Jesteś moim szczęściem? Nigdy nie planowałam ślubu. Gdyby nie upór mojego przyszłego męża, dalej b…

twojacena.pl 3 dni temu

Jesteś moim szczęściem?

Przyznam szczerze, nie miałem w planach się żenić. Gdyby nie upór mojego przyszłego żony, pewnie jeszcze długo cieszyłbym się wolnością. Zbyszek, niczym szalona ćma, krążył wokół mnie, nie odstępował na krok, chciał spełniać każdą moją zachciankę, dosłownie zdmuchiwał z mnie pyłki… W końcu się poddałem. Wzięliśmy ślub.

Zbyszek stał się od razu kimś bardzo bliskim, domowym, swojskim. Przy nim czułem się wygodnie, lekko, jak w wygodnych kapciach.

Rok później urodził się nasz syn, Sławomir. Zbyszek pracował w innym mieście, do domu wracał raz w tygodniu. Zawsze przywoził mi i Sławkowi jakiś smakołyk. Pewnego razu, kiedy wrócił do domu, jak zwykle zabrałem się za pranie jego rzeczy. Sprawdzałem kieszenie, weszło mi to już w nawyk przecież kiedyś upralismy jego prawo jazdy… Od tamtej pory przed każdym praniem dokładnie obmacuję wszystkie kieszenie.

Tym razem z jego spodni wypadła złożona na czworo kartka. Rozwinąłem i przeczytałem. Była to lista szkolnych przyborów (to było w sierpniu). Na dole dziecięcym pismem napisane: „Tato, przyjeżdżaj szybko.”

A więc tak mój mąż umila sobie życie na boku! Bigamista!

Nie zrobiłem awantury. Spakowałem torbę, złapałem Sławka (nie miał jeszcze trzech lat) za rękę i pojechałem z nim do mamy na dłużej. Mama dała nam pokój:
Mieszkajcie tu, aż się pogodzą.

Wpadłem na pomysł, jak się odegrać na niewdzięcznym mężu. Przypomniałem sobie o koledze z klasy, Romku. To z nim postanowiłem się zabawić. Romek od zawsze nie dawał mi spokoju ani w szkole, ani później. Zadzwoniłem.
Cześć, Romek! Jeszcze się nie ożeniłeś? zagaiłem.
Cześć, Mariusz! Jakie to ma znaczenie, żonaty rozwiedziony Może się spotkamy? ożywił się Romek.

Zupełnie nieplanowany romans trwał pół roku. Zbyszek co miesiąc przynosił matce alimenty na Sławka i wychodził bez słowa.

Wiedziałem, iż Zbyszek mieszka z Katarzyną Jankowską. Miała córkę z pierwszego małżeństwa. Katarzyna wymogła, by córka mówiła do Zbyszka „tato”. Zamieszkały razem w jego mieszkaniu. Jak tylko dowiedziała się, iż się wyprowadziłem, sprowadziła się z córką z innego miasta do Zbyszka. Katarzyna była mu oddana dziergała mu ciepłe skarpety, swetry robione na drutach, sypała na talerz wyśmienitym jedzeniem. O tym wszystkim dowiedziałem się później. Do dziś wypominam Zbyszkowi Katarzynę Jankowską. Wtedy jednak uważałem, iż nasze małżeństwo już się skończyło, przeszło do przeszłości, rozpadło się…

Jednak gdy spotkaliśmy się przy kawie, rozmawiając o nadchodzącym rozwodzie, nagle dopadły nas miłe wspomnienia. Zbyszek wyznał mi niezwykłą miłość, przeprosił. Powiedział, iż nie wie, jak pozbyć się uporczywej Katarzyny.

Zrobiło mi się go po ludzku żal. Znowu się zeszliśmy. Przy okazji mąż o Romku nic nie wiedział. Katarzyna ze swoją córką opuściły nasze miasto na dobre.

Minęło siedem lat spokojnego, szczęśliwego życia. I wtedy Zbyszek miał poważny wypadek samochodowy. Operacje nogi, rehabilitacja, chodzenie z laską. Powrót do sprawności trwał dwa lata. Te zabiegi wykańczały go okrutnie. Zbyszek zaczął mocno pić. Przestał przypominać dawnego siebie odizolował się, zatopił w swoim świecie. Ciężko było na to patrzeć. Żadne prośby nie działały. Wykańczał i siebie, i nas ze Sławkiem. Pomocy nie przyjmował za nic.

W pracy natomiast pojawił się powiernik moich zwierzeń Paweł. Wysłuchiwał mnie na papierosie, spacerował ze mną po pracy, pocieszał, wspierał. Paweł był żonaty, żona spodziewała się drugiego dziecka. Do tej pory nie wiem, jak to się stało, iż wylądowaliśmy razem w łóżku. Absurd! Niższy ode mnie, drobny, w ogóle nie w moim guście!

I ruszyło: Paweł ciągnął mnie na wystawy, koncerty, balety. Gdy jego żona urodziła córkę, Paweł zwolnił z randkami. Zwolnił się z firmy, znalazł nową pracę. Może wtedy pomyślał: zniknie z oczu, zapomni? Nie zamierzałem go zatrzymywać, więc bez kłopotu pozwoliłem wrócić do jego rodziny. Paweł był tylko chwilowym lekarstwem na mój ból. Nie miałem zamiaru rozbijać czyjejś rodziny.

Mój mąż wciąż pił.

Pięć lat później spotkaliśmy się przypadkiem z Pawłem. Zaproponował mi ślub na poważnie. Rozśmieszyło mnie to.

Zbyszek na chwilę wziął się w garść. Pojechał na zarobek do Czech. Ja wtedy byłem wzorowym mężem i troskliwym ojcem. Myślałem tylko o rodzinie.

Zbyszek wrócił po pół roku z zagranicy. Zrobiliśmy remont, kupiliśmy sprzęt, Zbyszek naprawił w końcu swoją zagraniczną markę auta. Żyć, nie umierać. Ale nie! Znowu się złamał i zaczął pić. Zaczął się koszmar. Koledzy przynosili go do domu, sam nie byłby w stanie dojść, najwyżej się doczołgać. Często biegałem po naszym osiedlu, szukając nieprzytomnego męża. Znajdowałem go na ławce, z wywróconymi kieszeniami, taszczyłem do domu na plecach. Bywało różnie.

Pewnej wiosennej soboty stoję smutny na przystanku autobusowym. Wokół śpiewają ptaki, słońce uśmiecha się pełną gębą, promienie łaskoczą twarz, a mnie nie wzrusza ta kwietniowa radość. Słyszę szept przy uchu:
Może mogę pomóc w pańskiej biedzie?

Odwracam się. Panie Boże! Pachnący, elegancki facet! A ja mam wtedy czterdzieści pięć lat! Czy naprawdę mam szansę stać się owocem na nowo? Zarumieniłem się jak niewinna panienka. Na szczęście podjechał autobus, wskoczyłem i uciekłem, by nie kusić losu. On pomachał mi ręką na pożegnanie. Cały dzień w pracy tylko o nim myślałem. Jasne, kilka tygodni udawałem opór tak dla zasady…

Lecz Igor (bo tak miał na imię) przebijał mój mur uparcie niczym czołg. Rano czekał na mnie na tym samym przystanku. Zacząłem wychodzić punktualnie, wypatrywałem go z daleka. Gdy mnie zobaczył, posyłał uśmiech i całusy z powietrza.

Raz przyniósł naręcze czerwonych tulipanów. Mówię mu:
I co ja mam zrobić z kwiatami rano w pracy? Zaraz mnie dziewczyny zdemaskują. Będę winny bez winy!

Igor się roześmiał. Nie pomyślałem o takich strasznych konsekwencjach.

Od razu dał bukiet babci, która z uwagą obserwowała nasze przedstawienie. Stara pani aż się odmłodziła! Dziękuję, panie kochany! Życzę ci namiętnej kochanki! Rumieniłem się okropnie. Dobrze, iż nie życzyła młodziutkiej! Chyba zniknąłbym z powierzchni ziemi!

Igor dodał:
Panie Mariuszu, może razem zrobimy się winni? Nie pożałuje pan!

Szczerze mówiąc, propozycja była kusząca i w samą porę. Z mężem wtedy nie łączyło mnie nic, choćby rozmowa. Zbyszek często leżał nieruchomy, skazany na zapomnienie przez alkohol.

Igor był abstynentem, byłym sportowcem (miał 57 lat), ciekawym rozmówcą i rozwodnikiem. Coś magicznego w nim było!

Całkiem dałem się porwać temu romansowi. Był dla mnie prawdziwym wirem namiętności. Przez trzy lata miotałem się między domem a Igorem. Dusza mi burzyła się jak morze.

Nie umiałem się zatrzymać, nie miałem sił. Ale gdy wreszcie chciałem zakończyć ten romans, nie starczyło mi odwagi bo, jak mówi przysłowie: chłop goń, ale nie ucieka. Igor zawładnął moją duszą i ciałem! Jak się coś pokocha rozum odchodzi. Gdy był obok, brakowało mi tchu! Było to pomieszanie rozumu. Ale przeczuwałem, iż ta namiętność nie skończy się dobrze. Miłości do Igora nie było.

Wracając znużony (po namiętnym kochanku) do domu, pragnąłem przytulić się mocno do męża. Choć pijany, choć nie pachnący najlepiej, ale taki bliski! Własny sucharek bardziej syci niż obce ciasto! Oto prawda życia! Pasja od spalić się. I chciałem już wycierpieć, wypłakać Igora i wrócić do rodziny, zamiast beztrosko ulegać zabawie. Tak myślałem. Ciało jednak pędziło w słodką otchłań. Wciąż byłem niewolnikiem płomiennej namiętności. Nie mogłem się opanować.

Mój syn wiedział o Igorze. Raz zobaczył nas w restauracji, gdy przyszedł ze swoją dziewczyną. Poznałem go wtedy z Igorem. Uścisnęli sobie dłonie. Wieczorem przy kolacji Sławek patrzył na mnie pytająco. Odpowiedziałem żartem kolega chciał porozmawiać o nowym projekcie. Ta w restauracji, kiwnął głową syn z uśmiechem. Sławek nie osądzał. Prosił tylko, żeby nie rozwodzić się z tatą. Może mąż wróci do siebie.

Czułem się jak zbłąkana owieczka. Rozwiedziona koleżanka radziła: Rzuć w diabły tych kochanków i uspokój się! Posłuchałem. Koleżanka, która donosiła trzeciego męża, znała się na rzeczy. Ale zatrzymać się mogłem dopiero, gdy Igor spróbował podnieść na mnie rękę.

To był koniec. Nie bez powodu koleżanka powtarzała:
Spokojnie jest, póki stoisz na brzegu

Kurtyna spadła mi z oczu. A adekwatnie poleciała. Odetchnąłem! Trzy lata udręki! Wolność, wytęskniony spokój!

Igor jeszcze długo próbował mnie odzyskać. Czekał pod domem, prosił o wybaczenie na klęczkach przed wszystkimi Ja byłem nieugięty! Koleżanka ze łzami na twarzy ucałowała mnie i podarowała kubek z napisem: Jesteś super!

A co do Zbyszka, wiedział o moich sprawach. Igor do niego wydzwaniał, opowiadał wszystko. Mój kochanek był przekonany, iż odejdę z domu. Zbyszek wyznał mi:
Gdy słuchałem tych opowieści, chciałem spokojnie umrzeć. Przecież sam wszystko zawaliłem! Straciłem żonę przez alkohol. Głupota. Jak miałem ci odpowiedzieć?

Od tamtej pory minęło dziesięć lat. Mamy z Zbyszkiem dwie wnuczki. Siedzimy kiedyś przy obiedzie, pijemy kawę. Patrzę przez okno. Zbyszek łapie mnie za rękę:
Mariusz, nie oglądaj się. Ja jestem twoim szczęściem! Wierzysz mi?
Oczywiście wierzę, mój jedyny…

Idź do oryginalnego materiału