Jesteś moim szczęściem? Wcale nie zamierzałam wychodzić za mąż. Gdyby nie wytrwałe zaloty mojego przyszłego męża, wciąż byłabym wolnym ptakiem. Artur, niczym szalony motyl, krążył wokół mnie, dogadzał mi we wszystkim i zdmuchiwał pyłek z ramienia… W końcu się poddałam. Wzięliśmy ślub. Artur od razu stał się domowym, bliskim człowiekiem. Było mi z nim wygodnie i lekko – jak w ulubionych kapciach. Po roku urodził się nasz syn, Świętosław. Mąż pracował w innym mieście, wracał raz w tygodniu, zawsze przywoził przepyszne smakołyki. Przed każdą jego wizytą szykowałam się do prania – sprawdzałam kieszenie, to już rytuał. Raz uprałam jego prawo jazdy… Od tej pory dokładnie przeglądam każdą kieszeń. Tym razem z jego spodni wypadła kartka – długa lista szkolnych rzeczy, a na końcu dziecięcym charakterem: „Tato, przyjedź szybciej.” Ot co, mój mąż zabawia się gdzieś na boku! Bigamista! Znowu nie zrobiłam awantury, walizka pod pachę, syn (Świętosław nie miał wtedy jeszcze trzech lat) za rękę, i do mamy. Na długo. Mama wydzieliła nam pokoik: – Mieszkajcie tu, dopóki się nie pogodzicie. Myśl o zemście wobec niewdzięcznego męża rozkwitła. Przypomniałam sobie kolegę Romka ze szkoły. Z nim „zaromansuję”! Również nigdy nie dawał mi spokoju. Dzwonię. – Cześć, Romek! przez cały czas kawaler? – Nadka? Jak zawsze! Spotkajmy się? – ożywił się Romek. Romans trwał pół roku. Artur regularnie przekazywał alimenty mojej mamie – bez słowa. Wiem, iż mieszkał z Katarzyną Ewseiową, która miała córkę z pierwszego małżeństwa. Katarzyna wymusiła, aby córka mówiła do Artura „tata”. Zamieszkali w jego mieszkaniu. Gdy dowiedziała się, iż odeszłam, natychmiast przeprowadziła się z córką do Artura. Katarzyna go ubóstwiała: robiła na drutach skarpety i swetry, pyszne jedzenie… Dowiedziałam się o tym później. Całe życie będę wypominać Arturowi Katarzynę Ewseiową. Wtedy wydawało mi się, iż nasz związek się wypalił… …Ale gdy spotkaliśmy się z Arturem na kawie (rozmawialiśmy o rozwodzie), nagle wróciły wspomnienia. Artur wyznał mi miłość, przeprosił, przyznał iż nie wie, jak pozbyć się natrętnej Katarzyny. Było mi go bardzo żal. Pogodziliśmy się. Artur nigdy nie dowiedział się o Romku. Katarzyna z córką wyjechały z miasta na zawsze. …Minęło siedem szczęśliwych lat. Potem Artur miał poważny wypadek samochodowy. Operacje, rehabilitacja, chodził o lasce. Powrót do zdrowia trwał dwa lata. Procedury wykończyły go psychicznie. Artur zaczął pić coraz mocniej. Był tak zamknięty w sobie, iż trudno było to wszystko znosić. Prośby nie pomagały. Wyniszczał siebie i nas oboje z synem. Nie przyjmował pomocy. Na pracy pojawił się „ramię do płakania” – Paweł. Słuchał mnie w palarni, chodził ze mną po pracy, pocieszał. Paweł był żonaty, żona spodziewała się drugiego dziecka. Do dziś nie wiem, jak wylądowaliśmy w jednym łóżku. Zupełny nonsens! Był niższy ode mnie o głowę, niewielki, wcale mi się nie podobał! I ruszyło! Paweł zabierał mnie na wystawy, koncerty, balet. Po narodzinach córki na wstrzymanie zabaw; rzucił pracę, zatrudnił się gdzie indziej. Może pomyślał: „zniknie z oczu, zniknie z serca”? Nie rościłam do niego prawa, łatwo go puściłam. Był chwilowym lekarstwem na ból duszy, nie miałam zamiaru wchodzić w cudzą miłość. Artur pił dalej. …Pięć lat później, przypadkiem spotkałam Pawła. Zaproponował małżeństwo – rozbawiło mnie to. Artur na krótko się pozbierał. Wyjechał do pracy do Czech. Ja w tym czasie wzorowa żona i matka – wszystkie myśli tylko o rodzinie. Artur wrócił po pół roku. Remont w mieszkaniu, nowy sprzęt, naprawił samochód. Żyj i ciesz się. Ale nie! Mąż znowu wpadł w alkoholowy ciąg. Zaczął się koszmar. Koledzy przynosili go do domu, sam nie był w stanie wrócić. Biegałam po okolicy, szukałam śpiącego na ławce, z pustymi kieszeniami, ciągnęłam go do domu. Bywało różnie. …Pewnej wiosny, stoję zamyślona na przystanku. Dookoła ptaszki, uśmiechnięte słońce, a mnie wcale nie cieszy ten kwietniowy optymizm. Nagle słyszę szept: – Może mogę pomóc w Pańskiej biedzie? Odwracam się. Przystojniak, pachnący! A ja mam 45 lat! Może znowu będę „jagodą”? Ale wtedy speszyłam się jak dziewczyna. Na szczęście podjechał autobus, wskoczyłam i uciekłam. Bezpieczniej. Mężczyzna pomachał mi na pożegnanie. Cały dzień myślałam tylko o nim. Oczywiście, kilka tygodni się wzbraniałam – dla zasady… Ale Eryk (bo tak miał na imię) uparcie przełamywał mój opór. Codziennie czekał na mnie na tym samym przystanku. Chodziłam punktualnie, z daleka wypatrywałam czy jest mój macho. Eryk przesyłał mi uśmiech i buziaki. Pewnego dnia przyniósł naręcze czerwonych tulipanów. – I co ja zrobię z kwiatami rano w pracy? Dziewczyny mnie od razu „rozszyfrują”! – mówię mu. Eryk uśmiechnął się: – Nie pomyślałem o takich „szczególnych” konsekwencjach. Oddał bukiet jakiejś babci, która z uwagą obserwowała nasz spektakl. Babulka aż odmłodniała! „Dzięki, chłopcze! Życzę ci namiętnej kochanki!” Spaliłam się ze wstydu. Dobrze, iż nie życzyła mu młodszej, zniknęłabym z ziemi! Eryk kontynuował: – Może, Nadka, razem będziemy „winni”? Nie pożałujesz. Przyznam, propozycja była kusząca, szczególnie, iż z mężem nie było już żadnych relacji. Artur regularnie leżał nieprzytomny, otumaniony alkoholem. Eryk okazał się niepalącym abstynentem, byłym sportowcem (miał 57 lat) i świetnym rozmówcą. Był rozwiedziony. Miał w sobie niesamowity magnetyzm! Utonęłam w tym romansie! Stał się moim szaleństwem. Trzy lata błąkałam się między domem a Erykiem. Dusza w chaosie. Nie miałam siły ni chęci, by skończyć. Ale czułam, ta namiętność to zguba. Miłości do Eryka nie było. Zmęczona wracając do domu po namiętnym kochanku, chciałam się przytulić do męża. Choć pijany, brzydko pachniał, był moim ukochanym, czystym… Swój chleb lepszy niż cudze ciasto! Oto, prawda życia. Namiętność – od słowa „cierpieć”. Już miałam ochotę „odcierpieć”, wyzdrowieć z Eryka i wrócić do rodziny, zamiast oddawać się beztroskim przyjemnościom. Tak myślałam, ciało pędziło w przepaść… Wciąż byłam więźniem tej namiętności. Nie umiałam się powstrzymać. Syn wiedział o Eryku. Zobaczył nas w restauracji, gdy przyszedł tam z dziewczyną. Musiałam ich zapoznać. Uścisnęli dłonie, pokłonili się. Wieczorem, przy kolacji Świętosław patrzył na mnie pytająco. Czekał na wyjaśnienia. Wykręciłam się żartem – „Kolega, pogadać o projekcie…” „No jasne, w restauracji” – kiwnął głową syn. Nie osądzał mnie. Prosił, żebym nie rozwodziła się z tatą. Może tata się zmieni, wróci do siebie. Czułam się jak zagubiona owieczka. Rozwiedziona przyjaciółka polecała „porzucić tych kochanków” i w końcu się uspokoić. Słuchałam jej – miała bogate doświadczenie (trzeci mąż). Ale realnie mogłam się opamiętać dopiero, gdy Eryk spróbował podnieść na mnie rękę. To była granica. Nie na darmo przyjaciółka ostrzegała: – Morze spokojne, póki stoisz na brzegu… Opadła mi zasłona z oczu. Przez trzy lata się męczyłam! Hura! Wolność! Upragniony spokój! Eryk długo jeszcze będzie próbował mnie odzyskać. Czekał gdzie tylko mógł, publicznie błagał o przebaczenie… Ja byłam nieugięta. Przyjaciółka mnie wycałowała, dała kubek „Jesteś super!” Co z Arturem? Wiedział o moich grzeszkach – Eryk mu dzwonił i opowiadał wszystko. Uważał, iż odejdę. Artur przyznał: – Kiedy słuchałem piosenek twojego adoratora, miałem ochotę cicho umrzeć. Przecież sam wszystko zawaliłem! Sam! Zamieniłem żonę na wódkę. Idiota. Co mogłem ci powiedzieć? …Od tej pory minęło już dziesięć lat. Z Arturem mamy dwie wnuczki. Siedzimy przy stole, pijemy kawę. Patrzę za okno. Artur łapie mnie za rękę: – Nadka, nie wypatruj daleko. Ja jestem twoim szczęściem! Wierzysz? – Oczywiście, wierzę, mój jedyny…

naszkraj.online 2 godzin temu
TY MOJE SZCZĘŚCIE? Szczerze mówiąc, nigdy nie planowałam wyjść za mąż. Gdyby nie upór mojego przyszłego męża, wciąż latałabym po Warszawie jak wolny wróbelek. Mateusz, jak szalony bzyg, uwijał się wokół mnie, dokładał wszelkich starań, by zasłużyć na moje względy, choćby kurz z biurka by mi zdmuchnął, gdyby trzeba było… W końcu skapitulowałam. Wzięliśmy ślub. […]
Idź do oryginalnego materiału