Jeszcze jeden wspólny rok życia… Od pewnego czasu Arkadiusz Iwanowicz nie wychodził sam z domu. Nie …

newsempire24.com 1 dzień temu

Jeszcze cały rok razem…

Ostatnimi czasy Arkadiusz Janusz nie wychodził sam na miasto. Unikał tego odkąd pewnego dnia wybrał się do przychodni i zapomniał, gdzie mieszka i jak się nazywa. Poszedł wtedy zupełnie w inną stronę, długo krążył po osiedlu, aż jego wzrok padł na bardzo znajomy budynek. Okazało się później, iż to była fabryka zegarków, gdzie Arkadiusz przepracował prawie pięćdziesiąt lat.

Patrzył na gmach fabryki i był pewien, iż go zna. Tylko nie mógł sobie przypomnieć dlaczego, ani kim jest. Dopiero kiedy ktoś nagle klepnął go w ramię, zaskoczył się i usłyszał:
Janusz! Pan Arkadiusz, co pan tu robi, stęsknił się za nami? Wspominaliśmy pana ostatnio, jakim dobrym był pan majstrem i nauczycielem. Arkadiuszu, przecież pan mnie nie poznał? To ja, Jurek Makowski, to pan ze mnie człowieka zrobił!

W głowie Arkadiusza nagle coś zaskoczyło jakby wróciła mu pamięć, wszystko sobie przypomniał, aż westchnął z ulgą Jurek ucieszył się, objął go mocno.
Poznał pan? Zgoliłem wąsy, dlatego niepodobny do siebie! Wejdzie pan do nas? Chłopaki będą się cieszyć.
Może innym razem, Jurek, zmęczony jestem wyznał Arkadiusz.
To nic, mam tu samochód, odwiozę pana, adres pamiętam Jurek się uradował.

Odwiózł go do domu, a od tamtej pory żona, Zofia Arkadiuszowa, nie puszczała już męża nigdzie samego, choć z pamięcią już miał lepiej. Od tamtej pory chodzili wszędzie razem do parku, przychodni, sklepu.

Ale pewnego razu Arkadiusz rozchorował się, gorączka, silny kaszel. Zofia sama pobiegła do apteki i sklepu, choć sama nie czuła się najlepiej. Kupiła lekarstwa i jedzenie, niby niedużo, ale dopadła ją ogromna słabość, duszność. Wydało jej się, iż siatka z zakupami waży niewyobrażalnie dużo. Zatrzymała się, odpoczęła, potem ruszyła dalej do domu.

Przeszła jeszcze kilka kroków, znów musiała się zatrzymać. Postawiła ciężką torbę na świeżym śniegu i nagle sama miękko osiadła na ścieżce prowadzącej do domu. Ostatnia jej myśl była po co tyle wzięła naraz, stara, głupia już

Dobrze, iż sąsiedzi akurat wychodzili z klatki, zobaczyli leżącą na śniegu starszą panią, podbiegli, wezwali karetkę Zofię zabrała karetka, sąsiedzi zanieśli zakupy i lekarstwa do jej mieszkania, zadzwonili do drzwi.

Mąż chyba został w domu, pewnie chory, od paru dni go nie widziałam domyślała się Nina Kowalska, Spać musi, Zofia mówiła, iż ostatnio kiepsko się czuje, starość nie euforia Dobrze, później znów zajrzę

Arkadiusz słyszał dzwonek, ale kaszel męczył, nie mógł złapać tchu, chciał wstać, ale zakręciło mu się w głowie ze słabości i gorączki, prawie upadł

Kaszel przeszedł, a sam Arkadiusz zapadł w jakiś dziwny półsen, prawie jak jawa. Gdzież jego Zosia, czemu nie wraca tak długo?

Leżał tak długo, jakby nie było siły wrócić do normalności, ale nagle usłyszał ciche kroki. Jego żona, Zosia, przyszła. Jakże dobrze, iż wróciła.

Arkadiusz, podaj rękę, trzymaj się mnie, wstawaj! mówiła cicho zona. Wstał, trzymając jej chłodną, słabą dłoń.

A teraz otwórz drzwi, szybko, otwórz szepnęła Zosia.

Po co? zdziwił się Arkadiusz, ale skoro prosiła, otworzył. Do mieszkania zaraz weszła sąsiadka Nina Kowalska i Jurek Makowski, młodszy kolega z pracy.

Janusz, czemu nie otwierałeś, dzwoniliśmy, stukaliśmy! zawołała Nina.
Zosia? Gdzie jest Zosia, przecież tu była? spytał blady Arkadiusz, patrząc nieprzytomnie.
Przecież Zofia w szpitalu na oddziale intensywnej terapii, zdziwiła się Nina.
On majaczy domyślił się Jurek, ledwo zdążył podtrzymać kolegę, bo osunął się na podłogę

Sąsiadka i Jurek wezwali pogotowie, okazało się, iż to omdlenie z powodu gorączki.

Po dwóch tygodniach Zofię wypisano ze szpitala. Jurek przywiózł ją samochodem do domu, przez cały ten czas pomagał Arkadiuszowi razem z sąsiadką. I on też powoli wracał do zdrowia. Najważniejsze byli jeszcze razem.

Kiedy Arkadiusz i Zofia zostali w końcu sami, oboje z trudem powstrzymywali łzy.

Dobrze, iż świat nie jest pozbawiony życzliwych ludzi, Arkadiusz. Nina to porządna kobieta, pamiętasz jak jej dzieci wpadały do nas po szkole? Karmiliśmy je obiadem, pomagaliśmy w lekcjach, a potem przychodziła Nina i je zabierała.
To prawda, nie każdy dobro pamięta odparł Arkadiusz, ale ona nie straciła serca. I to miłe.

A Jurek, taki był młody chłopak, miałem go za ucznia, pomogłem mu stanąć na nogi. Młodzi gwałtownie o starszych zapominają, ale ten nie zostawił mnie dodał.

Za parę dni Sylwester, Arkadiusz, jak dobrze, iż znów razem przytuliła się do męża Zofia.

Zosiu, powiedz mi lepiej, jak to możliwe, iż przyszłaś do mnie ze szpitala i kazałaś mi otworzyć drzwi naszym wybawcom? Przecież bez ciebie bym tu umarł odważył się w końcu spytać żonę Arkadiusz.

Bał się, iż uzna go znowu za pomieszana, ale Zofia spojrzała na niego zaskoczona,

To naprawdę się stało? Powiedziano mi, iż przeżyłam śmierć kliniczną, a wtedy, jak w półśnie, przyszłam do ciebie? Ja to też pamiętam, widziałam siebie w reanimacji, potem wyszłam ze szpitala i poszłam do ciebie…

Cuda na starość nam się przydarzyły, a ja kocham cię jak kiedyś, może i mocniej Arkadiusz ujął jej dłonie, siedzieli w milczeniu, patrząc sobie w oczy. Jakby bali się, iż coś może ich rozdzielić…

Wieczorem przed Nowym Rokiem zajechał Jurek, przyniósł gościniec żona napiekła drożdżówek. Potem wpadła sąsiadka Nina, pili razem herbatę z ciastem, i zrobiło się jakoś spokojnie, ciepło na sercu.

Sylwestra Zofia i Arkadiusz świętowali we dwoje.

Wiesz, pomyślałam sobie, iż jeżeli razem przywitamy ten Nowy Rok, to będzie nasz. I jeszcze trochę pożyjemy powiedziała Zofia do męża.

Oboje roześmiali się z tej radosnej myśli.

Jeszcze cały rok razem to przecież tak wiele, to prawdziwe szczęście…

Idź do oryginalnego materiału