**Jeszcze jeden numer**

newskey24.com 3 godzin temu

Mam na imię Paweł. Pracuję jako kierownik zmiany w magazynie pod Łodzią, przy ulicy Dostawczej, tam gdzie rano pachnie kartonem i zimnym betonem. Z żoną, Kasią, jesteśmy razem od piętnastu lat, z czego dziesięć po ślubie. Mamy dwóch chłopaków, bliźniaków, Franka i Mikołaja. Ostatnio z Kasią rozmawialiśmy głównie o tym, kto odbiera dzieci ze szkoły, czy faktura za prąd już zapłacona i dlaczego znowu zapomniałem o wywiadówce. W łóżku leżeliśmy odwróceni do siebie plecami, każde ze swoim telefonem.

W maju do działu logistyki przyszła nowa dziewczyna. Ewa. Dwadzieścia osiem lat, rude włosy, śmiech taki, iż chłopaki z magazynu odwracali się przy taśmie. Nie była w moim typie, ale miała coś, czego ja nie czułem od dawna — patrzyła na mnie jak na mężczyznę, nie jak na dostawcę obiadów i kierowcę weekendowego. Zaczęło się od głupot: przyniosłem jej kawę z automatu, potem podwiozłem na przystanek tramwajowy, bo padało. Potem kupiłem jej w święto magazynierów różę w folii i powiedziałem, iż to za dobre raporty. Kłamstwo rosło jak zielsko. Kasi mówiłem, iż nadgodziny, awaria systemu, inwentaryzacja do nocy.

Ewa zaprosiła mnie do siebie w sobotę. Napisała: „Mam wolne mieszkanie, zrobię carbonarę.” Serce mi waliło, kiedy wracałem w piątek wieczorem do domu. Czułem się jak nastolatek przed pierwszą randką, jechałem S8 i nie widziałem drogi, tylko jej rudą grzywkę. Wszedłem do mieszkania, zdjąłem buty, a tam Kasia w dresie, z włosami związanymi byle jak, zmywała po kolacji. Dzieci już spały. Poczułem tylko zmęczenie, iż znowu ten sam widok, ta sama bluza z kapturem od trzech lat.

— Zjesz? — zapytała, nie odwracając się.

— Nie, jadłem — skłamałem.

Prysznic, telefon, łóżko. Przewracałem się z boku na bok, a ona spała płytko, z jedną ręką pod poduszką. W półmroku zobaczyłem na jej szafce nocnej nasz stary album ze zdjęciami. Nie wiem, po co go wyciągnęła. Może dzieci oglądały, może chciała coś znaleźć. Zamierzałem przejrzeć kilka stron, żeby zabić czas do świtu. Otworzyłem na chybił trafił.

I tam byłem. My. Pierwsze wakacje nad Bałtykiem, Łeba, biała sukienka Kasi, ja z głupią miną i okularami przeciwsłonecznymi na czole. Zdjęcie ze schodów kamienicy przy Piotrkowskiej, gdzie wynajmowaliśmy kawalerkę z oknem na podwórko. Kasia miała wtedy dwadzieścia trzy lata, warkocz przerzucony przez ramię, śmiała się tak, iż widać było wszystkie zęby. Ja — zadowolony, jakbym wygrał los na loterii.

Przypomniałem sobie, jak za nią jeździłem rowerem przez całe osiedle, jak stałem pod jej blokiem z kwiatami w folii, jak czekałem na esemesa, bo wtedy nie było jeszcze Whatsappa. Jak wracałem z nocnej zmiany i zostawiałem jej pod wycieraczką samochodu batonik i kartkę: „Dzień dobry, piękna”. Zachciało mi się śmiać z samego siebie. I zrobiło mi się zimno w środku.

Ewa napisała o pierwszej w nocy: „Jutro o 18:00?”. Nie odpisałem. Leżałem i patrzyłem w sufit, na pęknięcie biegnące od lampy do okna. Myślałem o tym, iż w kuchni kapie kran, iż trzeba kupić nowy uszczelniacz. O tym, iż Kasia od roku mówi, iż chce zapisać się na kurs fotografii, a ja za każdym razem macham ręką: „Po co ci to?”. O tym, iż w zeszłym tygodniu Mikołaj narysował naszą rodzinę — cztery postacie z patykami zamiast rąk — i wszyscy na tym rysunku trzymają się za ręce.

Krótko mówiąc, o piątej rano wstałem. W kuchni zapaliłem małą lampkę, żeby nikogo nie obudzić. Podszedłem do zlewu, zakręciłem kran do końca. Kapnęło jeszcze dwa razy i przestało. Potem zadzwoniłem do swojej matki. Mieszka w Zgierzu, dziesięć minut od nas.

— Mamo, weźmiesz chłopaków na weekend? — wyszeptałem.

— Paweł, jest piąta rano. Coś się stało?

— Nie. Znaczy… tak. Muszę coś naprawić.

— Dobrze — powiedziała po chwili. — Przywieź ich po śniadaniu.

Zanim Kasia wstała, zdążyłem zrobić jajecznicę na maśle, pokroić pomidory, zaparzyć herbatę w dzbanku. Pojechałem na stację benzynową po bukiet frezji, bo w kwiaciarni o siódmej jeszcze zamknięte. Frezje pachniały mocno, postawiłem je w wazonie na tacy. Kiedy Kasia weszła do kuchni, przetarła oczy, spojrzała na stół, potem na mnie.

— Co to? — zapytała. — Ktoś umarł?

— Ja. Prawie — odpowiedziałem. — Usiądź.

Zjadła w milczeniu. Potem wzięła frezje do ręki, powąchała. Widziałem, jak jej palce lekko drżą na zielonej łodydze. Nie zapytała, skąd nagle, za co, dlaczego. Tylko powiedziała:

— Zimne masło.

— Co?

— Masło było za zimne, nie rozsmarowało się. Ale jajecznica dobra.

I wtedy zobaczyłem, iż się uśmiecha. Pierwszy raz od nie wiem ilu tygodni.

Ewie napisałem w południe: „Nie przyjdę. Zostaję z rodziną. Przepraszam, nie powinno było się to w ogóle zacząć.” Odpisała po godzinie: „Mam nadzieję, iż ona jest tego warta.” Skasowałem numer. Nie zablokowałem, tylko skasowałem, żeby go nie było pod palcem.

W ten sam weekend Kasia pojechała do fryzjera i na paznokcie. Wieczorem poszliśmy do restauracji na Piotrkowskiej, do „Kamiennej Grobli”, tam gdzie jedliśmy na piątą rocznicę. Zamówiła łososia z warzywami, ja — pierogi z mięsem, bo nie byłem głodny na nic innego. Siedzieliśmy przy oknie, za szybą ludzie wracali z zakupów. Rozmawialiśmy o niczym. Potem o chłopakach. Potem znowu o niczym. Ale było inaczej.

W niedzielę zabrałem ją nad Zalew Sulejowski, wynająłem rower miejski. Jechaliśmy brzegiem, ścieżka była mokra po deszczu, Kasia krzyczała, żebym zwolnił na zakręcie. Zatrzymaliśmy się przy barze z goframi. Czekając w kolejce, pokazała mi zdjęcie na telefonie: nasi chłopcy u babci, obaj w śmiesznych kapeluszach z wakacji.

— Kiedy oni tak urośli? — zapytała.

— W zeszły wtorek — powiedziałem.

Zaśmiała się. A ja poczułem, jak wali mi serce, ale inaczej niż wtedy, przed tą sobotą. Mocniej. Tak normalnie, po ludzku.

Wieczorem powiedziałem Kasi, iż chcę zapłacić za jej kurs fotografii. Całość. Kosztuje tysiąc dwieście złotych, znalazłem ogłoszenie na portalu z zajęciami w Łodzi, w kamienicy przy Narutowicza.

— Skąd to? — zapytała.

— Z internetu. Od dawna chciałaś.

— Ty chyba naprawdę coś przeskrobałeś, Paweł.

Nie zaprzeczyłem. Powiedziałem: „Tak. Ale koniec. Chcę, żebyś to miała.”

W poniedziałek rano zadzwoniłem do biura i powiedziałem, iż pracuję zdalnie. Zawiozłem chłopców do szkoły, potem pojechałem do sklepu z narzędziami. Kupiłem nowy uszczelniacz do kranu i wymieniłem go w kwadrans. Kapało raz na minutę, denerwowało mnie to od pół roku, a naprawa okazała się prostsza niż kłamanie.

Po południu odebrałem Kasię z pracy, bo samochód zostawiła w warsztacie na wymianę łożyska. Pojechaliśmy po dzieci, zatrzymałem się przy piekarni, kupiłem cztery pączki z różą. Mikołaj zjadł lukier z góry, Franek oddał mi swojego, bo „tata jest za chudy”. Kasia trzymała torebkę z pieczywem i patrzyła przez szybę na ludzi na przejściu.

W domu, kiedy dzieci odrabiały lekcje, stanąłem przy Kasi w kuchni. Obierała ziemniaki, na blacie leżała obieraczka, a woda w garnku już się gotowała. Położyłem dłoń na jej ramieniu. Spięła się, jakby nie wiedziała, czego się spodziewać.

— Kasiu — powiedziałem. — Pamiętasz, jak pierwszy raz wziąłem cię za rękę?

— Na przystanku. Pod kinem. Czekaliśmy na nocny autobus.

— Stałaś obok, zdjąłem rękawiczkę, żeby było cieplej.

— Potem i tak ci zmarzły palce.

— Nie — powiedziałem. — Zagrzały się od twojej ręki.

Przestała obierać ziemniaki. Woda w garnku bulgotała, para osadzała się na szafkach. Objęła mnie mokrą od skrobi ręką i stała tak chwilę, z głową na moim ramieniu, a ja patrzyłem na jej włosy, na siwy pojedynczy kosmyk nad uchem, którego wcześniej nie zauważyłem.

W zeszły czwartek jechałem pociągiem do Warszawy i rozmawiałem z Kasią przez telefon. Pytała, o której wrócę, czy kupić na kolację coś dobrego. Powiedziałem, żeby kupiła chleb z czarnuszką i ten ser z niebieską etykietą, bo dawno jedliśmy. Konduktor skasował bilet. Za oknem jechały pola. „Kocham cię” — powiedziała, całkiem zwyczajnie, jakby to było coś, co mówi się codziennie.

W piątek znalazłem w kieszeni kurtki kartkę: „Dzień dobry, przystojny. Wróć wcześnie.” Położyłem ją w portfelu, za prawem jazdy. Wieczorem usunąłem z telefonu stare wiadomości od Ewy. Wszystkie. Potem usiadłem na balkonie, słuchałem, jak po drugiej stronie podwórka sąsiad gra na trąbce do poduszki, i nie chciałem być nigdzie indziej.

Frank wszedł na balkon w piżamie w dinozaury.

— Tato, zjesz ze mną chleb z miodem?

— Zjem — powiedziałem.

Zjedliśmy. Miód kapał na stolik, przyleciała osa, przegnałem ją stroną z gazety. Kasia zawołała z kuchni, iż autobus pod szkołą rano jedzie o 7:15, więc wstać o szóstej. Odpowiedziałem, iż nastawię budzik. Umyłem talerze, zgasiłem światło na balkonie.

W łóżku Kasia odłożyła telefon, podsunęła się bliżej i położyła mi głowę na piersi, dokładnie tak, jak robiła to w kawalerce przy Piotrkowskiej.

— Dobrze, iż nie poszedłeś — powiedziała.

Nie wiedziała, o czym mówi. Albo wiedziała. Może zawsze wiedziała.

Zasnęła pierwsza. Ja jeszcze długo leżałem i patrzyłem, jak firanka unosi się przy uchylonym oknie. Nie odwiesiłem albumu na półkę. Leży teraz u mnie, w szafce nocnej. Czasem otwieram i patrzę na Kasię w białej sukience z Łeby.

Idź do oryginalnego materiału