Miałam osiem lat, kiedy tata wszedł do domu z czymś ukrytym pod płaszczem, a mama kazała mi nie pisnąć o tym ani słówka nikomu w szkole. Było to na początku lat osiemdziesiątych. Mieszkaliśmy w Krakowie, na Grunwaldzkiej, w bloku z wielkiej płyty, na czwartym piętrze, w mieszkaniu, gdzie kaloryfery grzały tylko wtedy, kiedy same miały na to ochotę.
Nie byliśmy ani najbiedniejsi w klatce, ani najbogatsi. Zwyczajna rodzina, jakich w naszym bloku było kilkadziesiąt. Tata pracował w zajezdni tramwajowej, mama w spółdzielni krawieckiej przy Kalwaryjskiej. Ja chodziłam do trzeciej klasy. A dorośli wokół mnie rozmawiali głównie o jednym: co dziś rzucili.
Nie mówiło się „idę kupić mięso”. Mówiło się: „idę zobaczyć, czy coś dają”. Kiedy w Delikatesach na rogu pojawiały się kurczaki, wieść rozchodziła się po klatkach schodowych szybciej niż plotka o rozwodzie. Ktoś walił do drzwi sąsiadki: „Pani Krystyno, dają kurczaki!” — i po chwili z całego piętra znikały kobiety z siatkami w rękach, żeby wrócić po dwóch godzinach albo z czymś, albo z niczym.
Ja nie rozumiałam, czemu jedzenie jest takie trudne. Ale znałam już słownictwo tamtych czasów. „Rzucili.” „Skończyło się.” „Nie załapałam się.” „Dają po jednym na osobę.” I to najbardziej tajemnicze: „załatwił”. Kiedy ktoś coś „załatwił”, nie pytałaś głośno skąd.
Tego wieczoru było zimno, a ja odrabiałam lekcje przy kuchennym stole nakrytym ceratą w kwiatki. Mama smażyła placki ziemniaczane. Drzwi do kuchni trzymałyśmy zamknięte, bo tylko tak gazowa kuchenka trochę ogrzewała pomieszczenie.
Około siódmej zaszczękał klucz w zamku. Tata. Wszedł do przedpokoju w swoim ciemnozielonym płaszczu, z czapką naciągniętą na uszy.
— Jesteś wreszcie — zawołała mama.
— Jestem.
Tylko iż tata nie powiesił płaszcza na wieszaku, jak robił zawsze. Wszedł prosto do kuchni. Popatrzył na mnie. Potem na mamę.
— Zamknij drzwi.
— Zamknięte są.
— Dobrze.
Rozpiął płaszcz. Gdzieś spod pachy wyciągnął długi pakunek owinięty w papier. Położył na stole. Zapomniałam natychmiast o zeszycie.
— Co to jest?
Rozwinął trochę papieru. Mama stanęła z łopatką w ręce.
— Skąd to masz?
— Ktoś mi dał.
Kiełbasa krakowska. Cała. Nie parę plasterków, nie kawałek z końcówki — cała, gruba, jeszcze pachnąca wędzarnią.
— Kto ci dał?
— Jeden facet. Z zajezdni.
— A dlaczego akurat tobie?
— Pomogłem mu w czymś.
Mama zniżyła głos.
— W czym?
Tata westchnął.
— Kobieto, nie ukradłem tej kiełbasy.
— Nie mówię, iż ukradłeś.
— To co?
— Żebyś się w jakąś głupotę nie wpakował.
Mama odłożyła łopatkę na blat i wytarła dłonie o fartuch, choć nie były mokre. Robiła tak zawsze, kiedy się denerwowała — jakby chciała zetrzeć coś więcej niż tłuszcz z placków.
— Ludzie za mniej dostawali wyroki, wiesz o tym.
— Nikt nie dostał wyroku za kiełbasę, przestań.
— Pan Halicki z trzeciego piętra dostał upomnienie za spirytus.
— To co innego.
— Skąd wiesz, iż to co innego? Ty choćby nie wiesz, dla kogo pracuje ten twój kolega z zajezdni.
Tata zamilkł na chwilę. Dopiero wtedy, patrząc na jego twarz, zrozumiałam, iż on też się bał — tylko inaczej niż mama, cichszym, uporczywym strachem, który nosił się w kieszeni razem z biletami tramwajowymi.
— Jak będziesz tak pytać, to zaniosę z powrotem.
— Broń Boże! — wyrwało jej się tak szybko, iż wszyscy troje się roześmiali, choć śmiech mamy urwał się za wcześnie, jakby przypomniała sobie, iż wciąż jest niespokojna.
Dla mnie było trudne do pojęcia, czemu jedna kiełbasa mogła wywołać takie poruszenie. Ale czułam, iż to coś wyjątkowego. Nie taki produkt, który mama wrzuca do koszyka w zwykły wtorek. To było coś załatwionego. A o rzeczach załatwionych nie opowiadało się po całej klatce.
Mama spojrzała od razu na mnie.
— I żebyś jutro w szkole nie zaczęła gadać.
— Co mam gadać?
— Że mamy kiełbasę krakowską w domu.
— Dlaczego?
— Bo nie musi cała klatka wiedzieć, co u nas w lodówce.
— Ale dlaczego?
— Bo tak mówię.
Argument ostateczny wszystkich matek mojego dzieciństwa.
Tata sięgnął po nóż do chleba.
— No, spróbujmy.
Mama go zatrzymała.
— Poczekaj, nakryję do stołu.
Wyjęła chleb, wczorajszy, już lekko przysychający przy skórce. Pokroiła trzy grube kromki. Tata pokroił kiełbasę w cienkie plastry. Obserwowałam każdy z nich z uwagą. Mama położyła po dwa plasterki na każdą kromkę. Ja wzięłam swoją od razu i ugryzłam. Pamiętam smak tego chleba lepiej niż smak kiełbasy.
— Daj jeszcze.
— Masz jeszcze na talerzu.
— Ale jeszcze się zmieści jeden plasterek.
Tata się roześmiał.
— Dołóż jej, dołóż.
Jadłam powoli, chociaż mogłabym pochłonąć wszystko w kilka sekund. Tata jadł, mama jadła swoją kromkę, choć zauważyłam, iż co chwilę nasłuchuje, jakby liczyła kroki na klatce schodowej. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Potem tata się zatrzymał.
— Słuchaj.
— Co? — spytała mama.
— Zawołaj panią Zosię.
Mama odłożyła kromkę na talerz.
— Teraz?
— Teraz.
— Po co?
Tata wskazał wzrokiem kiełbasę.
— Żeby zjadła.
Mama zniżyła głos.
— Człowieku… a jak ktoś zobaczy?
— Co ma zobaczyć?
— Że przychodzi do nas wieczorem. Że mamy coś, czym się dzielimy. Ludzie potem gadają, skąd, ile, dlaczego akurat ona.
— To idź po cichu.
— A jeżeli na klatce ktoś stoi?
— To poczekasz, aż nikt nie będzie stał.
Mama podeszła do drzwi kuchni i uchyliła je odrobinę, nasłuchując. Cofnęła się.
— Cicho.
— No to idź.
Pani Zosia mieszkała naprzeciwko, drzwi w drzwi z naszymi. Kobieta po siedemdziesiątce, drobna, chuda, została sama po śmierci męża. Dzieci, o ile wiedziałam, mieszkały gdzieś daleko i zjawiały się rzadko. Widywałam ją prawie codziennie na klatce — wychodziła z siatką, zamiatała przed drzwiami, czasem pukała do nas spytać, kiedy mama płaci czynsz. Mama nosiła jej czasem talerz rosołu. Nie byłyśmy rodziną. Była po prostu panią Zosią zza korytarza.
Mama jeszcze raz otworzyła drzwi kuchni, zerknęła w stronę przedpokoju i dopiero wtedy wyszła na korytarz. Ja natychmiast wstałam.
— Siedź tu — powiedział tata.
Oczywiście nie usiedziałam. Podeszłam pod same drzwi kuchni. Usłyszałam, jak mama cicho otwiera drzwi wejściowe, a potem przystaje na chwilę bez ruchu — nasłuchiwała, czy ktoś nie schodzi po schodach. Dopiero kiedy było cicho, zapukała lekko, dwa razy. Po chwili drzwi się otworzyły.
— Zosiu…
Mama mówiła niemal szeptem.
— Tak, pani Krysiu?
— Chodź na chwilę do nas.
— Coś się stało?
— Nie. Chodź.
— Teraz?
— Teraz. Tylko tak… bez rozgłosu.
Wtedy nie rozumiałam tej całej tajemniczości. Później zrozumiałam klimat tamtych lat. Ludzie pilnowali, co mają, skąd to mają i przede wszystkim, komu o tym opowiadają. Rzeczy zdobyte „po znajomości” budziły zazdrość, pytania, plotki — a strach przed donosem czy zwróceniem na siebie uwagi nie był dla dorosłych, którzy pamiętali tamten czas, niczym abstrakcyjnym.
Po minucie pani Zosia weszła do naszej kuchni. Miała na sobie ciemną podomkę i narzucony na wierzch sweter.
— Co się dzieje? — spytała, siadając ostrożnie na brzegu krzesła.
— Nic — powiedział tata. — Siadaj.
— Ludzie, wystraszyliście mnie.
Mama zamknęła drzwi mieszkania. Potem drzwi kuchni. Pani Zosia usiadła i wtedy zobaczyła kiełbasę. Popatrzyła na nią, potem na tatę.
— Co to jest?
— A co ma być? — Tata się uśmiechał.
Staruszka podsunęła się bliżej.
— To krakowska?
— Krakowska.
— Skąd wytrzasnąłeś?
Tata zaczął się śmiać.
— Jak zaczniesz jak moja żona, to schowam z powrotem.
Pani Zosia zasłoniła usta dłonią.
— Boże… Ja już nie pamiętam, kiedy ostatnio…
Urwała. Sama nie wiedziała, kiedy.
Mama wzięła chleb, ukroiła kromkę. Tata położył na niej kilka plasterków.
— Bierz, Zosiu.
Staruszka od razu machnęła ręką.
— Nie, nie. Jedzcie wy. Macie dziecko.
— Starczy dla wszystkich.
— Zostawcie, ja już jadłam.
— Co jadłaś? — spytał tata.
— No… jadłam.
— Co dokładnie?
Pani Zosia uśmiechnęła się zakłopotana.
— Kartofle z wieczora.
Tata przysunął jej talerz.
— To teraz zjesz i kiełbasę.
— Nie, no co ty…
— Zosiu — powiedział, nie podnosząc głosu. — Jedz.
Wzięła kromkę. Na początku ugryzła ostrożnie, żuła powoli, patrząc na nas.
— Dobre? — spytałam.
Roześmiała się.
— Dobre, dziecko. Bardzo dobre.
Ugryzła jeszcze raz. Mama ukroiła jej drugą kromkę.
— Wystarczy.
— Bierz jeszcze.
— Nie, bo zjem dziecku kiełbasę.
Popatrzyłam od razu na tatę — pani Zosia właśnie wypowiedziała moją własną obawę. Tata pewnie zauważył moją minę.
— Dziecko ma jeszcze.
— Ale skoro to takie rzadkie…
— Właśnie dlatego cię zawołałem.
Staruszka popatrzyła na niego.
— Ale po co, chłopcze?
Tata wzruszył ramionami.
— Żeby zjeść razem. Tyle.
Nie było żadnej wygłoszonej na głos lekcji. Żadnego wielkiego zdania. Po prostu siedzieli przy stole. Jedli chleb z kiełbasą. Mama dołożyła jeszcze cebulę pokrojoną w piórka. Tata wyjął trzy małe kieliszki i nalał odrobinę wina dla dorosłych. Ja dostałam herbatę z cytryną. I przez pół godziny, w naszej ciasnej blokowej kuchni, było niemal jak w święto.
W pewnym momencie ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Mama zamarła z widelcem w powietrzu. Tata odstawił kieliszek. Pani Zosia spojrzała w stronę przedpokoju, jakby chciała się schować pod stołem.
— Kto to może być o tej porze — szepnęła mama.
— Nie otwieraj — powiedziała pani Zosia. — Jak ktoś zobaczy mnie tutaj wieczorem, u was, przy takim jedzeniu…
Pukanie powtórzyło się, głośniejsze. Tata wstał, podszedł do drzwi kuchni i uchylił je. Nasłuchiwał. Pukanie ustało. Po chwili usłyszeliśmy kroki oddalające się w stronę schodów i trzask drzwi piętro wyżej.
— To pan Basztowski wracał od syna — powiedział tata, wracając do stołu. — Pomylił piętro, jak zawsze po jednym piwie.
Mama odetchnęła, ale nie wzięła już więcej jedzenia na talerz. Pani Zosia też siedziała jeszcze chwilę bez ruchu, zanim sięgnęła po kolejny kęs.
W pewnym momencie pani Zosia powiedziała:
— Już mi nie krój.
— Dlaczego?
— Bo już za dużo zjadłam.
— Jedz jeszcze.
— Nie. — I dodała coś, czego nigdy nie zapomniałam. — Zostawcie sobie na jutro. Ważne, iż przypomniałam sobie, jaki to ma smak.
Tata nic nie powiedział. Ale i tak dołożył jej jeszcze jeden plasterek na kromkę.
Kiedy pani Zosia wychodziła, mama wyszła pierwsza na korytarz, zerkając w jedną stronę, potem w drugą.
— Chodź.
Staruszka przeszła te dwa metry do swoich drzwi. Zanim weszła, odwróciła się.
— Dziękuję.
Tata machnął ręką.
— Dobranoc, Zosiu.
Drzwi się zamknęły cicho, bez trzasku. Wróciliśmy do kuchni. Podeszłam prosto do stołu. Na talerzu zostało jeszcze parę cienkich plasterków, powoli tężejących na zimnym już naczyniu, i skórka od chleba, której nikt nie dojadł.
— Tato…
— No?
— Czemu ją zawołałeś?
Nie odpowiedział od razu. Zebrał okruchy ze stołu do dłoni i strząsnął je do koszyka na chleb.
— Bo miała drzwi tuż obok naszych — powiedział w końcu. — A u niej nikt nigdy nic nie przynosi pod płaszczem.
Zawinął resztę kiełbasy w papier, w którym ją przyniósł, i schował do najniższej szuflady kredensu, tam gdzie mama trzymała ścierki. Zanim zamknął szufladę, jeszcze raz spojrzał na drzwi pani Zosi przez okno kuchenne, jakby chciał się upewnić, iż światło u niej się zapaliło.














