Nazywam się Zbigniew, mam pięćdziesiąt sześć lat i jestem tym synem, który dzwoni z okazji świąt. Wiem, jak to brzmi. Wiem też, iż mój ojciec, Tadeusz, leży teraz w pokoju numer siedem w domu opieki na obrzeżach Radomia i patrzy na tę samą kartkę z kalendarza od trzech tygodni, bo nikt jej nie odwrócił.
Mieszkam w Warszawie, sto kilometrów od tamtego pokoju. To nie jest wymówka, to fakt, który sobie powtarzam, jadąc rano do pracy Wisłostradą, kiedy telefon milczy, a ja i tak wiem, iż powinienem zadzwonić.
Dom, w którym dorastałem, stał przy ulicy Kwiatowej, piętrowy, z werandą, na której ojciec zimą trzymał zapas węgla i słoiki z ogórkami mamy. Było nas czworo: ja, brat Marek, siostra Ania i najmłodszy Piotr. W niedziele ojciec siadał na czele stołu, nalewał sobie kompotu z wiśni i mówił, iż taki dom się nie kończy, iż zawsze będzie miejsce dla wszystkich przy tym stole. Pamiętam zapach smażonych kotletów, telewizor grający mecz w tle, psa sąsiadów szczekającego za płotem, bo listonosz akurat przechodził.
Teraz w tym pokoju numer siedem jest łóżko, okno wychodzące na parking, mała szafka i kilka zdjęć oprawionych w plastikowe ramki, które kupiła kiedyś Ania w markecie za dwadzieścia złotych sztuka. To jedyna rodzina, która tam z nim zostaje na stałe.
Ma nas czworo, jedenaścioro wnuków, dwoje prawnucząt. A najczęściej widuje pielęgniarza, który rano mierzy mu ciśnienie, poprawia poduszkę i pyta, jak się czuje.
Ja jeżdżę raz w miesiącu, zawsze w pierwszą sobotę, bo tak mi wygodnie z grafikiem. Marek pojawia się tylko na święta. Ania dzwoni w niedziele, zwykle na parę minut, między obiadem a odkurzaniem. O Piotrze nie wiadomo nic od dwóch lat — ostatnio widziano go w Poznaniu, podobno zmienił numer.
Powiem wprost, dlaczego jeżdżę tak rzadko, bo łatwiej to wytłumaczyć z mojej strony niż z jego. Nie znoszę korytarza tego domu opieki. Pachnie tam środkiem dezynfekującym i kapustą z kuchni, a w telewizorze na wspólnej sali zawsze leci to samo popołudniowe talk-show, które nikogo nie interesuje, tylko nikt nie ma siły wstać po pilota. Nie znoszę patrzeć, jak ojciec, który potrafił własnymi rękami zbudować regał na książki i naprawić każdy zawias w domu, teraz z trudem otwiera słoik dżemu. Uciekam od tego widoku, bo przypomina mi, iż kiedyś ja będę leżał w takim pokoju i ktoś będzie odkładał telefon do mnie na później.
To nie usprawiedliwienie. To po prostu prawda, której nikomu wcześniej nie powiedziałem.
W sierpniu zadzwoniła do mnie pielęgniarka, pani Halina, która opiekuje się ojcem od roku. Powiedziała, iż tata coraz częściej pyta, który dziś dzień, i iż w nocy widziała, jak płakał, cicho, twarzą w poduszkę, żeby nikt nie usłyszał. Powiedziała to bez wyrzutu, rzeczowo, tak jak się mówi o wyniku badania krwi. Ale ja tę rozmowę przesiedziałem potem godzinę w samochodzie na parkingu pod biurem, nie ruszając kluczyka w stacyjce.
Pojechałem tam nie w pierwszą sobotę, tylko we wtorek, bez zapowiedzi. Zastałem go przy oknie, z krzyżówką na kolanach, długopisem obgryzionym do połowy. Kalendarz na ścianie pokazywał czternasty, a był już szósty września.
— Zbyszek — powiedział, jakby to było najzwyklejsze zdanie na świecie, chociaż widziałem, iż ręka mu drżała, kiedy odkładał długopis. — Nie w sobotę dziś.
— Wiem, tato. Przyjechałem tak.
Milczał chwilę, obracając w palcach obrączkę, którą nosi od pięćdziesięciu dwóch lat, mimo iż mama zmarła jedenaście lat temu.
— Piotr dzwonił? — spytał w końcu, i to pytanie zabolało bardziej niż jakikolwiek wyrzut mógłby zaboleć.
— Nie, tato. Nie dzwonił.
Odwrócił kalendarz sam, palcem, jedną kartkę do przodu, jakby to była jakaś czynność, którą musi wykonać osobiście, żeby się nie poddać.
Wtedy powiedziałem mu, co zrobiłem tydzień wcześniej, bo wcześniej bałem się mu powiedzieć, żeby nie pomyślał, iż robię to z litości. Sprzedałem swój stary garaż przy ulicy Grochowskiej, ten, w którym trzymałem motocykl, którego i tak nie ruszałem od trzech lat. Dostałem za niego trzydzieści osiem tysięcy złotych. Za tę kwotę wynająłem dla ojca pokój jednoosobowy w prywatnym ośrodku bliżej Warszawy, dwadzieścia minut ode mnie samochodem, a nie sto kilometrów, i podpisałem umowę na rok z góry.
— Nie musisz — powiedział, patrząc nie na mnie, tylko na kalendarz, który sam przed chwilą poprawił.
— Wiem, iż nie muszę. Robię to, bo chcę cię widzieć częściej niż raz w miesiącu.
Przewiozłem go w niedzielę. Zabrał ze sobą zdjęcia w plastikowych ramkach i krzyżówki, i nic więcej, bo mówił, iż nie ma po co się obładowywać rzeczami w jego wieku. Teraz jeżdżę do niego dwa razy w tygodniu, po pracy, i przynoszę mu ciasto drożdżowe z piekarni na rogu, bo takie lubił zawsze u mamy. W środy gramy w karty, w niedziele przywożę wnuki, kiedy się da.
Zadzwoniłem też do Piotra, na ostatni numer, jaki miałem, ale nieaktywny. Napisałem do niego na Messengerze, krótko: tata pyta o ciebie, zadzwoń, zanim będzie za późno na to pytanie. Nie odpisał. Nie wiem, czy odpisze. To jedyna rzecz, której nie mogę naprawić żadnymi trzydziestoma ośmioma tysiącami złotych.
W zeszłą środę ojciec, kładąc karty na stole, powiedział bez podnoszenia głowy znad talii:
— Wiesz, iż kalendarz sam odwracam teraz co rano? Nie czekam już, aż ktoś to zrobi za mnie.
Nie odpowiedziałem nic. Tylko rozdałem kolejną rękę i zapytałem, czy chce jeszcze kawałek ciasta.













