Kiedy byłem dzieckiem, marzyłem, żeby dorosnąć i móc robić, co tylko zechcę: jeść to, na co mam ochotę, kłaść się spać, kiedy ja zdecyduję, wychodzić z domu bez pytania kogokolwiek o pozwolenie.

polregion.pl 5 godzin temu

Kiedy byłam dzieckiem, śniłam, iż gdy dorosnę, będę mogła robić wszystko, na co mam ochotę: jeść to, co mi się zamarzy, kłaść się spać kiedy chcę, wychodzić bez pytania kogokolwiek. Dziś śmieję się z tej mojej małej, naiwnej Jaśminy. Rzeczywistość uderzyła mnie wtedy, gdy zamieszkałam zupełnie sama w Warszawie: sprzątanie, gotowanie, czynsz, rachunki, zakupy… wszystko za jedną pensję, która starczała ledwie na przetrwanie, chociaż liczona była przecież w złotówkach, nie w duchach. Myślałam, iż wolność znaczy decydować, co będę jadła na kolację. Tymczasem nigdy nie sądziłam, iż wolność to liczenie, czy starczy mi pieniędzy jednocześnie na ryż i mydło.

Pewnego dnia zrozumiałam, iż od wielu tygodni nie zjadłam spokojnego śniadania. Wstawałam, myłam się, ścieliłam łóżko w pośpiechu i biegłam na tramwaj numer osiemnaście. Po drodze przypominałam sobie, iż nie odpisałam na służbowe maile, trzeba zapłacić internet przed piątkiem i karta do bankomatu jest prawie pusta. Ta dorosła wolność okazała się listą zadań, nie spełnionym snem.

Wieczorem wracałam do domu, a zmęczenie spadało na mnie jak worek cementu wrzucony nagle przez okno. Otwierałam lodówkę marząc, iż znajdzie się tam coś, co samo się podgrzeje i poda. Ale nie należało myć, kroić, gotować, potem znów myć. Czasem kolacją była kromka chleba z żółtym serem, byle tylko nie dotykać patelni. I choćby wtedy nie odpoczywałam, bo głowa stukała: rachunek za wodę znowu wysoki, trzeba sprawdzić cieknący kran, pranie już pachnie wilgocią, bo znów zapomniałam je rozłożyć.

Znajomi ciągle powtarzali: Spotkajmy się! ale za każdym razem każdy miał jakieś inne trudności: ktoś siedział po godzinach w pracy, ktoś opiekował się schorowaną babcią, ktoś utknął bez grosza, kolejny był zwyczajnie wyczerpany. Jako nastolatki widywaliśmy się niemal codziennie; teraz mijał miesiąc, zanim się zobaczyliśmy. A kiedy wreszcie siadaliśmy razem przy herbacie, rozmowy dotyczyły zmęczenia, rachunków, bólu pleców. Byliśmy młodzi, a brzmieliśmy jakby nam stuknęła osiemdziesiątka.

Najcięższe było odkrycie, iż nie ma czegoś takiego jak prawdziwy odpoczynek. choćby weekendy wypełnione były obowiązkami: pranie, sprzątanie, planowanie tygodnia, zakupy, naprawa tego czy tamtego. W pewną sobotę złapałam się na tym, iż płaczę, myjąc podłogę, szepcząc do siebie: choćby jak odpoczywam, to nie odpoczywam. Jako dziecko nazwałabym to wolnością, a jednak zaczęłam robić wszystko, co kiedyś dorośli robili za mnie tylko iż teraz nie było już nikogo, kto by pomógł.

Praca okazała się inna niż sobie wyobrażałam. Myślałam, iż daje satysfakcję i dorosłość. Nie wiedziałam, iż oznacza też uśmiechanie się wtedy, gdy się nie chce, znoszenie durnych uwag, gonienie za celami, które zmieniają się jak sen każdej nocy, i patrzenie, jak znaczna część wypłaty znika na rzeczy, których choćby nie widzę. Pewnego dnia siedziałam z kalkulatorem, rozważając, czy kupić obiad, czy zostawić złotówki na doładowanie miejskiej karty. Tego nikt mi nie powiedział w dzieciństwie. Nikt nie uprzedzał, iż dorosłość to nieustanny szereg obliczeń w głowie.

Wydawało mi się, iż dorastanie oznacza wolność. Okazało się, iż to dziwny balans pomiędzy zmęczeniem, odpowiedzialnością i małymi, ulotnymi chwilami ciszy, które czasem realizowane są tylko tyle, co mgnienie oka we śnie.

Idź do oryginalnego materiału