Sześćdziesiąt pięć lat to dobry moment, żeby w końcu zadać sobie jedno pytanie: czy ja tu przyjechałam odpocząć, czy obsługiwać? Tylko iż w sanatorium to pytanie brzmi jakoś tak nie na miejscu. Wszyscy wokół z kijkami, z planami zabiegów, z minami ludzi, którzy zasłużyli. A ja siedziałam na łóżku w pokoju numer osiemnaście w Polanicy-Zdroju i patrzyłam na telefon, który za chwilę miał zadzwonić. Wiedziałam, iż zadzwoni.
Ale po kolei.
Wszystko zaczęło się od telefonu w marcu, kiedy za oknem wiało tak, iż szyby w bloku na wrocławskim Szczepinie brzęczały. Zadzwoniła Krystyna. Znamy się od ponad dwudziestu lat, jeszcze z czasów, kiedy obie pracowałyśmy w jednym urzędzie miejskim. Ja w wydziale podatków, ona w kadrach. Potem los nas rozdzielił — ja na emeryturę, ona na zwolnienie zdrowotne, które powoli przeradzało się w styl życia.
— Słuchaj, nie chcę już dłużej zwlekać. Lekarz mi od roku truje o stawach i krążeniu. Muszę jechać do sanatorium. Ale sama nie dam rady. Pojedziesz ze mną? Będzie nam raźniej. Obie potrzebujemy odpocząć.
W słuchawce usłyszałam ten jej ton. Znałam go od lat. Taki miękki, bezradny, a jednocześnie taki, po którym nie wypada powiedzieć „nie". Bo przecież jesteśmy dorosłymi kobietami, przyjaciółkami, a przyjaciółkom się pomaga. Tylko iż ja naprawdę chciałam odpocząć. Po latach dojeżdżania do pracy, opieki nad teściową, pomagania synowi przy remoncie, po tych wszystkich „ciociu, a przyjdziesz?", „mamo, a weźmiesz?", „sąsiadko, a podprowadzisz do lekarza?" — miałam w środku wielką, cichą ochotę na dziesięć dni, w których nikt nic ode mnie nie chce.
Zgodziłam się. Bo tak już mam.
Krystyna od razu przeszła do konkretów. Ale nie takich, jakich bym oczekiwała.
— To ty ogarniesz rezerwację? Bo ja się boję, iż coś pokręcę. I sprawdź, jakie badania trzeba zabrać. I pomyśl, jak dojedziemy, bo ja w tych pociągach to się gubię. I weź może coś na ciśnienie dla mnie, bo zapomnę wykupić.
Zrobiłam wszystko. Wydrukowałam potwierdzenie, kupiłam bilety, spakowałam się. Ostatniego wieczoru przed wyjazdem stałam w kuchni, patrzyłam na swoją walizkę i pierwszy raz od tygodni poczułam, iż wzbiera we mnie coś, czego nie umiałam nazwać. To nie był dreszczyk przed podróżą. To było zmęczenie, które pojawiło się, zanim jeszcze wyszłam z domu.
Do Polanicy jechałyśmy pociągiem z przesiadką w Kłodzku. Krystyna przez całą drogę trzymała się poręczy, jakby wagon miał się zaraz przewrócić. Co chwilę pytała: „Na pewno dobrze wsiadłyśmy?", „A co, jeżeli nasz przedział jest zajęty?", „A ten konduktor to sprawdził bilety?". Mówiła to wszystko głosem człowieka, który zaraz zemdleje. A ja, zamiast patrzeć na przesuwające się za oknem pagórki, szukałam po kieszeniach chusteczek, wody, tabletek, potwierdzenia rezerwacji i Bóg wie czego jeszcze.
Sanatorium pachniało pastą do podłóg, sosnami i kapuśniakiem. W recepcji stały dwie kobiety w dresach i jedna z laską. Podałam nasze dokumenty, odebrałam klucze, dostałam plan zabiegów. Krystyna stała obok i ściskała pasek torebki, jakby za chwilę miała zemdleć. Recepcjonistka musiała powtórzyć numer pokoju trzy razy, bo Krystyna za każdym odwracała się do mnie i pytała: „Co ona mówi? Nie słyszałam".
Pokój miałyśmy obok siebie, ale już pierwszego wieczoru zapukała do mnie w szlafroku, z mokrymi włosami.
— Nie mogę znaleźć pilota od telewizora. I boję się sama iść pod prysznic, bo tam podobno ślisko. Pójdziesz ze mną? Tylko postoisz obok.
Postałam. Potem przyniosłam jej herbatę. Potem poszłam do automatu po wodę, bo ta z kranu jej nie smakowała. Potem pomogłam jej rozpiąć zamek w kosmetyczce, bo „paznokcie mam za krótkie". Potem siedziałam na skraju jej łóżka i słuchałam, jak opowiada o tym, iż starzeć się to straszne, iż nikogo nie ma, iż dobrze, iż chociaż ja jestem.
Zasnęłam po północy. Obudziłam się o szóstej z myślą, iż w końcu pójdę do pijalni wód, potem na poranną gimnastykę, potem na masaż. Wstałam, ubrałam się po cichu, wyszłam na korytarz. I wtedy zadzwonił telefon.
— Gdzie jesteś? Już wstałaś? Nie czekasz na mnie ze śniadaniem?
— Wyszłam się przejść — powiedziałam.
— Aha. No to jasne. Ty już masz swoje plany. A ja tu siedzę i nie wiem, o której jest śniadanie, bo nie umiem znaleźć tej kartki.
Wróciłam. Znalazłam kartkę. Zeszłyśmy do jadalni. Krystyna usiadła, popatrzyła na stół i powiedziała:
— Podłoga tu strasznie śliska. Boję się iść z tacą. Weźmiesz mi?
Wzięłam jej zupę. Potem drugie danie. Potem kompot. Potem poszłam po pieczywo, bo to przy jej miejscu było za twarde. Potem przyniosłam sól, pieprz, serwetki i łyżeczkę do herbaty.
W połowie śniadania zorientowałam się, iż mój własny talerz stoi nietknięty. A kawa dawno wystygła.
Trzeciego dnia postanowiłam, iż po obiedzie pójdę sama do parku. Powiedziałam to spokojnie, przy zupie pomidorowej.
— Krystyna, po obiedzie chcę pójść sama na spacer. Po prostu pospacerować, usiąść, bez planu.
Zapadła cisza. Taka krótka, gęsta. Krystyna odłożyła łyżkę.
— Dobrze. Idź. Ja cię nie zatrzymuję.
To „ja cię nie zatrzymuję" zabrzmiało tak, iż przez moment miałam ochotę zostać. Ale wyszłam. Pierwszy raz od przyjazdu. Poszłam przez zdrojowy park, minęłam pijalnię, kupiłam kawę w papierowym kubku za dwanaście złotych. Usiadłam na ławce przy stawie. Było ciepło, choć październik już szczypał w policzki. Patrzyłam na kaczki. I czekałam, aż zadzwoni telefon. Zadzwonił po siedmiu minutach.
— Jesteś daleko? — zapytała.
— Nie, w parku.
— Możesz wrócić? Zmierzyłam sobie ciśnienie i coś mi się nie podoba. I boję się być sama w pokoju.
Wróciłam. Nie dlatego, iż się wystraszyłam. Tylko dlatego, iż włączył się ten stary, kobiecy odruch: a jeżeli naprawdę coś jej jest, a ja siedzę tu z kawą i patrzę na kaczki. W pokoju znalazłam ją leżącą na łóżku z termometrem w ustach i ciśnieniomierzem na stoliku. Wyniki miała prawie idealne.
— Nie wiem, co mi jest. Może to pogoda. Może te zabiegi. Zostań chwilę.
Zostałam. Potem był obiad, potem kolacja, potem herbata, której nie było w stołówce, więc poszłam po nią do kawiarni piętro wyżej. Potem tabletki, bo zapomniała, które ma brać wieczorem. Potem rozmowa o tym, jak to strasznie być samej, jak nikt nie rozumie, jak dobrze, iż ja jestem.
Słuchałam i myślałam o jednym: przyjechałam tu odpocząć. Ja też zapłaciłam za pobyt. Ja też mam nadciśnienie i kręgosłup, i prawo do ciszy.
Szóstego dnia zeszłam do biblioteczki na parterze. Chciałam pożyczyć jakąś książkę, cokolwiek, żeby nie myśleć. Podeszłam do uchylonych drzwi i usłyszałam głos Krystyny. Mówiła przez telefon, chyba do córki. Tylko iż to nie był ten sam głos, którym pytała mnie o herbatę. Był żywy, energiczny, prawie wesoły.
— Wszystko gra. Nie jestem sama. Jest ze mną Ala. Ona ogarnia jadalnię, sprawdza mi ciśnienie, jak trzeba to leci do lekarza. Jest mi z nią bardzo wygodnie. Sama bym nie przyjechała.
To słowo — „wygodnie" — wbiło mi się w pamięć jak drzazga. Nie „dobrze" w sensie ludzkim. Nie „miło mieć przyjaciółkę". Wygodnie. Jakby mówiła o dobrym materacu albo o wózku na zakupy, który się nie psuje.
Nie weszłam od razu. Stałam na korytarzu, obok regału z pożółkłymi romansidłami, i patrzyłam, jak moja kawa stygnie w papierowym kubku. Tym razem nie zadzwonił telefon. Tym razem zadzwoniło coś we mnie.
Wieczorem Krystyna zapytała:
— Pójdziesz ze mną jutro na kąpiel borowinową? Bo sama się boję.
— Nie — powiedziałam.
Zaskoczyło ją to. Naprawdę.
— Jak to nie?
— Nie. Jutro idę według swojego planu. Nie przyjechałam tu, żeby być twoją asystentką.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara na korytarzu. Krystyna usiadła na łóżku, poprawiła koc i powiedziała tym swoim miękkim, zbolałym tonem:
— Nie rozumiem. Czy naprawdę tak trudno mi pomóc? Przecież ja cię nie obciążam.
Wtedy coś we mnie pękło. Ale nie tak, jak pękają tamy. Bardziej jak pęka sznurek, na którym za długo wisiało za ciężkie pranie.
— Obciążasz mnie — powiedziałam. — I to nie od dziś. Od pierwszej godziny po przyjeździe. Wypełniałam twoje dokumenty, nosiłam twoją tacę, biegałam po całym sanatorium, siedziałam przy tobie, bo się bałaś. Ja też zapłaciłam za ten wyjazd. Ja też chcę odpocząć.
— Aha. No to jasne. Przeszkadzam ci. Trzeba było od razu powiedzieć.
— A ty powinnaś od razu powiedzieć, iż nie potrzebujesz przyjaciółki, tylko kogoś, kto będzie na każde zawołanie.
Po tych słowach wstała, wzięła swoją torebkę i wyszła z pokoju. Trzasnęła drzwiami, ale delikatnie, jakby choćby w złości chciała, żebym poczuła, iż to ja ją skrzywdziłam.
Zostałam sama. Po raz pierwszy od tygodnia. Wzięłam swoją kawę, usiadłam przy oknie i patrzyłam na ciemniejący park. Czułam ulgę. I to było najgorsze — ta ulga.
Kolejne dni były dziwne. Krystyna chodziła na zabiegi sama. Nie zgubiła się, nie zemdlała, nie umarła. Wszystko znalazła, wszędzie dotarła. Ale na każdy mój widok robiła minę człowieka, który dzielnie znosi wielką krzywdę. Przy stole powtarzała:
— Nie martw się, poradzę sobie. Nie chcę być dla nikogo ciężarem.
To jest ten szczególny gatunek ludzi. Najpierw cię wykorzystują, potem robią wszystko, żebyś czuł się winny, iż to zauważyłeś.
Po powrocie do Wrocławia nie odzywałyśmy się przez dwa tygodnie. Potem zadzwoniła. Zapytała, czy mogłabym jej pomóc wypełnić wniosek o dofinansowanie do turnusu rehabilitacyjnego, bo ona się w tym gubi.
— Krystyna — powiedziałam spokojnie. — Nie wypełnię ci tego wniosku. I wiesz co? Od lat mamy wspólne konto oszczędnościowe na wyjazdy. Pamiętasz? Miałyśmy z niego opłacać sanatorium raz do roku. Dziś rano poszłam do banku i zamknęłam to konto. Twoja połowa już jest na twoim osobistym koncie. Przelew zrobiłam z tytułem: „zwrot ze wspólnych wakacji". Numer potwierdzenia wysłałam ci SMS-em.
W słuchawce zapadła cisza. Taka, w której słychać tylko oddech.
— Co ty mówisz? Jak to zamknęłaś? Beze mnie?
— Beze mnie też. Każda z nas miała pełnomocnictwo. Więc skorzystałam ze swojego. I wiesz, co jeszcze? W przyszłym tygodniu jadę na tydzień do Ciechocinka. Sama. Kupiłam już bilet. Pojedynczy.
— Ale… dlaczego mi to robisz?
— Nie robię ci tego. Robię to dla siebie. Przestaję płacić za coś, za co płaciłam zbyt długo.
Rozłączyła się. A ja siedziałam w kuchni, przy parapecie, na którym stała zimna herbata. W ręku trzymałam telefon z otwartą aplikacją banku. Na ekranie widniał komunikat: „Konto zamknięte. Środki przelane."
Wstałam, podeszłam do kalendarza wiszącego na lodówce. Czerwonym flamastrem zakreśliłam datę wyjazdu do Ciechocinka. Za jedenaście dni. Potem wyjęłam z portfela bilet kolejowy. Przez chwilę patrzyłam na napis: „Wrocław Główny — Ciechocinek, 1 osoba."
I po raz pierwszy od bardzo dawna uśmiechnęłam się do swojej własnej kawy.














