Jeszcze cały rok razem…
Ostatnio Arkadiusz Władysław długo sam na dwór nie wychodził.
Nie wychodził od czasu, gdy poszedł do przychodni i nagle zapomniał, gdzie mieszka oraz jak się nazywa.
Wtedy zawędrował w zupełnie inną stronę, długo tułał się po osiedlu, aż jego wzrok zatrzymał się na pewnym bardzo znajomym budynku. Jak się później okazało, był to zakład zegarmistrzowski, w którym Arkadiusz Władysław przepracował niemal pięćdziesiąt lat.
Patrzył na budynek, czuł, iż go dobrze zna, ale nie mógł sobie przypomnieć, skąd, ani kim jest, dopóki ktoś niespodziewanie nie położył mu ręki na ramieniu.
Władek! Panie Arkadiuszu, co się stało, zatęsknił pan? Dopiero co wspominaliśmy pana, jaki to był z pana fachowiec i nauczyciel. Arkadiusz, czy pan mnie nie poznaje? Przecież to ja, Jurek Akulewicz, to pan, Władku, sprawił, iż stałem się człowiekiem!
Coś kliknęło w głowie Arkadiusza, zrobiło się nagle jasno wszystko sobie przypomniał. W duchu dziękował Bogu.
Jurek ucieszył się, objął swojego starego mistrza.
Już mnie poznałeś? Trochę się zmieniłem, wąsy zgoliłem, niepodobny do siebie, ale co, wpadniesz do nas? Mężczyźni chętnie by cię zobaczyli.
Innym razem, Jurku, dziś jestem bardzo zmęczony wyznał Arkadiusz.
Mam tu samochód, zawiozę pana, przecież pamiętam adres ucieszył się Jurek.
Jurek zawiózł go do domu, a od tamtej pory Zofia Władysława nie wypuszczała męża samego, choć z pamięcią już wszystko się u niego poprawiło.
Od tej pory chodzili wszędzie razem do parku, do przychodni, do sklepu.
Jednak pewnego dnia Arkadiusz się rozchorował gorączka, silny kaszel. Zofia musiała pójść sama po lekarstwa i zakupy, mimo iż sama nie najlepiej się czuła.
Kupiła potrzebne rzeczy, nie tak wiele, ale jakaś dziwna słabość ją ogarnęła, i duszności. Wydawało jej się, iż torba waży niewyobrażalnie dużo. Zofia przystanęła, złapała oddech, potem ruszyła dalej, powlekając ciężkie zakupy na świeżym śniegu.
Przeszła jeszcze kilka kroków i znów się zatrzymała.
Postawiła swoją ciężką torbę na zaśnieżonym chodniku i… powoli osunęła się na ścieżkę prowadzącą do domu.
Ostatnia myśl: po co ona tyle kupowała naraz, przecież już nie ma głowy na takie rzeczy!
Na szczęście sąsiedzi wyszli z klatki, zobaczyli leżącą na śniegu starszą panią, podbiegli do niej i gwałtownie zadzwonili po pogotowie.
Zofię zabrano do szpitala, a sąsiedzi zabrali torby i wrócili pod jej drzwi.
Mąż Zosi, Arkadiusz, pewnie jest w domu, podobno chory ostatnio zauważyła Nina Michalik. Może śpi, Zofia mówiła, iż on coraz słabszy jest… Starzenie się nie jest łatwe, wrócę później…
Arkadiusz słyszał dzwonek do drzwi. Ale kaszel uniemożliwiał mu oddychanie, próbował wstać, ale zawroty głowy od gorączki sprawiły, iż prawie upadł.
Kaszel ucichł, a on zapadł w dziwny półsen, jakby rzeczywistość była snem. Gdzie jego Zosia, czemu tak długo nie wraca?
Leżał długo w tym dziwnym stanie, aż usłyszał ciche kroki. Zbliżyła się do niego żona, jego Zosia jak dobrze, iż wróciła.
Arkadiusz, podaj mi rękę, oprzyj się na mnie, wstań prosiła cicho żona. Wstał, kurczowo trzymając jej zimną i słabą dłoń.
Teraz otwórz drzwi, gwałtownie wyszeptała Zosia.
Po co? zdziwił się, ale posłuchał, bo ona prosiła. Od razu do mieszkania weszła jego sąsiadka Nina Michalik i Jurek, jego młodszy kolega z pracy.
Władku, czemu nie otwierasz, tyle dzwoniliśmy, pukaliśmy?
Zosia… Gdzie Zosia? Przed chwilą tu była wyszeptał Arkadiusz, szukając wzrokiem żony.
Przecież ona w szpitalu jest, na intensywnej terapii zdziwiła się Nina.
Chyba majaczy zauważył Jurek i ledwo zdążył złapać omdlewającego Arkadiusza.
Sąsiadka z Jurkiem wezwali karetkę, okazało się, iż to omdlenie spowodowane gorączką.
Po dwóch tygodniach Zofia wróciła ze szpitala. Jurek przywiózł ją samochodem do domu, sąsiadka również pomagała Arkadiuszowi on też wracał do sił.
Najważniejsze, iż wciąż są razem.
Gdy w końcu Arkadiusz ze Zofią zostali sami, oboje powstrzymywali łzy.
Dobrze, iż są jeszcze życzliwi ludzie, Arkadiuszu. Nina to wspaniała kobieta, pamiętasz, jak jej dzieci wpadały do nas po szkole, obiad jadły, odrabiały lekcje, a potem mama z pracy je odbierała?
Tak, ale nie każdy pamięta dobro, a ona nie zgorzkniała, to cenne zgodził się Arkadiusz.
I Jurek, był jeszcze chłopcem, kiedy go uczyłeś fachu. Młodzi gwałtownie zapominają o starszych, a ten nie porzucił nas.
Za kilka dni Nowy Rok, kochanie. Jak cudownie, iż znów jesteśmy razem przytuliła się do męża Zofia.
Zosiu, powiedz mi, jak to możliwe, iż przyszłaś do mnie ze szpitala i przekonałaś mnie, żebym otworzył drzwi naszym wybawcom? Bez ciebie by mnie tu nie było odważył się spytać Arkadiusz.
Obawiał się, iż żona znów pomyśli, iż źle z nim, ale Zofia spojrzała na niego w zadziwieniu.
Czy to naprawdę się wydarzyło? Lekarze mówili mi, iż miałam śmierć kliniczną. Wtedy, jakby we śnie, przyszłam do ciebie. Pamiętam, iż widziałam siebie w szpitalnym łóżku… potem wyszłam i poszłam do ciebie…
Jakie cuda nam się przytrafiają na stare lata… Kocham cię, Zosiu, jak kiedyś, albo jeszcze mocniej powiedział Arkadiusz, ściskając jej ręce. Siedzieli tak długo w milczeniu, patrząc na siebie, jakby obawiali się, iż los może znów ich rozdzielić.
W wieczór poprzedzający Sylwestra wpadł do nich Jurek z pierogami od żony.
Potem zajrzała sąsiadka Nina, razem pili herbatę, smakowali pierogi, a w sercach czuli ciepło i wdzięczność.
Nowy Rok Arkadiusz i Zofia witali już we dwoje.
Wiesz, pomyślałam sobie: o ile ten Nowy Rok przywitamy razem, to będzie nasz rok. I jeszcze pożyjemy powiedziała Zofia do męża.
Oboje się roześmiali, szczęśliwi tą myślą.
Jeszcze cały rok życia razem to przecież tak wiele, to czyste szczęście.









