W połowie września zadzwoniła do mnie mama Kuby Wójcika. Nie znałem jej wcześniej, chociaż uczyłem w tej szkole od sześciu lat. W słuchawce usłyszałem, iż syn jest w piątej klasie, jeździ na wózku, ma przepuklinę oponowo-rdzeniową i nie pojedzie z nami w Tatry, bo szlak do Mylnej Jaskini to kamienie, korzenie i wąskie przejścia. Powiedziała to tak, jakby już wcześniej usłyszała dziesięć razy „nie”.
W autobusie pod szkołą pachniało pastą do podłóg i mandarynkami. Dzieciaki pakowały plecaki do bagażnika, kierowca sprawdzał coś pod maską, a Kuba siedział na parkingu. Nie w autobusie. Obok mamy. Trzymał na kolanach pudełko śniadaniowe i patrzył, jak inni zajmują miejsca przy oknach.
Podszedłem.
— Wysoko w górach będzie zimno — powiedziałem. — Lepiej weź bluzę.
— Przecież nie jadę — odpowiedział i kopnął kamyk, który potoczył się pod koło wózka.
To był ten moment. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale usłyszałem własny głos:
— Jedziesz. Tylko trochę inaczej.
Mama Kuby wyglądała, jakby chciała mi wytłumaczyć, iż to niemożliwe. Że szlak z Hali Kondratowej do Mylnej to nie jest miejsce na wózek. Że kamienie są ostre, a w jaskini trzeba się schylać. Ale ja już widziałem w internecie nosidełko turystyczne dla starszych dzieci. Takie z pasami biodrowymi, stelażem i podpórką pod głowę. Kosztowało dziewięćset złotych za wypożyczenie na weekend. W piątek rano wziąłem dwie godziny wolnego, pojechałem do Bielska i przywiozłem je do Zakopanego.
— Zwariował pan — powiedziała mama Kuby, kiedy zobaczyła to ustrojstwo na parkingu.
A Kuba? Kuba nie powiedział nic. Tylko cały czas patrzył na pasy, jakby już w myślach przeliczał, czy wytrzymają.
Wyruszyliśmy rano. Kuba ważył czterdzieści jeden kilo, nosidełko kolejne sześć. Miałem czterdzieści dwa lata i kolano po starej kontuzji. Pierwsze podejście z Kuźnic na Halę było konkretne. Pot spływał mi po plecach, w skroniach czułem puls. Kuba z tyłu oddychał mi w kark. Czułem jego ręce na ramionach — nie z przerażenia, tylko z podniecenia.
— Pan Marek, a jak się pan przewróci? — zapytał w połowie szlaku.
— Nie przewrócę się.
— Ale jakby?
— To ty mi powiesz, gdzie jest lepiej postawić nogę. Masz lepszy widok z góry.
I wiecie co? On naprawdę zaczął mi podpowiadać. „Teraz w prawo, tam jest mniejszy kamień”. „Niech pan nie wchodzi na ten mech, śliski jest”. „Tu proszę przystanąć, bo korzeń”. Nigdy wcześniej nie uczyłem tego chłopaka. Ale tam, na szlaku, to on prowadził mnie przez góry, chociaż to ja niosłem jego.
Przy wejściu do jaskini zrobiło się ciemno. Chłód wszedł nam pod kurtki. Kuba zamilkł. Wiem, iż się bał — nie jaskini, tylko tego, iż w środku będzie za ciasno. Że zawrócimy. Że znowu on będzie tym, przez którego cała klasa nie zobaczy nacieków.
— Schyl głowę — powiedziałem.
— Już — szepnął.
Czołgaliśmy się przez niski korytarz, latarki rzucały po ścianach ruchome cienie. Woda kapała z sufitu. Kuba trzymał się moich ramion i słyszałem, jak z każdym metrem oddycha coraz równiej. A potem wyszliśmy do większej komory, gdzie cała klasa już siedziała na kamieniach. Nauczycielka geografii świeciła latarką w górę i coś tłumaczyła o stalaktytach.
Kuba powiedział wtedy tak cicho, iż ledwo usłyszałem:
— Właśnie na to czekałem.
Nie wiem, czy czekał na jaskinię, na to, iż będzie w środku z innymi, czy na to, iż ktoś go w końcu wziął na plecy i ruszył. Ale to zdanie zostanie we mnie chyba na zawsze.
Wracaliśmy inną trasą, przez Przysłop Miętusi. Słońce już zaszło za Giewontem, na trawie pojawiła się rosa. Kuba zdjął kask i puścił go na rzep przy pasie. Opowiadał, jak wyglądały nacieki, które widział tylko on, bo był najwyżej z całej grupy. Mówił o tym, iż jak dorośnie, to kupi sobie buty trailowe i pójdzie na Rysy.
— A wózek? — zapytałem.
— Wózek zostanie w schronisku. Przecież ktoś musi na niego uważać.
Roześmiałem się tak, iż o mało nie zgubiłem rytmu kroków.
Pod szkołą było już ciemno. Mama czekała na parkingu. Kiedy zobaczyła Kubę na moich plecach — zmęczonego, brudnego od gliny, z kaskiem w ręku — nie powiedziała ani słowa. Podeszła i odpięła mu pasy. Wtedy Kuba objął mnie przez ramię. Krótko. Mocno. Tak, jak robią to dzieciaki, które nie umieją jeszcze powiedzieć „dziękuję” w inny sposób.
Poszedłem do domu. Pół nocy nie mogłem spać, bo czułem te pasy na biodrach, chociaż nosidełko oddałem już do bagażnika.
Dwa tygodnie później w pokoju nauczycielskim znalazłem kopertę. Była zwykła, biała, bez znaczka. W środku leżała kartka z zeszytu w kratkę i sto dwadzieścia złotych. Na kartce pismem Kuby: „Na paliwo do Bielska, jak pan znowu pojedzie po nosidełko”.
Zadzwoniłem do jego mamy. Okazało się, iż Kuba sprzedał swoją kolekcję kart z piłkarzami — wszystkie pięćdziesiąt sześć sztuk — i odłożył też całe kieszonkowe z dwóch tygodni. Sto dwadzieścia złotych. Dokładnie tyle, ile kosztował przejazd.
Nie wziąłem tych pieniędzy. Ale nie oddałem też Kubie. Wpłaciłem je na konto szkolnego koła turystycznego, a w tytule przelewu napisałem: „Na wypożyczenie nosidełka dla następnego ucznia”.
Dwa dni później Kuba przyjechał do szkoły z nową puszką na datki. Stała na parapecie w sali numer osiemnaście. Naklejona kartka głosiła: „Na nosidełko. Bo każdy ma prawo zobaczyć Mylną”. Pod spodem dopisał długopisem: „I inne jaskinie też”.
Puszka stoi tam do dziś. I chociaż Kuba skończył już podstawówkę, co roku ktoś dzwoni, żeby zapytać, czy przez cały czas organizujemy wyjścia dla dzieciaków na wózkach.
Nadal.
W zeszły weekend znów byłem w Tatrach. Na szlaku do Mylnej minęła mnie grupa dzieciaków z latarkami. Jeden z chłopców jechał na wózku terenowym, a obok szedł jego ojciec. Chłopak krzyknął coś do kolegi i pokazał palcem na wejście do jaskini.
Zatrzymałem się przy skałach. Wyjąłem z kieszeni mały kamyk, który od tamtej wyprawy noszę przy kluczach. Wyświecił mi się w dłoni, mokry od rosy. Ruszyłem dalej. Do domu.












