Pracuję z Eweliną od trzech lat, ale nigdy nie widziałam, żeby nie włączyła komputera przed dziewiątą. Tego dnia o ósmej czterdzieści siedziała już przy biurku, wpatrzona w wygaszony monitor. Nie miała ze sobą kawy, a to zawsze był pierwszy punkt jej poranka. Mój własny kubek stał obok, parował. Miałam akurat przerwę między jednym projektem a drugim.
Michała poznałam raz, na firmowej wigilii dwa lata temu. Wypolerowane buty, koszula, pewność siebie faceta, który zawsze dostaje to, czego chce. Ewelina trzymała go pod ramię, miała wtedy jeszcze ten nawyk dotykania go co chwilę.
Nie musiałam długo czekać, żeby zrozumieć, iż stało się coś złego. W kuchni, gdy nalewałam wodę do czajnika, usłyszałam, jak Ewelina mówi przez telefon, półgłosem:
— Mówiłeś, iż jedziesz do matki. Do szpitala. A ja przez cały weekend nie mogłam się do ciebie dodzwonić.
Przerwa. Potem znowu:
— Nie kłam, proszę. Widziałam relację Oli. Cała rodzina na zdjęciach, wszyscy uśmiechnięci.
Kolejna przerwa. Nalałam wrzątek do kubka, nie patrząc na nią. Ewelina stała przy oknie, plecami do mnie.
— Wracaj wieczorem, to porozmawiamy. Wracaj, bo mam pytania o pieniądze.
Rozłączyła się. Odwróciła i zobaczyła mnie. Nie próbowała udawać, iż nic się nie dzieje.
— Przepraszam — powiedziała. — Nie chciałam, żebyś to słyszała.
— Nic się nie stało — odparłam. — Zrobić ci herbaty?
Kiwnęła tylko. Podałam jej kubek, ale nie wzięła go od razu. Stała i patrzyła w okno na tramwaj numer 6, który akurat przejeżdżał przez Most Hercowy. Dopiero po chwili wzięła kubek, ale nie napiła się ani razu.
Mniej więcej godzinę później znowu zadzwonił jej telefon. Spojrzała na ekran, odłożyła na biurko. Telefon wibrował, jeździł po blacie, aż w końcu zamilkł. Potem znowu. I znowu. Michał dzwonił kilkanaście razy, ale Ewelina nie odebrała ani jednego połączenia, tylko co kilka minut zerkała na ekran. Przewinęła kilka razy, po czym otworzyła coś, co wyglądało na aplikację bankową.
Wtedy pochyliła się nad telefonem i zaczęła notować coś na kartce. Suma po sumie. Cyfry rosły, a jej twarz stawała się coraz bardziej blada.
Przerwałam pracę, bo zobaczyłam, iż jej palec podskakuje nad ekranem. Drżał. Nie wtrącałam się, nie pytałam. Pracowałam dalej, udając, iż nie widzę.
W przerwie na lunch poszłyśmy do pobliskiej pierogarni na Kleczkowskiej. Ewelina zamówiła zupę pomidorową, ale tylko mieszała łyżką. W końcu powiedziała:
— Wiesz, co jest najgorsze? Nie to, iż mnie okłamał. Nie to, iż nie zaprosił. To, iż zapłacił za to moimi pieniędzmi.
Zamarłam.
— Konto wspólne. Od trzech lat wpłacam tam prawie całą pensję. On też, ale jego dochody to drobne. Wszystko szło na wspólne cele: remont, kredyt, wakacje. A teraz widzę, iż od miesiąca schodzą z tego konta przelewy na firmę eventową, na hotel, na kwiaty. Na ślub jego siostry. Na ten ślub, na który mnie nie zaprosili.
Siedziałam z łyżką w dłoni, nie wiedząc, co powiedzieć. Znałam Ewelinę na tyle, żeby wiedzieć, iż jak coś postanowi, to zrobi to sama.
— Ile? — zapytałam w końcu.
— Osiemdziesiąt siedem tysięcy osiemset czterdzieści sześć złotych. Dokładnie. To nie jest pomyłka, nie przeoczenie. To dziewięć przelewów w ciągu trzech tygodni. Wypłata za wypłatą, premia za premią. Wszystko, co zarobiłam przez ostatnie sześć lat, rozeszło się na kwiaty, szampana i tort piętrowy na wesele Aleksandry.
Zupę zostawiła nietkniętą. — Co zamierzasz? — zapytałam.
Odłożyła łyżkę. — Najpierw sprawdzę, czy jest coś do uratowania. Potem zrobię to, co powinnam zrobić już dawno temu.
To było w środę. Przez następne dwa dni Ewelina przychodziła do pracy punktualnie, wychodziła o czasie, ale nie rozmawiała z nikim. W piątek po południu zobaczyłam, jak wchodzi do pokoju konferencyjnego z telefonem przy uchu i zamyka drzwi.
Przez szybę widziałam, jak kiwa głową, potem coś zapisuje. Nie słyszałam słów, ale widziałam, iż nie płacze. Była w tym jakaś taka czystość, której wcześniej u niej nie widziałam. Taka decyzja, która już zapadła.
Gdy wróciła, nie zapytałam o nic. Ale Ewelina usiadła obok mnie i powiedziała:
— Zamknęłam konto wspólne. Dziś rano.
Patrzyłam na nią, nie rozumiejąc do końca.
— Przeniosłam wszystko, co zostało, na konto prywatne, którego Michał nie zna. A potem zadzwoniłam do organizatorki wesela i poinformowałam, iż moje środki nie są już dostępne. Że dalsze przelewy nie będą realizowane.
— Ile zostało? — zapytałam.
— Trzydzieści dwa tysiące. Zapłacił już zaliczki na osiemdziesiąt siedem. Resztę miał przelać w poniedziałek na dzień przed weselem. Nie zdąży.
W poniedziałek rano do biura zadzwonił telefon. Sekretarka powiedziała, iż przyszedł jakiś mężczyzna i pyta o Ewelinę Kowalczyk. Wyszłam na korytarz, bo akurat musiałam skorzystać z łazienki. Zobaczyłam Michała stojącego przy recepcji. Nie wyglądał już na faceta, który zawsze dostaje to, czego chce. Wyglądał, jakby nie spał od trzech dni.
— Muszę z nią porozmawiać — mówił do recepcjonistki. — To pilne. Rodzinna sprawa.
Recepcjonistka zadzwoniła do Eweliny. Ewelina poprosiła, żeby nie wpuszczać go na piętro. — Powiedz mu, iż porozmawiamy po pracy — powiedziała przez interkom. — I iż jeżeli ma pytania o konto, to niech zadzwoni do banku. Ja już swoje zrobiłam.
Michał stał przy recepcji, patrzył na drzwi windy. Czekał, iż Ewelina wyjdzie, iż zmieni zdanie, iż coś się stanie. Stał tak dwadzieścia minut. Potem, gdy recepcjonistka powiedziała mu, iż może przyjść po siedemnastej, odwrócił się i wyszedł.
O piętnastej pięćdziesiąt cztery Ewelina wstała od biurka. Spakowała laptopa, włożyła słuchawki w uszy i wyszła z biura. Wiedziałam, iż nie spotka się z Michałem. Wiedziałam, iż niczego nie cofnie.
Gdy minęłam recepcję, recepcjonistka podała mi kartkę. — Zostawił to, zanim wyszedł. Powiedział, żeby przekazać Ewelinie.
Wzięłam ją do ręki. Było tam napisane długopisem, z pośpiechem:
**„Proszę, nie rób tego. Wesele jest już opłacone z góry. Nie mogę tego odwołać."**
Pod spodem podał numer konta i kwotę:
**„Potrzebuję jeszcze 15 000 zł. Oddam do końca miesiąca."**
Złożyłam kartkę i wsunęłam do kieszeni. Ewelina już wyszła. Nie wiedziałam, czy mam jej to pokazać. Ale potem pomyślałam: to nie moja sprawa.
Podałam kartkę recepcjonistce i powiedziałam, żeby zachowała ją dla Eweliny, gdyby wróciła po dokumenty.
A potem wyszłam na ulicę, na przystanek tramwajowy przy Moście Hercowym. Było zimno, wiał wiatr od Odry. Stałam, patrząc, jak tramwaj numer 6 przejeżdża przez most. Zobaczyłam w oknie Ewelinę. Siedziała przy szybie, patrzyła przed siebie. W ręku trzymała telefon, kciukiem przesuwała coś na ekranie.
Tramwaj ruszył dalej, a ja zostałam na przystanku. W kieszeni miałam tę kartkę. Wyjęłam ją i przeczytałam raz jeszcze. „Oddam do końca miesiąca."
Wiatr szarpnął papier. Kartka wyślizgnęła się z palców, uniosła nad tory i opadła na chodnik po drugiej stronie. Nie podniosłam jej.












