Jaka z ciebie żona? Czy byliśmy razem w urzędzie?

newskey24.com 1 tydzień temu

– Jaką ty mi żoną jesteś? Czy ja z tobą do urzędu stanu cywilnego chodziłem? Pieczątki w paszporcie stawiałem? Pierścionek ci na palec zakładałem?

Weronika zamilkła. Tego wszystkiego bardzo pragnęła, ale jakoś żyli bez tego.

– Nie! Nie! I nie! – krzyczał Arkadiusz. – Jesteś mi nikim! Na jakiej podstawie nazywasz się moją żoną?

– Arku, no nie karz mnie milczeniem! – błagała Weronika. – Porozmawiajmy!

– A czy masz coś do powiedzenia? – zirytował się Arkadiusz. – I tak powiedziałaś więcej niż trzeba!

– Ale ja nic nie powiedziałam, – odparła Weronika, – nic strasznego!

– Zapamiętaj, a najlepiej zapisz: milczenie jest złotem! Zwłaszcza w twoim przypadku! – odwrócił się.

– Kochany, no przestań się dąsać! – podsunęła się bliżej.

– Lepiej by było, gdybyś w ogóle nic nie mówiła! – uniósł ręce do góry. – Skąd wy, kobiety, macie tę zdolność psucia wszystkiego jednym zdaniem?

Czy w szkole tego uczą, czy może na kursach, jak męczyć mężczyzn?

Weronika potraktowała milczenie Arkadiusza jako urazę za to, iż rano na niego nakrzyczała. A przecież i on dobrze się spisał, tłukąc swój i jej kubek.

– Jak mogłeś to zrobić? – złościła się. – Wszyscy mają normalne ręce, a ty jakby z innego miejsca ci wyrosły!

Dobrze, rozbiłeś swój kubek, ale po co ruszałeś mój? Czy ty specjalnie chcesz, żeby nasze ulubione kubki skończyły się?

Najzwyklejsze domowe wymówki. Na takie się choćby nie obraża, po prostu się je puszcza mimo uszu.

Ale Arkadiusz obrażony wyszedł do pracy, a kiedy wrócił, nie powiedział do Weroniki ani słowa.

Po prostu się złościł, obrażał i dąsał się. Ignorował wszystkie jej próby nawiązania rozmowy i choćby nie przyszedł na kolację, mimo iż zawołała go trzy razy.

Ale przecież trzeba było przywrócić spokój!

– Arku, no machnij na te kubki, pojedziemy w sobotę do centrum i kupimy nowe! A twoje ręce rosną skąd trzeba!

– O jakich, do diabła, kubkach mówisz? – Arkadiusz spojrzał na Weronikę jak na wariatkę. – Nie rozumiesz, co narobiłaś swoim językiem?

– Mogę przeprosić, – powiedziała zdezorientowana Weronika. – Kochany, tylko się nie złość!

– Przeprosić? – zaczął się histerycznie śmiać. – Gdyby to, co zrobiłaś swoim powiedzonkiem, można było naprawić przeprosinami, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!

A tak, to mnie po prostu zabiłaś! Zniszczyłaś! Rozdeptałaś!

– O Boże, co takiego powiedziałam? – Weronika zrozumiała, iż nie chodzi o kubki. Ale o co, nie wiedziała.

– A kto dziś powiedział, kiedy zadzwoniła moja szefowa, iż rozmawia z żoną Arkadiusza? – krzyczał Arkadiusz, pryskając śliną na twarz Weroniki.

– Byłeś w łazience, a telefon się urywał, – mówiła zdezorientowana Weronika, – odebrałam, poprosiłam, by poczekała, aż dam ci telefon.

Zapytała, kto mówi. Powiedziałam, iż żona. A kiedy przyniosłam telefon, już odłożyła słuchawkę. Co w tym takiego?

– I jeszcze pytasz, co w tym takiego? – Arkadiusz poczerwieniał, a na jego skroni pulsowała żyłka. – Co w tym takiego? Jaką ty mi żoną jesteś?

Wychodziłem z tobą do urzędu stanu cywilnego? Pieczątki w paszporcie stawiałem? Pierścionek ci na palec zakładałem?

Weronika zamilkła. Tego wszystkiego bardzo pragnęła, ale jakoś żyli bez tego.

– Nie! Nie! I nie! – krzyczał Arkadiusz. – Jesteś mi nikim! Na jakiej podstawie nazywasz się moją żoną?

***
– Jak długo jeszcze to potrwa? – z uśmiechem zapytała Zofia.

– Mamo, – Weronika spojrzała z wyrzutem, – teraz nie te czasy, a i tobie nie odpowiadają kazania w stylu puritan. Po śmierci taty, sama z kimś nieżyłaś!

– Nie obrzucaj matki błotem! Matka wie, co jej trzeba! – Zofia nie przestawała się uśmiechać. – Mam już taki wiek, iż żadna plotka się nie przyklei! A ty jeszcze młoda jesteś, jeszcze ci dużo życia przed sobą!

– Mamo, pięćdziesiąt cztery lata to nie starość! Jeszcze możesz wyjść za mąż, i to nie raz, patrząc na trendy!

– Gdyby się znalazł odpowiedni mężczyzna, może bym wyszła, – poprawiła fryzurę, – ale muszę się zadowalać substytutami!

– A jeszcze coś mi mówisz! – zaśmiała się Weronika.

I wtedy Zofia przestała się uśmiechać:

– Werka, rozumiem, iż teraz wiele osób żyje bez podpisu i stempelka, mają dzieci i to się nazywa normalną rodziną.

Ale choćby w języku prawnym to współżycie. A to z kolei nie daje żadnej gwarancji!

– Mamo, gdy jest miłość, to lepsze niż jakiekolwiek gwarancje, – odpowiedziała Weronika.

– Miłość dziś jest, jutro jej nie ma, a mąż, jeżeli jest oficjalny, da jakąś ochronę i bezpieczeństwo! Dziecku – wiadomo, alimenty w każdym przypadku.

A jeżeli mieszkanie, samochód, sprzęt – choćby przed sądem nic nie dostaniesz, jeżeli się upierał!

– Mamusiu, z Arkiem mamy świetne relacje! Żyjemy razem już sześć lat. Po co te stempelki? A jeżeli chodzi o pieniądze, to mamy takie same wypłaty.

– Niewystarczająco przekonująco, niekonkretne, czyli – nieporządek! – pogroziła palcem Zofia. – Werka, przynajmniej go do tego przekonaj!

Tak, między wierszami, nazwij go mężem, jakby żartem. Poproś, by przytulił swoją żonkę.

Niech się przyzwyczai do słów, obróci je w głowie. A potem można go okrążyć!

– A jeżeli go tymi słówkami przestraszę, to najpierw będzie awantura, potem uraza, a potem samotność! – Weronika pokiwała głową. – Wiesz, mamo, szczęście to delikatna sprawa, trzeba je chronić, a nie testować!

– Generalnie, to twoje życie, – wzruszyła ramionami Zofia, – a ja cię przyjmę, czy to samą, czy z wnukiem, daj Boże, żeby się pojawili.

Tylko pomyśl, iż wycieczki – wycieczkami, a dorosłe życie, to odpowiedzialność.

A w twoim związku nikt nikomu nic winien nie jest. To i słuszne, ale niepraktyczne!

***
Weronika była wdzięczna mamie za dobroć i wsparcie. Ale porady zmusiły do przemyśleń.

Małżeństwo, tak naprawdę, to głównie jej zabezpieczenie. I bardziej korzystne, jak się nie patrzy, dla kobiety niż dla mężczyzny.

A przyjaciółka Ania radziła Weronice sformalizowanie związku z Arkadiuszem. Ale podawała inne argumenty:

– Powiedzmy, iż weźmiecie kredyt na mieszkanie, samochód, albo domek na działce. Albo w najgorszym razie wypełnicie dom sprzętem AGD. Kredyty będą na nazwisko głowy waszej zastępczej rodziny.

– Aniu, – Weronika spojrzała z wyrzutem, – bez epitetów, proszę!

– Dobra, – zgodziła się. – Powiedzmy na Arka. I nagle postanowicie się rozejść!

– I nie dramatyzuj!

– Okej, – Ania machnęła ręką. – Zdarzy się coś nadzwyczajnego, i się rozstaniecie, – sugestywny wzrok Weroniki zmusił Anię do zmiany tonu. – Ark chciałby podarować mieszkanie, samochód czy domek ukochanemu siostrzeńcowi, mamie, wujkowi Piotrkowi, cioci Zosi. I podaruje, a ty choćby nie będziesz mogła nic powiedzieć!

– Mogę powiedzieć, – zapewniła Weronika.

– No i powiesz! – Ania demonstracyjnie się uśmiechnęła. – Ale udowodnić, iż to wspólna własność, kupiona albo spłacana z kredytu z wspólnej kasy, nie potrafisz! I tak nie odziedziczysz mienia wspólnie nabytego!

– A sąd, świadkowie?

– Jedyna rzecz, która pomoże ci obronić swoje prawa – to tylko sąd. Ale powiem ci, ciężko bywa udowodnić, iż to, co twoje, jest twoje i iż masz do tego prawa. Zwłaszcza, gdy ten, kto odziedziczy mienie, przyprowadzi tłum, który stwierdzi, iż ani grosza w to nie zainwestowałaś!

– Opowiadasz najgorszy scenariusz! – powiedziała Weronika.

– Opowiadam najzwyklejszy przypadek z praktyki sądowej, kiedy ludzie żyją jak wy z Arkiem.

– Czyli muszę zbierać paragony, prowadzić księgowość, a także nagrywać wszystkie rozmowy z Arkadiuszem o pieniądzach i zakupach? – zapytała Weronika.

– Albo po prostu zaprowadzić go do urzędu, – teraz uśmiech Ani była ciepła i otwarta, symbolizując optymalny wariant.

– Mamę też mówi, iż powinnam go prawie na siłę zaprowadzić. Ale najpierw muszę do tego dojść. A więc przyzwyczajaj go do słów „mąż” i „żona”.

– No to działaj!

***
Zwykły zestaw zdrobnień i pieszczotliwych zwrotów uzupełniło słowo „mężulek”. Do określania siebie „żonka” pasowało harmonijnie. Te słowa tak dobrze brzmiały.

Weronika na początku obawiała się, iż Ark zacznie się buntować, ale on tylko się śmiał, sam jednak tych magicznych wyrazów nie powtarzał.

A Weronika tylko się w tym umacniała. Wszędzie i zawsze, na miejscu lub nie, Arkadiusza nazywała mężem, a siebie żoną.

I tak się tym przejęła, iż choćby nie zauważyła, kiedy na pytanie dzwoniącej szefowej męża, kto z nią rozmawia, odpowiedziała, iż to jego żona. Zwyczajnie, po prostu.

***
– Arku, my tak razem żyjemy już lata, – powiedziała Weronika, – myślałam, iż jesteśmy rodziną. No tak, bez stempla, ale teraz to normalne. A przed nami dzieci i długa szczęśliwa przyszłość!

– Tak sobie myślałaś i dalej myśl, po co odnosiłaś swoje „żony” do mojej szefowej? Nie odbierała telefonów i już! Dałaś telefon i cię to nie dotyczy!

– Kochany, ale przecież cały czas nazywam cię mężem, jaka to różnica?

– Taka różnica, iż teraz przez ciebie mnie zwolnią! Nie tylko mnie zdemotywowałaś! Rozwaliłaś mi życie! Pokiereszowałaś karierę!

Z tobą teraz nie tylko do urzędu nie pójdę! Z tobą mieszkać nie będę! Teraz od razu zacznę się pakować!

– Arku, czy nie przesadzasz? – zapytała zaszokowana Weronika. – No, powiedziałam twojej szefowej, iż jestem twoją żoną. Co to zmieniło?

– No to, iż Mariola C. trzymała mnie w pracy, bo marzyła, żeby mnie sobie przygarnąć jako wolnego… kruka!

A teraz, skoro mam żonę, to jej marzenia prysły! Już dziś podpisała rozkaz o moim zwolnieniu!

***
Po tygodniu od odejścia Arkadiusza, Weronice złożyła wizytę wspomniana Mariola C.:

– Weroniko, chciałam przeprosić, – powiedziała z chytrym uśmieszkiem, – nie za to, iż Arka zwolniłam, ale za to, iż całe to zastępstwo żyłaś w kłamstwie jego zdrady, – zająknęła się.

– Zrozumiałam, – Weronika machnęła ręką.

– A ja miałam na niego swoje plany. Spotykaliśmy się, powiedzmy, nieformalnie. Koledzy też byli objęci jego uznaniem…

Weronika przełknęła ciężko, walcząc ze mdłościami.

– Myśleliśmy, iż jest singlem, dlatego konkurowaliśmy o jego względy. Gdybyśmy wiedziały, to ani myśl… Gdybyśmy wiedziały, iż jest mężem…

– Nie byliśmy zalegalizowani…

– No to współlokatorzy…

– Już nie, – Weronika spuściła wzrok.

– Wiecie, – Mariola C. mówiła z przekonaniem w głosie, – to choćby lepiej. Bo to nie mąż ani współlokator, tylko dziwak na inną literę! Lepiej, iż cię uwolnił!

Weronika nie mogła się nie zgodzić.

Nie mąż, nie współlokator, tylko dziwak.

Idź do oryginalnego materiału