Jeszcze mamy w domu sprawy do załatwienia… Babcia Walentyna z trudem otworzyła furtkę, powoli dosz…

polregion.pl 9 godzin temu

Wiesz co, muszę Ci to opowiedzieć… Bo jeszcze są sprawy w domu.

Babcia Waleria z trudem odsunęła zawiasy furtki, potem wolno podeszła do drzwi i długo mocowała się z tym starym zardzewiałym zamkiem. Weszła do swojego dawno niewygrzanego domu i opadła na stołek przy zimnym kaflowym piecu.

Zapach w kuchni od razu zdradzał, iż nikt tu nie mieszkał od dawna.

Zaledwie trzy miesiące jej nie było, a już pajęczyn na sufitach przybyło, krzesło jęczało przy każdym jej ruchu, a wiatr świstał w kominie tak, jakby dom był zły: Gdzie przepadłaś, gospodyni? Kogo nam tu zostawiłaś? Jak my tu przetrwamy zimę?

Poczekaj, kochany, zaraz tylko trochę odpocznę Zaraz napalę i ogrzejemy się, spokojnie

Jeszcze rok temu babcia Waleria śmigała po domu. Bielone ściany, okna umyte, wodę przynieść – żadna robota jej nie straszna. Ta jej drobna postać co chwilę klękała pod ikonami, to znowu kucharzyła przy piecu, potem znikała w sadzie raz, dwa, i wszystko posadzone, podlane, wypielęgnowane.

I dom aż żył razem z nią, deski skrzypiały raz radośnie, raz cicho pod jej szybkimi krokami, drzwi i okna otwierały się pod jej spracowaną, drobną dłonią, a piec piekł puszyste drożdżówki jak za dawnych lat. Dobrze było im razem, babci i temu jej wiekowemu domowi.

Męża straciła bardzo wcześnie. Wychowała trójkę dzieci, wszystkich do ludzi wykształciła. Najstarszy syn kapitan statku, drugi oficer w wojsku, obydwaj daleko, rzadko który do mamy przyjeżdża.

Tylko najmłodsza córka, Tamara, została w wiosce, główna agronomka, od rana do wieczora w pracy do mamy wpada tylko w niedzielę, na kawałek ciasta, i zaraz ginie w codzienności na kolejny tydzień.

Na pokrzepienie – ukochana wnuczka, Swietusia. Tak naprawdę to babcia ją wychowała.

I powiem Ci, ale wyrosła! Piękność! Oczy jak stalowe niebo, włosy złote jak dojrzały owies, do pasa, kręcone, ciężkie i błyszczące jak u królewny.

Zrobi kok, kosmyki rozpuszczą się po ramionach chłopcy z wioski patrzą jak zahipnotyzowani. Każdy z otwartą buzią. Zgrabniutka, wyprostowana… Skąd u wiejskiej dziewczyny taka postura, taka uroda?

Babcia Waleria też nie była brzydka młodziutka, ale jak porównać stare zdjęcie z wnuczką pastuszka i królowa.

I do tego rozumna! Skończyła w mieście SGGW, wróciła do rodzinnej wsi jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza i, w ramach programu dla młodych rodzin, dostała nowy dom.

Ale dom to był! Solidny, z czerwonej cegły, jak willa, nie zwykły domek.

Jedno tylko nie dawało jej spokoju – babcia miała wokół domu ogród pełen kwiatów i owocowych drzew, a u młodej wnuczki – zaledwie trzy kwiatki na krzyż. I Swietusia, choć wiejska dziewczyna, w uprawianiu ziemi była raczej delikatna, babcia chroniła ją od każdego przeciągu i cięższej roboty.

A jeszcze potem urodził się syn, Wacek. To już, wiadomo, ani do ogrodu, ani do warzyw się nie spieszyła.

Zaczęła więc Swietusia babcię namawiać: Chodź, zamieszkaj z nami! Dom większy, wygodny, nie trzeba pieca palić…

Waleria dobrnęła do osiemdziesiątki, nogi już nie służyły jak dawniej, więc dała się uprosić.

Pomieszkała u wnuczki ze dwa miesiące… A potem słyszy:

Babciu kochana, wiesz, jak bardzo Cię kocham ale co Ty tak tylko siedzisz? Zawsze byłaś w ruchu, a u mnie po prostu przysiadłaś… Przecież ja gospodarstwo chcę rozwinąć, liczyłam na Twoją pomoc…

Ale ja nie mogę, kochanie, nogi nie chodzą… zestarzałam się…

No tak… Przyjechałaś do mnie i od razu stara.

W końcu babcia, zamiast być wsparciem, została odesłana do swojego starego domu.

Serce jej przez to prawie wysiadło iż nie dała rady, iż nie pomogła ukochanej wnuczce Leżała w łóżku, ledwo się ruszała. Na zakrystię choćby nie było szans dojść a dawniej przecież wszystko ogarniała sama.

Proboszcz ks. Borys sam do niej przychodził – do swojej najwierniejszej parafianki, która długo pomagała przy kościele jak trzeba. Rozejrzał się fachowo.

Babcia Waleria siedziała przy stole, pisała miesięczne listy do synów.

W izbie zimno – piec ledwo przypalony, podłoga lodowata. Na niej znoszony sweter, trochę przybrudzona chusta a przecież zawsze była taka schludna! Na nogach stare rozdeptane filcaki.

Ks. Borys westchnął: przydałaby się pomocniczka dla babci. Może Anna? Mieszka blisko i pozostało w formie młodsza o dobre 20 lat.

Wyciągnął bochen chleba, pierniki i pół garnka świeżej ryby w cieście (pozdrowienia od żony, Aleksandry).

Zakasał rękawy, wygarnął popiół z pieca, przyniósł drewna na kilka rozpaleń, poskładał w kącie. Napalił i nastawił wodę w dużym, osmolonym czajniku.

Oj synku! To znaczy księże kochany! Pomóż mi adresy na kopertach napisać, bo jak ja tym swoim bazgrołem napiszę, to nie dojdzie!

Ks. Borys przysiadł, napisał adresy, rzucił okiem na listy z koślawym pismem. Od razu rzuciło mu się w oczy: wielkimi, drżącymi literami: U mnie wszystko wspaniale, kochany synku. Niczego mi nie brakuje, dzięki Bogu!

Ale kartki te o cudownym życiu babci Walerii całe były w rozmazanych plamkach widać, niejedna łza spadła podczas pisania.

Anna przejęła się losem staruszki, ksiądz Borys regularnie ją odwiedzał, spowiadał i przynosił komunię, a w duże święta mąż Anny, wujek Piotr, stary marynarz, przywoził ją na motorze do kościoła. Jakoś się to życie zaczęło układać…

Wnuczka przestała się pojawiać, a po paru latach poważnie się rozchorowała. Długo sądziła, iż choruje przez żołądek. Okazało się, iż to rak płuc. Strasznie gwałtownie Swietusia odeszła.

Jej mąż, zrozpaczony, dosłownie zamieszkał na cmentarzu: brał butelkę wódki, pił i spał przy jej grobie, rano szedł po następną. Czteroletni Wacek został sam brudny, głodny, zaniedbany.

Tamara zabrała do siebie chłopca, ale jako zapracowana agronomka nie miała czasu się nim naprawdę zająć. Wacek miał już trafić do domu dziecka w powiecie.

Ten dom dziecka niby dobry: fajny dyrektor, porządne jedzenie, na weekendy można było dzieci brać do domu. Ale to ciągle nie to samo.

Tamara nie miała wyjścia w pracy zostawała na nadgodziny, daleko było jej do emerytury.

Wtedy w starym wózku z Uralem pojawiła się u niej babcia Waleria. Za kierownicą siedział grubo ciosany sąsiad, wujek Piotr, w pasiaku, z tatuażami kotwic i syren na rękach. Oboje jakby gotowi do bitwy.

Babcia Waleria rzuciła krótko:

Ja biorę Wacka do siebie.

Mamo, przecież Ty ledwo chodzisz! Jak Ty dasz radę z małym dzieciakiem? I gotować i prać trzeba!

Dopóki żyję, nie oddam Wacka do domu dziecka, postawiła sprawę jasno babcia.

Tamara, zaskoczona takim uporem zawsze łagodnej mamy, zamilkła, zamyśliła się i zaczęła pakować rzeczy wnuka.

Wujek Piotr zawiózł babcię i chłopca do domku, prawie wniósł ich do środka. Sąsiedzi kręcili głowami: Babcia dobra, ale chyba już na starość straciła rozum sama ledwo chodzi, a jeszcze dziecko do siebie wzięła… To nie szczeniak, a tu tyle opieki trzeba… I gdzie ta Tamara patrzy?

W niedzielę po Mszy ks. Borys wszedł do babci z duszą na ramieniu: pewnie trzeba będzie zabrać zaniedbanego, głodnego Wacka spod opieki wyczerpanej staruszki?

A tu w izbie cieplutko, piec huczy, a zadbany i najedzony Wacek słucha bajki z adaptera o Złotym Jajku. A biedna, niedołężna babcia zgrabnie porusza się, raz tu, raz tam smaruje blachę, wyrabia ciasto, wbija jajka do sera na sernik. I te jej stare nogi nagle jakby znów nabrały lekkości, jak dawniej.

Księże kochany! A ja tu właśnie serniczki robię… Zaczekaj chwilkę, dam gorące dla Aleksandry i Kuby do spróbowania…

Ks. Borys wrócił do domu oszołomiony i opowiedział wszystko żonie.

Aleksandra zadumała się na chwilę, po czym sięgnęła po gruby, niebieski zeszyt pamiętnik. Zaczęła czytać:

Stara Gertruda swoje już przeżyła. Wszystkie marzenia, nadzieje i uczucia wszystko śpi pod śniegiem. Już czas, by odejść tam, gdzie nie ma choroby, ani smutku Któregoś lutowego dnia długo modliła się pod ikonami, potem położyła się i mówi: 'Wołajcie księdza będę umierać.’ Twarz biała jak śnieg za oknem.

Przyszli wszyscy… Okazało się, iż urodziła się właśnie prawnuczka, Natalka wróciła z nią mama z porodówki. Natalka płakała, mama wykończona, mleka brak, babcia chciała umierać, a tu wrzask niemowlaka.

Stara Gertruda przytomniała siada na łóżku, szuka kapci, aż w końcu tuli małą i kołysze… Wróciła do życia jakby na nowo.

Jak domowni wrócili z pracy, babcia nie tylko żyła, ale wyglądała lepiej niż przed chorobą. „A pomierać nam za wcześnie, mamy jeszcze sprawy w domu” śmiała się potem.

Dożyła jeszcze dziesięciu lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej, wychowywać mnie swoją kochaną prawnuczkę.

Aleksandra zamknęła pamiętnik, spojrzała na męża i z uśmiechem powiedziała:

Moja prababcia, Wiera, tak mnie kochała, iż po prostu nie mogła umrzeć… Powiedziała wtedy: Jeszcze są domowe sprawy!

I ks. Borys uśmiechnął się do żonyBorys uśmiechnął się szeroko i pogładził żonę po dłoni. W jego oczach zalśniło światło to samo, jakie każdego ranka przedzierało się przez firanki w domu babci Walerii.

Wieczorem jeszcze raz zajrzał do swojej parafii podszedł po cichu pod dom Walerii. Przez szybę zobaczył Wacka pochylonego nad kawałkiem kartki rysował dom, wielki sad i siebie, trzymającego babcinej dłoni. Na kuchni bulgotała zupa, na parapecie dojrzewały czerwone jabłka, a Waleria, chociaż siwiuteńka, wyglądała jakby czas na chwilę się cofnął.

Może to prawda pomyślał ksiądz iż życie nie pozwala na odejście tym, którzy wciąż są komuś bardzo potrzebni. Może kiedy w domu brakuje śmiechu dziecka albo matczynej dłoni, wtedy choćby najsłabszy człowiek odzyskuje siły.

I tak w starym domu, pośród skrzypiących podłóg i ciepła pieca, trwało życie. Staruszka, samotny chłopiec i przyjaciele każdy dokładał swoją cząstkę, żeby ludzka dobroć, jak ogień na palenisku, nigdy nie zgasła.

Gdy zaszło słońce, nad strzechą popłynął zapach świeżego chleba, a u drzwi rozległo się ciche puk, puk, puk. To sąsiedzi przyszli z jajami i mlekiem, Anna z bułkami, a wujek Piotr z żartem i opowieścią o morskich sztormach.

Babcia Waleria uśmiechnęła się szeroko. Widzisz, kochany domku, póki Ty tu jesteś, póki dzieci tupią po podłodze i ktoś czeka na ciepły posiłek ja też będę.

I tej nocy, zanim zgasiła lampę, spojrzała w niebo przez okno i cicho szepnęła: Jeszcze są sprawy w domu. Jeszcze trochę mam tu roboty.

A ksiądz Borys, idąc przez ciemność, zrozumiał jedno dopóki w czyimś sercu jest miłość, dopóty nigdy nie jest się naprawdę samemu.

Idź do oryginalnego materiału