu i uszance naciągniętej na uszy.

— Jesteś już? — zawołała mama z kuchni.

— Jestem.

Tylko iż tata nie poszedł, jak zwykle, powiesić płaszcza na wieszaku. Wszedł prosto do kuchni. Zerknął na mnie. Potem na mamę.

— Zamknij drzwi.

Mama zerknęła na niego zdziwiona.

— Zamknięte są.

— Dobrze.

Rozpiął płaszcz. Gdzieś spod pachy, z wewnętrznej kieszeni, wyciągnął długi pakunek owinięty w szary papier. Położył go na stole. Ja natychmiast zapomniałam o zeszycie do przyrody.

— Co to jest?

Tata rozchylił trochę papier. Mama znieruchomiała z łopatką w ręku.

— Skąd to masz?

— Ktoś mi dał.

To była kabanoska. Cała. Nie kilka plasterków, nie ogryzek z końcówki. Cała, długa kabanoska, gruba jak nadgarstek.

Mama podeszła bliżej.

— Kto ci dał?

— Jeden gość.

— Jaki gość?

— Z pracy.

— A czemu ci dał?

— Pomogłem mu w czymś.

Mama zniżyła głos.

— W czym?

— Kobieto, przecież nie ukradłem kiełbasy.

— Nie mówię, iż ukradłeś.

— To co?

— Żebyś się w jakąś głupotę nie wpakował.

Tata się roześmiał.

— Jak jeszcze trochę popytasz, to zaniosę z powrotem.

— O nie, broń Boże!

Powiedziała to tak szybko, iż wszyscy troje wybuchnęliśmy śmiechem. Dla mnie to było niepojęte, iż jakaś kiełbasa może wywołać takie poruszenie. Ale czułam, iż to coś wyjątkowego. Nie coś, co mama wrzucała do koszyka w zwykły dzień. To było coś "załatwionego". A o rzeczach załatwionych nie opowiadało się na klatce.

Mama zwróciła się od razu do mnie.

— I żebyś jutro w szkole nikomu nie pisnęła.

— Co mam nie mówić?

— Że mamy kabanosy.

— A czemu?

— Bo cała klatka nie musi wiedzieć, co mamy w lodówce.

— Ale dlaczego?

— Bo tak mówię.

Argument ostateczny wszystkich matek mojego dzieciństwa.

Tata wziął nóż do chleba.

— No to spróbujmy.

Mama go zatrzymała.

— Poczekaj, nakryję do stołu.

Wyjęła chleb — nie całkiem świeży, kupiony rano, już podeschnięty na brzegach. Ukroiła trzy grube kromki. Potem tata pokroił kiełbasę. Cienko. Obserwowałam każdy plasterek. Mama położyła po dwa na każdą kromkę. Swoją wzięłam natychmiast. Ugryzłam.

Pamiętam chleb lepiej niż smak kiełbasy. I pamiętam, iż po pierwszym kęsie zerknęłam na mamę.

— Daj jeszcze.

— Masz jeszcze na talerzu.

— Ale zmieści się jedna więcej.

Tata się roześmiał.

— Dołóż jej jeszcze jedną, no.

Mama dołożyła. Jadłam powoli, chociaż mogłabym tę kromkę wsunąć w trzy sekundy. Tata też jadł. Mama wzięła swój kawałek. I przez kilka minut nikt się nie odzywał.

Wtedy na klatce schodowej rozległy się kroki. Wolne, ciężkie, kogoś w gumowcach. Zatrzymały się dokładnie przed naszymi drzwiami.

Tata odłożył kromkę. Mama spojrzała na papier z kabanosem, jakby chciała go zgarnąć ze stołu jednym ruchem. Kroki postały chwilę. Potem ruszyły dalej, w górę, na czwarte piętro. Trzasnęły inne drzwi.

Mama wypuściła powietrze i dopiero wtedy zdjęła rękę z papieru.

— Sąsiad z góry — powiedziała, jakby musiała to na głos ustalić.

Tata przerwał ciszę, która została po tym momencie.

— Słuchaj.

— Co? — spytała mama.

— Zawołaj panią Zofię.

Mama na niego popatrzyła.

— Teraz? Po tym, co się przed chwilą działo?

— Tak.

— Po co ci to?

Tata wskazał wzrokiem kiełbasę.

— Żeby zjadła.

Mama zniżyła głos.

— Człowieku…

— Co?

— A jak ktoś zobaczy?

— Kto ma zobaczyć, jak w klatce cicho.

— Teraz, wieczorem?

Tata wzruszył ramionami.

— To idź i powiedz, żeby przyszła. Cicho.

Pani Zofia mieszkała naprzeciwko. Drzwi w drzwi z naszymi. Kobieta koło siedemdziesiątki, drobna, chuda, sama jak palec. Mąż jej umarł jeszcze przed moim urodzeniem. Dzieci, o ile wiedziałam, mieszkały gdzieś pod Wrocławiem i zaglądały raz na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Widywałam ją niemal codziennie na klatce. Wychodziła z siatką. Czasem zamiatała przed drzwiami. Czasem pukała do nas spytać, czy mama wie, kiedy wpłacać czynsz. Czasem mama zanosiła jej talerz rosołu.

Nie była naszą rodziną. Była po prostu panią Zofią z naprzeciwka.

Mama spojrzała jeszcze raz na tatę.

— A może lepiej zaniesiemy jej parę plasterków?

Tata pokręcił głową.

— Nie.

— Czemu?

— Niech przyjdzie, zje tutaj.

— No wiesz…

— Zawołaj ją.

Mama wyszła na korytarz. Ja zerwałam się natychmiast.

— Siedź tu — powiedział tata.

Oczywiście nie usiedziałam. Podeszłam pod drzwi kuchni. Usłyszałam, jak mama cicho odblokowuje zamek. Nie zadzwoniła dzwonkiem u starszej pani. Zapukała, dwa razy, delikatnie.

Po chwili drzwi się otworzyły.

— Pani Zofio…

Mama mówiła prawie szeptem.

— Tak, kochana?

— Niech pani do nas na chwilę wejdzie.

— Coś się stało?

— Nie. Niech pani wejdzie.

— Teraz?

— Teraz. Tylko proszę, żeby nikt nie widział.

Wtedy tego nie rozumiałam. Dopiero z czasem pojęłam klimat tamtych lat. Ludzie pilnowali, co mają, skąd mają i, przede wszystkim, komu o tym opowiadają. Rzeczy zdobyte "spod lady" mogły wywołać zazdrość, pytania sąsiadów, a choćby donos — strach przed tym nie był u dorosłych, którzy przeżyli stan wojenny, czymś wydumanym.

Po chwili pani Zofia weszła. Miała na sobie ciemny szlafrok i narzucony na niego sweter.

— Co się stało?

— Nic — powiedział tata. — Niech pani siada.

— Ludzie kochani, przestraszyliście mnie.

Mama zamknęła drzwi mieszkania. Potem drzwi kuchni. Pani Zofia usiadła. I wtedy zobaczyła kiełbasę. Popatrzyła na nią. Potem na tatę.

— Co to jest?

— A co ma być?

Tata się uśmiechał. Staruszka podeszła trochę bliżej.

— To kabanosy?

— One.

— Skąd wytrzasnąłeś?

Tata zaczął się śmiać.

— Jak i pani zacznie jak moja żona, to schowam z powrotem.

Pani Zofia zasłoniła usta ręką.

— Boże… Ja tego chyba od… — urwała.

Sama nie wiedziała, od kiedy.

Mama wzięła chleb. Ukroiła kromkę. Tata nałożył na nią kilka plasterków.

— Proszę, pani Zofio.

Staruszka od razu zaczęła machać rękami.

— Ale skąd, kochani. Jedzcie sami, macie dziecko.

— Mamy dosyć.

— Zostawcie, ja już jadłam.

Tata na nią popatrzył.

— Co pani jadła?

— No, jadłam.

— Co konkretnie?

Pani Zofia uśmiechnęła się speszona.

— Ziemniaki z wczoraj.

Tata podsunął jej talerz.

— To teraz zje pani kabanosa.

— Ale nie…

— Zofio.

Powiedział to, nie podnosząc głosu.

— Niech pani je.

Staruszka wzięła kromkę. Ugryzła najpierw ostrożnie. Pożuła. Popatrzyła na nas.

— Dobre? — spytałam.

Zaczęła się śmiać.

— Dobre, dziecko.

Ugryzła jeszcze raz. Mama zrobiła jej drugą kromkę.

— Wystarczy.

— Niech pani weźmie jeszcze.

— Nie, bo wam dziecku kiełbasę wyjadam.

Popatrzyłam natychmiast na tatę. Pani Zofia właśnie wypowiedziała moje własne obawy. Tata chyba zauważył moją minę.

— Dziecko ma jeszcze.

— No ale przecież się tego nie dostanie na co dzień…

— Właśnie dlatego panią zawołałem.

Staruszka na niego popatrzyła.

— Ale po co, chłopcze?

Tata wzruszył ramionami.

— Bo jutro może i tego nie być. Niech pani je, póki jest.

Żadnej wielkiej lekcji nikt tego wieczoru głośno nie wygłosił. Po prostu siedzieli przy stole. Jedli chleb z kabanosem. Mama dołożyła jeszcze cebulę pokrojoną w piórka. Tata wyjął trzy kieliszki i nalał wszystkim po odrobinie nalewki własnej roboty, wiśniówki od kolegi z pracy. Ja dostałam herbatę z cukrem. I przez pół godziny w naszej ciasnej kuchni panowało coś na kształt święta.

W pewnym momencie pani Zofia powiedziała:

— Już mi więcej nie krójcie.

— Czemu?

— Bo już za dużo zjadłam.

— Niech pani je.

— Nie.

I dodała coś, czego nie zapomniałam.

— Zostawcie sobie, kochani, na jutro. Dobrze, iż w ogóle sobie przypomniałam, jaki to ma smak.

Tata nic nie odpowiedział. Ale i tak dołożył jej jeszcze jeden plasterek na kromkę.

Kiedy wychodziła, mama wyszła pierwsza na korytarz. Rozejrzała się w jedną stronę. Potem w drugą.

— Niech pani idzie.

Pani Zofia przeszła te dwa metry do swoich drzwi. Zanim weszła, odwróciła się.

— Dziękuję.

Tata pomachał jej ręką.

— Dobranoc, Zofio.

Drzwi się zamknęły. Wróciliśmy do kuchni. Podeszłam prosto do stołu i popatrzyłam na resztę kiełbasy, owiniętą z powrotem w szary papier, leżącą samotnie na środku ceraty w żółte kwiatki.

Idź do oryginalnego materiału