Jan usmażył ziemniaki, otworzył słoik kiszonych ogórków. Dziś minął rok, odkąd nie ma już Zofii. Wzdychnął ciężko. Nagle do drzwi zapukały.
To ty przyszłaś uśmiechnął się Jan, widząc w progu sąsiadkę Wiesławę, i zaprosił ją do stołu. Milczeli przez chwilę, jedli po cichu, wspominali Zofię. W pewnej chwili Jan wyjął z kieszeni kopertę.
Wiesiu, tę kopertę przekazała mi Zofia, zanim odeszła wyjaśnił i podał jej kopertę.
Ale to przecież jest dla ciebie zdziwiła się Wiesława.
Przeczytaj, wszystko zrozumiesz powiedział Jan cicho.
Wiesława rozłożyła pismo, prześlizgnęła się wzrokiem i zamarła.
—
Zięć obiecał przyjechać po Wiesławę Sobczak w sobotni poranek. Szkoda wyjeżdżać z działki, ale to już końcówka października. Wodę zakręcili, pora wracać do domu.
Wiesiu! Wiesławo Sobczak, jesteś w domu? sąsiad z działki, Jan Marciniak, zapukał do drzwi.
Wejdź, Janku, jestem tu jeszcze odkrzyknęła. Pakuję rzeczy, zięć za dwa dni miał przyjechać. Pewnie znowu mnie zgani, iż nazbierało się tyle siatek. Ale co robić, moich rzeczy niewiele, a zbiory coroczne coraz większe. Ususzyłam mnóstwo jabłek, bo u nas w tym roku urodzaj był na jabłka. Ogórki, leczo, konfitury. Przecież nie zostawię. Dla kogo to robiłam? Dla nich. Ja sama tak kilka potrzebuję.
Pewnie, Wiesiu. Ja zresztą też planuję wracać do domu, ale jeszcze trochę tu zostanę. Piękna ta jesień. Zofia bardzo ją lubiła. Ale wiesz, Wiesiu, przypominasz sobie, jak kiedyś wspólnie kończyliśmy sezon na działkach? Twój Stefan jeszcze był, dzieci małe. Teraz wszystko zarośnięte. A kiedyś wszędzie porządek, młode jabłonki, wydawało się, iż nigdy nie urosną… Dziś mija rok po Zofii. Chciałem powspominać Jan przestawiał nerwowo kopertę w dłoniach. Wiesz, samemu nie mam siły. We dwójkę raźniej. Wpadniesz? Usmażyłem ziemniaki. Posiedzimy, wspomnimy Zosię. Mam jeszcze jedną sprawę do ciebie. Przyjdziesz?
Jasne, Janku, tylko weź kiszone ogórki. Będę u ciebie za pół godzinki, bo muszę dokończyć pakowanie.
Znali się od lat. Razem budowali domy, sadzili sady, pomagali sobie nawzajem. Każde lato spędzali wspólnie dla nich to było osobne życie. Teraz latem do Wiesławy przyjeżdżają wnuki, więc nie ma czasu w samotność. Jej Stefana nie ma już od siedmiu lat, ale Jan i Zofia byli zawsze obok i jak dawniej utrzymywali serdeczne relacje. Tylko iż zeszłej jesieni zabrakło Zosi. Zdumiewała się wtedy, iż tak dobrze wygląda, iż schudła i przypomina modelkę. Potem wszystko nagle przerwało się… To lato było jakieś inne. Jan ciągle czegoś szukał, kopał grządki, jakby nie wiedział, kto tam co posadzi… Bez Zofii nie miał dla kogo. Słychać było, jak szwenda się po szopie i przeklina z cicha, bo nic mu nie wychodziło. Wnuków Wiesławy rodzina przywoziła rzadziej; raz do obozu, raz nad morze z rodzicami. Sama nie wie, dla kogo już sadzi tyle roślin. Podlewa, pieli, byle nie stać bezczynnie.
Westchnęła cicho i w końcu przebrała się, dotrzymując obietnicy, poszła do sąsiada.
Jan czekał na nią. Na stole wszystko już czekało ziemniaki smażone, pomidory, kiszone ogórki od Wiesławy odkręcone.
Usiądź, Wiesiu. Jutro przyjeżdżają do mnie dzieci, a dziś powspominamy Zosię. Zobacz, stare zdjęcia znalazłem. Tu twój Stefan z tobą sadzi wiśnie. A tu my wszyscy z lasu wracamy z grzybami; zobacz, ile koszy! Tu grillujemy, ognisko, Zofia mruży oczy do słońca… Jan nalał dwa kieliszki. Wypijmy za naszych za moją Zosię, za twojego Stefana. Zamienili się w ciszę, zagryźli ogórkiem. Jan wyjął wreszcie kopertę z kieszeni.
Wiesiu, proszę, nie bądź zaskoczona, tylko wysłuchaj mnie do końca. Zofia odeszła nagle, zeszłej jesieni. W sierpniu wyjechaliśmy razem z działki i choć była słaba, to nie okazywała smutku, mocna była jak skała. Wspominaliśmy wspólne życie, dzień po dniu, jakbyśmy znów je przeżywali. Oglądaliśmy ulubione stare filmy, rozmawialiśmy o wszystkim. A potem któregoś dnia podaje mi ten list i mówi:
Janku, obiecaj, iż zrobisz, o co cię poproszę. To choćby nie prośba. To mój testament, nie dyskutuj, oboje wszystko rozumiemy.
I podała mi tę kopertę. Wyobrażasz sobie? Specjalnie napisała, wiedziała, iż nie wyrzucę… Jan drżącą ręką podał kopertę Wiesławie.
Ale to przecież miało być dla ciebie…
Przeczytaj, a zrozumiesz.
Wiesława otworzyła kopertę i wyjęła list, rozpoznając charakter pisma Zofii.
Janku, kochanie, cóż… ja odchodzę pierwsza. Ale życie musi trwać, musisz żyć za nas dwoje! Zostawiam ci testament masz być szczęśliwy. To wcale nie znaczy, iż masz mnie zapomnieć. Tylko trudno mi myśleć, iż dla ciebie wszystko się kończy. Nie chcę patrzeć z góry, jak cierpisz. Nie bój się odnaleźć szczęścia, tak kochaliśmy życie. Chciałabym, byś nie był sam. Gdybyś kogoś spotkał, wiedz, iż przyjmuję to z euforią a choćby chciałabym, by to była Wiesia. Zawsze czułam, iż jesteś jej bliski. Ona jest wspaniała, zrozumie. Zaproponuj jej wspólne życie tak będzie najlepiej dla wszystkich. My nigdy się nie poddawaliśmy. Proszę cię żyj mimo wszystko, Janku. Twoja Zosia.
Wiesława przeczytała raz, potem jeszcze raz, spojrzała na Jana.
Obiecałem Zosi, iż postąpię zgodnie z jej wolą powiedział Jan wzruszony. Opowiadam ci o tym, a ty sama zdecyduj. Wiesiu… spróbujmy. Łączy nas ciepła przyjaźń, to bardzo dużo. Nikt nie ma prawa nas osądzać. Żyć i cieszyć się każdym dniem to dar, a zaprzepaścić go to grzech. Zostań moją żoną, Wiesiu, a przysięgam nie pożałujesz.
Wiesława nie wiedziała, co powiedzieć, ta propozycja spadła jak grom z jasnego nieba. Spojrzała Janowi w oczy i zdała sobie sprawę, iż jest w tych słowach prawda.
Janku… Dobrze. Muszę pomyśleć. Powiem zięciowi, iż nie zdążyłam się spakować, iż zostanę jeszcze tydzień…
Tak się umówili. Jan odprowadził Wiesławę do domu.
W nocy Wiesława nie mogła zasnąć decyzja była trudna, całe życie przewinęło się jej przed oczami. Nad ranem przyśnił się jej Stefan. Stał wśród jabłoni, uśmiechał się: Co się tak martwisz? We dwoje zawsze raźniej. Wyjdź za Jana. Nie mam nic przeciwko, choćby cieszę się Wiesiu, nie będziesz już sama.
Latem następnego roku Jan i Wiesława zburzyli parkan między działkami. Teraz wnuków mieli dwa razy więcej, więc niech biegają do woli. Jan wybudował huśtawkę, ziemię przekopał a co Wiesia tam nie zasadziła! Wystarczy dla całej wielkiej rodziny. Wnuczki pomagają babci, mają własne grządki. Dorosłe dzieci odwiedzają ich w weekendy i cieszą się, iż rodzice już nie są samotni, iż się wspierają.
Może i znajdą się tacy, co to będą ich oceniać. Ale Zofia i Stefan patrzą z góry, uśmiechając się. Testament by być szczęśliwymi wykonany. I życie, pomimo wszystko, trwa dalej.








