— jeżeli maluch będzie przypominał byłego — odmawiam … dam życie i odmawiam! — Bezbarwnym głosem powiedziała LenaLena spojrzała w oczy przyjaciół, czując, iż jej słowa będą echem w sercach wszystkich obecnych.

newsempire24.com 15 godzin temu

Gdyby dziecko było podobne do byłego odrzucę je dam życie i odrzucę! bezbarwnym tonem wyszeptała Lidia.
Cóż, kochana, już za późno się obudziłaś, teraz tylko czekać trzeba na termin podsumował lekarz. Inaczej możesz skończyć bez potomka.

Lidia opuściła gabinet, usiadła na kanapie, by odzyskać równowagę. Łzy dręczyły ją od goryczy podniosła głowę i zobaczyła, jak przez okno szary, jesienny wiatr bezlitośnie kołysze gałęzie ostatnich liści.

Wydawało jej się, iż jest jak ta gałąź całkowicie bezradna, a dziecko teraz wydaje się nie na miejscu. A jeszcze trzy miesiące temu tak bardzo go pragnęła jak gwałtownie wszystko się odwróciło.

Wyszła z poradni, minęła szczęśliwą parę: mężczyzna obejmował żonę, oboje się uśmiechali. Ten widok przeszył ją jeszcze głębiej. Lidia ruszyła w stronę przystanku.

Gdy dotarła do swojego mieszkania, zamknęła się w pokoju i nie wychodziła prawie godzinę. Matka namawiała ją do jedzenia, ale córka nie wypowiedziała ani słowa. Halina Piotrowna poszła do kuchni i usiadła, pogrążona w myślach. W mieszkaniu panowało ciężkie milczenie.

Wkrótce Lidia wstała, usiadła przy stole naprzeciw matki i tak przez jakiś czas siedziały w ciszy.

jeżeli będzie podobna do niego odrzucę dam życie i odrzucę powtórzyła Lidia, tonem pozbawionym barw.

Halina Piotrowna natychmiast podskoczyła; słowa córki przywróciły jej przytomność:

To już nie wystarczy! Walerio, pomyśl, co adekwatnie mówisz! matka, gdy chciała poważnie porozmawiać, zwracała się do niej pełnym imieniem.

Zdrowa, pracująca dziewczyna rezygnuje z własnego dziecka po co to? Co rodzinny powie? Co koledzy z pracy powątpiewają? Jak będziesz żyła? Co ludzie powiedzą? A przecież to nie wina dziecka, iż ojciec jest niewłaściwy.

Co z ludźmi, którzy mnie pożałują? wykrzyknęła Lidia. W tej chwili wyglądała naprawdę jak zwierzę w kącie. W dużych, ciemnych oczach lęk, wargi drżały, ramiona opadały.

Będę ci współczuła i pomogę odpowiedziała Halina. I nie pozwolę ci porzucić własnego wnuka.

Ty sama ledwo wiążesz koniec z końcem, pensja nie przychodzi, jaka pomoc jest możliwa?

Przetrwamy nalegała matka. W trudnych czasach ludzie przetrwali, a teraz, w spokojnym 1989 roku, przetrwamy.

Lidia ciężko westchnęła. Już teraz czuła strach, a przyszłość była nieznana. Nie wiedziała jeszcze, iż kolejne dziewięć lat wykaże swój okrutny uśmiech. Jedno jednak wiedziała: Wojciech ją opuścił.

Mogli się pobrać pół roku temu, a półtora roku przed tym spotykali się. Nic nie zapowiadało tragedii dla młodej, pięknej pary.

Lidia wspominała co minutę dzień, kiedy Wojciech wrócił do domu zupełnie innym człowiekiem. Próbował być jak zawsze, poddany i łagodny.

Nie dało się nie zauważyć jego dystansu, zamyślenia i spojrzenia spojrzenia mężczyzny, który przestał kochać Lidii.

Już wtedy wiedział, iż ona jest jedyną nadzieją, co go najwięcej dręczyło; inaczej od razu odszedłby. Przez miesiąc Lidia drążyła, co się stało, a dopiero gdy Wojciech w końcu odszedł, poznała przyczynę.

Rozpad roztrząsała Lidia, gdy przybyła matka Wojciecha; płakała, nie spodziewając się takiego zwrotu losu od syna.

Historia sięgała szkolnych lat. Gdy Wojciech przeszedł do klasy maturalnej, wyjechał na obóz turystyczny. Tam byli nastolatkowie z różnych zakątków Polski: chodzili po górach, żyli w namiotach. Poznał wtedy Wiktorię i od razu się w niej zakochał.

Dwa tygodnie nie odrywał się od niej. Po rozstaniu wymienili się adresami, ale gdy Wojciech przeprowadzał się do nowego mieszkania, zgubił jej dane i nie otrzymał listów.

Z czasem spróbował zapomnieć, ale zrozumiał, iż to jedyna miłość. Trzy lata później spotkał Lidii, pomyślał, iż Wiktoria już przeszła, po dwa lata zawarli małżeństwo i czekali na dziecko.

Wiktoria nagle pojawiła się w mieście. Nie miała własnego adresu, ale znając, w jakim mieście mieszka Wojciech, zamieściła ogłoszenie w lokalnej gazetce. Ogłoszenie trafiło do niego. Zaprosił ją do swojego miasta i zarezerwował pokój w hotelu.

Najpierw chciał tylko spotkać dziewczynę, której nie mógł zapomnieć przez lata. Spotkanie natychmiast ich zbliżyło. Decyzja była trudna, ale podjął ją: zostawić żonę Lidię, oczekującą na dziecko, i wyjechać z Wiktorią.

W pracy Lidia miała wsparcie wszystkich. Nowa koleżanka, dopiero co zatrudniona, zauważyła smutno:

Dziecko to szczęście, a my z mężem od pięciu lat nic nie robimy.

Dokładnie odpowiedziała Lidia z niezadowoleniem. Nie mam już euforii z oczekiwania na pierworodka, ciągle dręczy mnie upokorzenie, iż mnie po prostu zostawił.

W domu Halina Piotrowna starała się pocieszyć Lidię, by zagłuszyć jej smutek i rozczarowanie. Pewnego dnia przyszła teściowa, weszła i zapłakała. Szczerze chciała, by syn Wojciech i Lidia byli razem.

Wiktorię, nową żonę syna, nie żałowała. Przynajmniej dlatego, iż zabrała Wojciecha na tysiąc kilometrów. Oczywiście tak uważała, choć w rzeczywistości Wojciech sam odjechał, spełniając własne pragnienie.

Od myśli o dwóch przyszłych babciach jej dziecka, Lidia czuła jednocześnie ciężar i ulgę. Najbardziej jednak przerażała ją myśl, jak spotka własne maleństwo.

A co, jeżeli będzie miał oczy, nos i usta jak Wojciech? Czy całe życie będzie patrzeć na własne dziecko i wspominać zdradę męża? To właśnie budziło w niej przerażenie.

Gdy Lidia opuszczała szpital, nie spodziewała się takiej fali ludzi. Była jej matka Halina, była teściowa Wiera Sergiuszowa, bliska przyjaciółka z mężem, starsza siostra z siostrzenicą i cały jej mały zespół.

Wszyscy chcieli wziąć syna na ręce i życzyć zdrowia mamie i dziecku. Kiedy w domu rozłożyli chłopca, była teściowa, trzymając wnuka, patrzyła, uśmiechała się i płakała, po czym szepnęła:

Wiktorowany Wojciech.

Myślała, iż Lidia nie usłyszy, ale usłyszała. Podeszła, wzięła chłopca i rzekła:

Nie będzie to Wojciech, ale Janek tak się będzie nazywać.

Teściowa i matka westchnęły z ulgą: wszystko w porządku.

Minęło dwadzieścia lat. W 2010 roku Janek był studentem trzeciego roku politechniki. W domu dorastały dwie młodsze siostry, które kochał całym sercem. Gdy były malutkie, pomagał mamie, był prawdziwą nianią.

Waleria wyszła za mąż pięć lat po narodzinach Jana; jej mąż stał się dobrym ojczymem dla syna, prawie jak własny, i ojcem dwóch córek.

Córkę Lidii kochała, ale własnego synka Jana nie potrafiła pokochać. Ten moment, kiedy w gorącym gniewie obiecała porzucić noworodka w szpitalu, jeżeli będzie podobny do byłego męża, wciąż ją prześladuje. Myśl o tym jest przerażająca.

Wojciech z Wiktorią, z którą miał szalone zakochanie, rozstał się po pięciu latach. Wiktoria wyjechała za granicę z córką. Wojciech po raz drugi wziął ślub, zdawał się żyć nieźle, od czasu do czasu spotykał się z synem Janem.

Waleria nie przeszkadza, ale wobec byłego męża jest całkowicie obojętna, nie czuje nic. Jedynym biologicznym ojcem jej ukochanego syna jest Janek

Dziękuję, drodzy czytelnicy, za polubienia i komentarze! Czytajcie z przyjemnością.

Idź do oryginalnego materiału