Dziennik Jerzego Brzezińskiego
Do sanatorium przyjechałem odpocząć. Kardiolog po sześćdziesiątce, chciałem się ogolić i wieczorem wyjść do ludzi, bo kto by tam liczył lata? Zwłaszcza wśród tych, którym czterdziestka już dawno stuknęła. Ledwo zdążyłem namydlić twarz, kiedy nagle do mojego pokoju wpada kobieta. Trudno ją opisać – lepiej, żeby to zrobił jakiś rzeźbiarz pokroju Dunikowskiego. Najlepiej nadawała się do nauczania biologii: palcem po sylwetce i kobieta składa się z….
Krzyczy, iż to wspaniale, iż tak renomowany kardiolog jak ja akurat tutaj, bo właśnie teraz kierownik gospodarczy wiezie chorego do zabiegowego. Nasz sanatoryjny kardiolog wyjechał. A zawał nikt przecież na północ zegara nie planuje. A akurat sanatorium odwiedza znany kardiolog…
Czułem, jak sprawa wymyka się spod kontroli. Kobieta ważyła, lekko licząc, sto pięćdziesiąt kilo. Na środku twarzy czerwona szminka jak pieczęć inkwizycji na pudrowanym kamieniu. Tacy już są nie odpuszczą. Tłumaczenie, iż choćby kardiolog cudotwórca, bez sprzętu, z pomocą kierownika i pielęgniarki przebranej za uwodzicielską Bałwankę, kilka wskóra, nie miało sensu.
Wchodzę więc do zabiegowego. Tam kierownik, minę ma szaleńczą, obok wózek. Na nim, przygnieciony kartą, leży apatyczny, brodaty facet. Twarz jakby ucznia siódmej klasy przeniesiono do ciała drwala. Tacy ludzie powinni być raczej docentami.
Bredzi, mówi kierownik. Cały czas powtarza Róża, Róża. Myśli, iż w kwiaciarni.
Pielęgniarka mierzy mu ciśnienie i mówi: źle, bardzo źle. 70 na 50 i jakby dalej spadało. To nie ciśnienie, to jej własne obwody mówi i wybucha śmiechem. Przeszły mnie ciarki. W kartotece wyczytała, iż dla niego 180 na 100 to rozgrzewka.
Oglądam salę, szukam, co się da. Gdy nagle słyszę dźwięki tu niespotykane pielęgniarka płacze. Podchodzę i pytam co jest. Odpowiada, iż żal jej pacjenta.
Zrobiło mi się nieswojo.
Dawaj adrenalinę mówię, przecieram ręce spirytusem. Wiesz, co to adrenalina? I w czym to się podaje?
Ojejku, jak mi żal tego pana szlocha i opiera się o framugę drzwi.
Wziąłem strzykawkę i sam nabrałem lek. Patrzę kierownik zaniemówił, nigdy nie widział takiej igły. Można by się nią bronić przed piratami. Każda część ciała trzęsłaby się na jej widok. Patrzę, a u niego źrenice już się zlewają. Stoi, siwiały, kiwa się. W kącie pielęgniarka wciąż ryczy. Z jednej strony chciałbym jej dać policzka, może się ocknie. Ale zaraz myśl: jak tu ma zareagować Jeszcze się rozkruszy jak tynk na sanatoryjnej ścianie.
Mam dość. Robię to sam znalazłem miejsce na zapadłej piersi, wbijam igłę. W tym momencie kierownik wali się jak długa.
Kierownika! Jaaaki on biedny zawodzi dalej pielęgniarka.
Co wy za gałgany jesteście?! krzyknąłem. Gdzie amoniak?!
Oni umrą?! Oni umrą! Niech to moje oczy nie widzą
Na stole, jak za karę, stała żeliwna lampa Dawid leczy lwa z anginy. Z pięć kilo. choćby pomyślałem, żeby nią przyłożyć, żeby uciszyć to szaleństwo. Jednak zmieniłem zdanie. Rzuciłem przez zęby, iż ma się to skończyć, bo zaraz się pogubię, kogo i gdzie ratować.
Porządek ma być! ryknąłem. Dyscyplina, spokój!
I wtedy chory z zamkniętymi oczami na wózku siada.
Proszę, panie, tu nie szaleć mówi surowo pielęgniarka, kładzie mu dłoń na głowie i dociska do leżanki. Amoniak jest w szafce.
Kierownik już był tak daleko, iż tętna nie znalazłby choćby robotem. Z wózka druga ręka brodatego opadła bezwładnie. Znowu go nie ma! Co za noc, myślę.
Masuj, masaż!! krzyczę i wyciągam kierownika spod wózka za nogę.
Pielęgniarka przewróciła pacjenta na brzuchu, podciągnęła spódnicę i już przygotowana, zaraz zacznie skakać przez wózek.
MASAŻ SERCA, dzięcioły sanatoryjne! wrzasnąłem.
Obróciła go z powrotem, siadła mu na klatce. Wózek aż zachrzęścił. U kierownika amoniak w nos, ja obserwuję. Sto pięćdziesiąt kilo żywej wagi na sześćdziesięciu. Z faceta schodzi powietrze jak ze zużytej dętki.
Ciężko było kierownika posadzić na kanapie lał się, jakby miał z pięć nóg i żadnej kości. Pielęgniarka natomiast zaraz rozgniecie chorego. Z trudem ściągnąłem ją, amoniak pod nos, posadziłem obok kierownika. Siedzą jeden ze spodniami przy kolanach, druga ze spódnicą do pasa. Ekipa pogotowia ratunkowego. Na amoniak nie reagują.
Nagle chory znowu siada, przez cały czas zamknięte oczy. I powoli obraca głowę w stronę kanapy. Kierownik widzi, co się dzieje, i pada na twarz. Jeszcze kątem oka patrzę od czoła po płytkach rozchodzą się promienie jak od gwiazdy.
Proszę państwa mówi pacjent nie otwierając oczu. Jednak błagam, nie leczcie mnie już więcej
I mówi tak: jest dziedzicznym hipotoniakiem. Przed śnieżycą opada jak balon, w burzę niesie go przeciąg. Taki już się urodził. Jego robocze ciśnienie to 80 na 50. Czasem spadnie niżej, ale wtedy filiżanka mocnej kawy i wraca do życia. Ale nie wtedy, gdy siada mu na piersi kobieta z koralami z bilardowych kul. Naprawdę myślał, iż to już koniec. Różyczka pójdzie do łazienki i się zdziwi. Ona leczy się, a pochować trzeba jego.
Poczułem, jak siwieję. Łapię kartę i czytam: Róża Łucja Jarczyk. Przypomniałem sobie jadąc do sanatorium myślałem: poznam jakąś tutejszą, pokokietujemy, pobawimy się Może choćby coś więcej Ale teraz już wszystko we mnie zgasło.
Co to jest? pytam, podtykając pielęgniarce kartę.
Karta pacjenta odpowiada i gapi się przed siebie. Amoniak w nosie.
Ale to na pewno nie Róża Łucja! zauważyłem. Prędzej Lew Różowicz!
Pan jako lekarz prowadzący, powinien był zauważyć
Ty to
Proszę państwa, wyjaśniam wtrącił pacjent. Tu na oddziale jest moja żona. Przyniosłem jej kefir Poszła do łazienki, kartę zostawiła przy mnie. I wtedy poczułem się źle. I ten właśnie pan, który obalił, iż miękkie nie przebije twardego, posadził mnie na wózek i zawiózł tu. Źle mi było. Teraz dobrze. Było źle, jest dobrze. Gdyby nie to, iż wszyscy wokół są sinowi z czerwonymi policzkami, byłoby jeszcze lepiej. O żadnej hipotensji mowy nie ma. Gdyby mi teraz od spodu przystawić zapalniczkę, odlecę w kosmos. Świetne mam ciśnienie. Nie wiem, co mi pan doktor wszczepił, ale przez następne dziesięć lat nie zasnę. Przyda się przy pisaniu nowego artykułu naukowego.
Propozycja odezwała się pielęgniarka, gdy pan z kefirem wyszedł. Nas tu nie było.
Jeszcze miałem ochotę przyłożyć jej lampą, ale była szybsza:
Kierownika biorę na siebie.
W sanatorium nie poznałem już żadnej kobiety. Zmysł był, zostało zmęczenie i ostrożność do róż.
Nauczyłem się tam jednego w polskich sanatoriach trzeba uważać, z kim i gdzie można spokojnie odpocząć.











