„Ty przecież jesteś idealnym mężem, Romanie” – jak jedno zdanie zniszczyło małżeństwo zbudowane na obojętności
Weronika wróciła do domu z dwiema ciężkimi torbami w dłoniach. Ledwo przekroczyła próg, gdy z pokoju dobiegł ją głos męża:
— Już jesteś? A to już szósta?
— Już siódma — odparła zmęczona i skierowała się w stronę kuchni.
Na stole stały trzy filiżanki. To znaczyło, iż miała wizyty — teściowa, a najpewniej razem z nią jej siostra, Bogna. Weronika choćby się nie zdziwiła. To stawało się nawykiem: niezapowiedziane odwiedziny, dyskusje o jej „nieniewieścich” nawykach, pełne dezaprobaty spojrzenia i ślady obcej obecności rozsiane po kuchni.
— Gdzieś ty tak długo była? Jestem głodny — rzucił Roman, nie odrywając wzroku od laptopa.
— Wstąpiłam do sklepu. Żeby nakarmić waszą wysokość — odpowiedziała sarkastycznie. — Ale adekwatnie muszę z tobą porozmawiać.
Milczał. Wtedy podeszła, przekręciła jego fotel twarzą do siebie i spokojnie powiedziała:
— Musimy się rozwieść.
Roman podniósł wzrok, zaskoczony:
— Co? Dlaczego?
— Bo dłużej tak nie można.
— Weronika, może najpierw zrobisz kolację, a potem pogadamy? Umieram z głodu.
— Nie. Porozmawiamy teraz.
— No przecież wiesz, ja nie piję, nie imprezuję, nie włóczę się po nocach. Siedzę w domu, pracuję. Mam swoje pieniądze. Nigdy cię o nic nie proszę. Czego ci brakuje?
Weronika uśmiechnęła się gorzko:
— Mieszkasz w moim mieszkaniu, nie płacisz ani za czynsz, ani za media — to ja za wszystko płacę. Zakupy, sprzątanie, gotowanie — też ja. Pytanie: na co ci wystarcza twoich pieniędzy?
— No… kupiłem sobie sweter. Ściągnąłem aktualizację do gry. Czasem pomagam mamie i cioci Bognie — przelewam im trochę grosza. Przecież to normalne.
— Tak, normalne. Tylko iż dziś rano włączyłam pranie i poprosiłam cię, żebyś je powiesił — a ono wciąż jest w pralce.
— No miałem przerwę…
— Wiesz, zmiana aktywności to też odpoczynek.
— Ale ja się na tym nie znam. Mama z ciocią Bogną nigdy nie pozwalały mi zbliżyć się do kuchni ani odkurzacza.
— Wiem. Bo ty „nic nie umiesz”. Bardzo wygodne, prawda? Więc od dziś — jeżeli chcesz jeść, idź i ugotuj. Ja nic nie będę robić. Dziewczyny zaprosiły mnie do kawiarni — najpierw odmówiłam, ale teraz zmieniłam zdanie. Powodzenia.
Weronika wstała, rozwiesiła pranie, wskazała ręką w stronę kuchni i wyszła. W kawiarni, przy kieliszku wina, zadzwonił jej telefon — numer teściowej. Wyciszyła go i odwróciła ekranem do dołu.
Gdy Weronika wróciła do domu, w mieszkaniu czekała już Regina Pawłowska.
— Weronika! Co ty wyprawiasz?! Oszalałaś?! Rozwód?! Masz pojęcie, jakiego masz mężczyznę?! Takich dziś ze świecą szukać! Nie pije, nie zdradza, skarpetek nie rzuca po kątach! Kobiety ci zazdroszczą!
Weronika spokojnie na nią spojrzała:
— Mówi pani tak, jakby chwaliła tresowanego psa. On nie robi nic złego — to pani wymieniła. A czy może pani powiedzieć, co on robi dobrego? Dla mnie?
— Pracuje.
— Ja też pracuję. Tylko iż oprócz tego sprzątam, piorę, prasuję, gotuję, dźwigam ciężkie torby ze sklepów, płacę rachunki — za siebie i za niego. A on co robi?
— On ci daje prezenty! Wiem! Pomagam mu je wybierać!
— Dziękuję. Teraz rozumiem, dlaczego dostałam na Nowy Rok miskę do moczenia stóp, a na urodziny wełniany szal.
— Chciałaś pewnie złota? — syknęła z przekąsem teściowa.
— Nie odmówiłabym kuponu do SPA albo wyjazdu nad morze. Ale nie. Dostaję szal. I brak szacunku. I ciągłe „ja nic nie umiem”. Nie chcę już być jego mamą.
— No nie umie. U nas w rodzinie mężczyźni się tym nie zajmują.
— Właśnie. Wychowaliście go na kogoś, kto będzie czekał, aż ktoś za niego wszystko zrobi. I on jest z tego zadowolony. A ja nie.
— Może nie od razu rozwód? Naucz go…
— Przepraszam. Nie chcę uczyć dorosłego mężczyzny, jak być mężczyzną. Próbowałam. Półtora roku. Więcej nie będę. Teraz spakujemy jego rzeczy — i obie pojedziecie tam, gdzie wam wygodnie. Nie jestem zła. Po prostu jestem zmęczona.
Po pół godziny pod domem czekała taksówka. Dwie torby, walizka. Roman szedł z tyłu, z laptopem pod pachą.
Weronika zamknęła za nimi drzwi. Usiadła na kanapie. Głęboko westchnęła. Wpisała w kalendarz: „Rozwód. Wolna”.
I po raz pierwszy od dawna zasnęła spokojnie.