Nie wiem, czy są kobiety w podobnej sytuacji, chętnie bym się dowiedziała, jak do tego podchodzą. Bo mój układ jest dość szczególny. Mój partner jest ode mnie o pięć lat starszy, różnica wieku jest żadna, ale różnica doświadczeń duża. Ja zawsze byłam singielką, on ma za sobą nieudany związek. Dziś ja mam lat 35, on lat 40. Ma też dziesięcioletniego syna, z którym utrzymuje stały kontakt. I byłoby super, gdyby nie ważna kwestia. Wraz z byłą żoną kupili mieszkanie na kredyt. Ona została w nim z dzieckiem. Z tego co wiem, pracę rzuciła, kiedy zaszła w ciążę i od tamtej pory nie skalała się żadnym zarabianiem pieniędzy. Partner pracuje w korpo i zarabia spore pieniądze. On utrzymywał rodzinę. Niestety, pomimo rozwodu, tak jest nadal. On spłaca kredyt za mieszkanie, w którym ona mieszka, płaci czynsz itp., alimenty na syna i czesne w prywatnej szkole. Kupuje też mu różne potrzebne rzeczy. Tak więc z niemałej pensji zostaje mu po zapłaceniu wszystkiego około 2 tys. zł. Jak na życie w stolicy, to nie są duże pieniądze. A musi utrzymać samochód, zapłacić za swój telefon, bo choć a służbowy, nie chce łączyć życia zawodowego z prywatnym.
Mieszkamy u mnie w moim mieszkaniu, ja robię wszystkie opłaty, to ja głównie robię zakupy, rzadko wychodzimy do restauracji, wtedy dzielimy rachunek na pół. Ale partner wychodzić nie chce, bo nie ukrywa, iż dla niego to zbyt duże wydatki.
Poza tym jest bardzo w porządku, pomaga mi w domu, sprząta, często coś gotuje, robi też drobne zakupy, ale mam świadomość, iż nie na wiele go stać. W gruncie rzeczy sytuacja wygląda tak, iż on płaci na syna i żonę, ja utrzymuję nas. Nie ukrywam, iż bardzo mnie to męczy, myślę o poważnym związku, też chciałabym mieć dziecko. Ale jakie są perspektywy w takiej sytuacji?
Odbyliśmy wiele rozmów na ten temat. Powiedziałam, iż powinni mieszkanie sprzedać i podzielić się tym, co zostało. On nie chce, bo pozbawi komfortu syna, za to, co dostanie była żona, można kupić najwyżej jeszcze kawalerkę. Kredyt trzeba spłacać kolejne 10 lat, czynsz rośnie. I ja nie rozumiem, dlaczego ona nie może pójść do pracy, tylko on ma płacić za wszystko. Kiedy o to pytam, zawsze zasłania się dzieckiem. Że to dla jego dobra. Niby rozumiem, ale pytam, gdzie jest dobro naszego związku? Czasami czuję się wykorzystywana, bo przecież gdyby był sam, nie utrzymałby się za te marne 2 tys. zł. On mi wówczas odpowiada, iż mieszkałby z byłą żona, bo mieszkanie jest duże i miałby tam oddzielny pokój. A skoro jesteśmy razem, to on mieszka ze mną.
Mówiąc szczerze, choć jestem w nim zakochana i facet ma wiele zalet, czuję się coraz bardziej zmęczona tą sytuacją. Co gorsze, nie widzę z niej dobrego wyjścia. Jedyne rozsądne to rozstanie, ale wiele lat byłam sama i wiem, iż to też wcale nie jest takie fajne. Z drugiej strony jednak nie widzę powodów, by cały ciężar utrzymania spoczywał na moich barkach, chciałabym mieć jednak przy sobie mężczyznę, który jest w stanie w razie potrzeby sam utrzymać dom, gdyby mnie spotkała jakaś nieprzewidziana, życiowa sytuacja. Nie wiem, co mam robić, jestem w dużej rozterce.
Ewa








