Kiedyś zadzwoniła do mnie daleka ciotka i zaprosiła na wesele swojej córki — mojej dalekiej kuzynki,…

polregion.pl 7 godzin temu

Było to dawno temu, gdy pewnego dnia zadzwoniła do mnie cioteczna ciotka i zaprosiła mnie na wesele swojej córki mojej ciotecznej siostrzenicy, którą ostatni raz widziałam, gdy miała zaledwie sześć lat. Sześć lat miała wtedy, nie ja.

Nie należałam nigdy do osób szczególnie rodzinnych, ale tym razem nie udało mi się wymigać.
Przynajmniej raz na dwadzieścia lat mogłybyśmy się spotkać, tylko spróbuj nie przyjść! groźnie oznajmiła ciotka.

Przyszło więc eleganckie zaproszenie ze złoconymi gołąbkami i różami od Justyny i Bartosza, a dwa dni przed uroczystością ciotka zdążyła jeszcze przypomnieć mi o terminie. Nie było wyjścia musiałam iść.

Trudno, pomyślałam, sobota stracona, ale co począć? I tak pojawiłam się z bukietem, w paskudnym humorze, z myślą, by po godzinie wymknąć się niepostrzeżenie. Weszłam do restauracji, gdzie w sali bankietowej posadzono mnie przy stole z wesołymi, młodymi ludźmi znajomymi pana młodego, którzy już po kilku kieliszkach wychwalali, jaka to ze mnie świetna ciocia, i twierdzili, iż wyglądam zupełnie nie jak na ciotkę przystało. Zaproponowali bliższe poznanie i świetną zabawę, czemu uległam i ja.

Nie rozpoznałam panny młodej, tyle lat minęło. Z drobnej, śniadej dziewczynki przeistoczyła się w rozłożystą blondynkę z imponującym biustem. Szczerze mówiąc, bardziej podobała mi się za dawnych lat jako cicha myszka.

Atmosfera była jednak raczej ponura: tłum naburmuszonych ciotek i wujków, pan młody wyglądał na przestraszonego, panna młoda za to była wyraźnie świadoma swojej urody i kształtów. Całość przypominała raczej stypę niż wesele, i gdyby nie gwałtownie rozchmurzające się towarzystwo, byłoby po prostu smutno. Na domiar złego, ciotki rzucały w moją stronę pełne niechęci spojrzenia.

Spóźniłam się na pierwszy toast, za to na drugi już nie i trafiło na mnie. Wychodzący na środek wodzirej, po krótkim śledztwie, entuzjastycznie oznajmił:
A teraz życzenia młodym złoży młoda i piękna ciocia panny młodej!

Przemówiłam więc serdecznie:
Kochani Justyno i Bartoszu!

W tej chwili w sali zapadła głucha cisza. Wtem zorientowałam się, iż nie widzę swojej ciotki i iż wątpliwe, żebym mogła jej nie poznać, taka jak była zawsze.

Pannę młodą nazywają Agata syknęła ciotka w różowej garsonce naprzeciwko mnie. A pan młody to Michał.

Jak to Agata? Jaki Michał?

Chodzą na cudze imprezy, żeby się najeść i napić na gapę dorzuciła ciotka. Na pożegnaniu do wojska też taki jeden był. Ledwie go wyrzuciliśmy. Ludzie nie mają ani wstydu, ani sumienia.

W tej chwili zrozumiałam, iż teraz dopiero będzie wesele. Goście już zaczęli krzywo patrzeć, przysiadać się do stołów, pewnie za chwilę zakaszą rękawy.

Ale przecież mam zaproszenie! zawołałam dramatycznie, wymachując przesadnie ładnym zaproszeniem. Tu przecież wszystko napisane: Justyna i Bartosz, restauracja taka a taka, sala bankietowa.

Z opresji wybawił mnie kelner.

Proszę pani, mamy jeszcze jedną salę bankietową na drugim piętrze, może tam powinna pani iść?

Jasne, pójdzie tam, zje za darmo, tutaj się oznaczyła, a tam dołoży skwitowała ciotka w różu. Jak takich zuchwałych ludzi ziemia nosi? Kombinatorka!

A zuchwałość, Irmino, to drugie szczęście, wtrąciła się kolejna, w seledynowej bluzce, wcale nie milsza.

Chciałabym podkreślić, iż wyglądam zupełnie przeciętnie, raczej nieprzypominam osoby spod ciemnej gwiazdy. Chociaż z boku podobno wygląda się inaczej. Towarzystwo znajomych Michała starło się w mojej obronie i od razu usłyszeli od ciotki w liliowym:
No proszę, już mężczyznom głowę zawraca!

A dama w różu dołożyła:
Ta to nam głównego księgowego męża odbiła, wystarczy się odwrócić już zakłada buty, wredna!

Nigdy nie odbiłam nikomu męża, ale poczułam się w tej chwili jak najgorsza rozbijaczka rodzin. Zaczęłam się choćby rozglądać, czy może któryś z mężów wart, by dla niego zebrać kolejne oskarżenia co za różnica, jak już i tak mnie osądzili.

Na szczęście przemiły kelner pobiegł na górę, sprowadził moją ciotkę, która gwałtownie zorientowała się w sytuacji i przysięgła, iż mnie zna. A przy tym dziwnie mrugała to do mnie, to do całej sali, jakby chciała powiedzieć, iż mnie to chyba zawsze czegoś brakowało.

Wreszcie zostałam ewakuowana do adekwatnej sali, gdzie rzeczywiście czekały na mnie śniada piękność Justyna i, niech już będzie, Bartosz a potem długo poiły mnie mocnymi trunkami.

Dobrze, iż nie zdążyłam wręczyć prezentu.
A na odchodnym żegnali mnie znajomi pana młodego z tej pierwszej, błędnej, weselnej kompanii…

Idź do oryginalnego materiału