Mój mąż Arek ma jedną cechę, która przez jedenaście lat małżeństwa nieodmiennie doprowadzała mnie do szału: on naprawdę wierzy, iż jest najmądrzejszy na świecie. Nie „myśli, iż się zna”. On jest święcie przekonany, iż każde jego słowo to gotowy plan, a ja powinnam tylko kiwać głową.
Ostatnim razem ta wiara przybrała konkretny kształt: kluczyków od mojego opla, rzuconych na stół w kuchni.
Wpadł do mieszkania w czwartek wieczorem, w butach przeszedł przez cały korytarz do kuchni, chociaż dywanik jeszcze pachniał proszkiem po praniu. Stanął nade mną, kiedy wyciągałam blachę z piekarnika.
— Działka leci na sprzedaż — oznajmił. — W sobotę przyjeżdża agent, w niedzielę robimy zdjęcia. Mama już znalazła ekipę do łazienki. Potrzebuje kasy na już.
Blacha ważyła w rękach z dziesięć kilo, ale to nie ona mnie przygniotła. Postawiłam ją na kratce i odwróciłam się.
— Moja działka po cioci Halinie. Ta w Beskidzie, z drewnianym domkiem. — Zdjęłam rękawicę. — Chcesz, żebym sprzedała grunt, żeby twoja matka wyremontowała łazienkę?
Arek wzruszył ramionami, jakbym zapytała o pogodę.
— No a co, masz tam jeździć? Ostatni raz byłaś w wakacje, i to na dwa dni. Domek się sypie, trawa po pas. A u mamy woda leci po ścianie od stycznia. Rozmawialiśmy już z bratem, podzielimy się po połowie, ale twoja część jest największa. Sama rozumiesz.
„Rozmawialiśmy już z bratem”. Też. Znaczy zebranie rodzinne się odbyło, tylko zabrakło najważniejszego głosu. Mojego.
— Nie rozumiem — powiedziałam. — Ja nie sprzedaję tej działki. To jedyny spadek, jaki mam po cioci. Wiesz, ile razy mi mówiła, iż to ma zostać u mnie?
Arek westchnął, jakby trafił na uparte dziecko w sklepie z zabawkami.
— Beata, nie rób sceny. To ziemia, nie relikwia. Mama czeka na ten remont od pół roku, decyzja podjęta. W sobotę pojedziemy razem, pokażesz agentowi granice i wracasz. Ja wszystko załatwię.
Założył nogę na nogę i włączył telewizor. Koniec tematu. Tak po prostu.
Wiecie, co w tym momencie zrobiłam? Nie rzuciłam kubkiem. Nie wyszłam trzasnąwszy drzwiami. Trzeci raz w tym miesiącu przetarłam ten sam blat — najpierw płynem do mycia naczyń, potem suchą szmatką, potem jeszcze raz dłonią. Zbierałam okruchy, których nie było. I myślałam o tym, jak cztery lata temu ciocia Halina siedziała ze mną na ganku, a ja liczyłam deski, które trzeba wymienić w podłodze.
Potem wstałam.
— To twój brat na pewno dojedzie? — spytałam.
— Co?
— Pytałam, czy twój brat weźmie firmowego busa do przewozu, jak będzie wywoził z działki żelastwo. Bo to, co tam trzymasz, to chyba więcej niż jedna naczepa.
Arek popatrzył na mnie z politowaniem i wrócił do telewizora.
— Na pewno.
Wyszłam do przedpokoju, narzuciłam kurtkę, wsunęłam stopy w buty narciarskie, bo te jedyne miały grubą podeszwę. W kieszeni miałam telefon, w drugiej klucze do opla.
Zadzwoniłam po drodze do jednego człowieka.
— Pan Kazik? Dobry wieczór, Beata z tej drewnianej. Pan mówił w niedzielę, iż pan kupił nową spawarkę. Tę z regulacją. I iż pan z niej jest bardzo dumny.
— No, jestem, jestem — przyznał z ociąganiem. — A co, trzeba coś dospawać?
— Trzeba. I to solidnie. Pan w domu? Nie, niech pan nigdzie nie idzie. Będę za czterdzieści minut. I niech pan nie żałuje elektrod.
Niebo nad Trzebnicą miało kolor mokrego popiołu, a w radio właśnie podawali, iż przymrozki minus trzy. Odkręciłam ogrzewanie na najwyższy bieg i mocniej chwyciłam kierownicę.
Działka ciotki Haliny. Trzysta sześćdziesiąt metrów od pana Kazika, za sklepem spożywczym, w którym zawsze pachnie proszkiem do prania i landrynkami. Mały drewniany dom, w którym okna wychodzą na górkę, a z tarasu widać tylko czubki jodeł. Ciocia mówiła, iż to jej prywatna Szwajcaria.
Arek przez trzy lata zrobił z tego złomowisko.
Pierwszy zapieprzył tam starą przyczepkę po ojcu — „do przewozu”. Potem doszła paleta cegieł, których nikt nie chciał. Potem rury miedziane po remoncie kuchni u jego znajomego. Potem zaczął zwozić odpad z budów: kształtowniki, kątowniki, blachę trapezową, jakieś dziwne pręty. Kiedy pytałam, po co nam to, odpowiadał, iż to inwestycja, iż złom pójdzie w górę i iż kiedyś „to sprzedamy z zyskiem”.
Złom nie poszedł w górę. Poszła za to w górę trawa do kolan. A domek zniknął za stertą blachy tak wysoką, iż z drogi wyglądał jak wysypisko.
Zatrzymałam się na podjeździe pana Kazika. Świecił na werandzie gołą żarówką, a obok na schodkach leżał jego pies, stary owczarek, który choćby nie podniósł łba.
Pan Kazik wstał z krzesła, przywitał się i od razu zapytał:
— No dobra, sąsiadko. Co to za pilna robota?
— Chcę, żeby pan zaspawał bramę wjazdową na moją działkę — powiedziałam. — Na głucho. Od wewnątrz. Żeby się już nigdy nie otworzyła.
Zapadła chwila ciszy. Pies w końcu podniósł łeb.
— Tę bramę z profilu? — upewnił się pan Kazik. — Tę, co ją pani mąż sam stawiał?
— Tę samą.
— I pani chce, żebym ja to spawał na stałe?
— Tak. A wejście za domem też. Furtkę od lasu. Wszystko, co otwiera działkę na drogę.
Pan Kazik pochylił się i podrapał psa za uchem. Potem popatrzył na mnie długo, jakby szukał w mojej twarzy choćby śladu histerii. Nie znalazł. Bo ja nie histeryzowałam. Ja byłam już po drugiej stronie złości, w takim miejscu, gdzie człowiek mówi spokojnie i wszystko mu jedno.
— A ma pani pewność, iż to legalnie? — spytał.
— To mój grunt. Moja brama. Mój mąż. I mój problem. Pan mi powie: może pan to zrobić, czy mam szukać kogoś z Bielska?
Pan Kazik parsknął, wstał i sięgnął po skrzynkę z elektrodami.
— Niech pani siada do auta i jedzie przodem. Tylko zaparzę herbatę.
Pojechałam pierwsza. Drogę znałam na pamięć, ale tej nocy wyglądała inaczej. Jakby wszystko, co mijałam, należało już nie do mnie, tylko do jakiejś wersji mnie, która właśnie przestała się bać. Przy moście widać było światła samochodu, który stał na parkingu leśnym. Jacyś zakochani? Wędkarz? Nie wiem. Mignęło mi i zniknęło.
Pan Kazik zjawił się po dziesięciu minutach. Bez pośpiechu, z termosami, w grubej watowanej kamizelce. Wyjął spawarkę z bagażnika, rozłożył kable, zaczął grzać prostownik.
Weszłam na działkę wąskim przełazem obok bramy, jeszcze nie zaspawanym. Po drugiej stronie zobaczyłam to, czego nie widziałam od miesięcy: całą przestrzeń, którą Arek ukradł.
Blacha, kątowniki, siatka leśna. Wszystko pokryte rdzą, jakby ziemia chorowała. Jakieś płyty pilśniowe puchnące od wilgoci. Karoseria po starym polonezie, o którym Arek choćby nie wspomniał. I brama z profilu stalowego, szeroka na trzy metry, z zawiasami, które sam przykręcał w trzy soboty.
— To wszystko tu zostanie? — zapytał pan Kazik, podchodząc z palnikiem.
Skinęłam głową.
— Zostanie. Wszystko. Razem z tym, czego nie widać.
Nie pytał więcej. Spawał równo, spokojnie, punkt po punkcie. Pies leżał przy samochodzie i tylko czasem unosił głowę, kiedy jakaś iskra fruwała zbyt daleko. Iskry padały na śnieg i gasły z sykiem.
Pracował z godzinę. Zaspawał bramę w trzech miejscach: przy ziemi, przy wysokości kolan i na górnym zawiasie. Potem obszedł dom, zamknął furtkę od lasu i tam też puścił szew. Długi, równy, jak blizna. Na koniec wyłączył palnik i popatrzył na mnie.
— Jak pani mąż tu przyjedzie w sobotę, to się zdziwi — powiedział.
— To dobrze — odparłam. — Bo ja zdziwiłam się w czwartek.
W niedzielę rano Arek wyszedł po bułki do piekarni i wrócił po pięciu minutach.
— Beata! — zawołał od progu. — Wiesz, iż na działce jest brama zaspawana?!
Stałam w przedpokoju i szczotkowałam buty z zaschniętego śniegu. Te same, narciarskie.
— Wiem — powiedziałam.
— Jak to wiesz?!
— Bo kazałam ją zaspawać. W czwartek wieczorem. Ty oglądałeś wtedy teleturniej, nie chciałam przerywać.
Arek otworzył usta. Zamknął. Potem znowu otworzył.
— Ty chyba żartujesz. Jak ja mam teraz wejść z agentem?!
— A nie masz wchodzić. Nie będzie żadnego agenta. Nie będzie zdjęć. Nie będzie sprzedaży.
Widziałam, jak opuszcza mu się żuchwa, ale nic nie mówi. Czekał, iż zaraz się uśmiechnę i powiem, iż to głupi kawał. Nie powiedziałam. Przewiesiłam kurtkę przez oparcie krzesła i weszłam do kuchni. On szedł za mną.
— Beata, to jest chore. To jest… to jest moja działka!
— Działka jest zapisana na mnie. W całości. Notariusz nie przyjmie twojego podpisu, bo nie masz żadnego. A choćby gdybyś chciał tam wejść, to nie wejdziesz. Chyba iż przez płot u Kazika, ale tam pies.
Arek uderzył pięścią w stół tak mocno, iż podskoczył solniczka.
— Ty zła kobieto! To wszystko zostało tam! Cały mój sprzęt, cała blacha, wszystko, co przez lata zbierałem! Tysiące złotych!
— Czterysta trzydzieści tysięcy — powiedziałam.
— Co?!
— Mniej więcej tyle warte było to, co zbierałeś przez lata. Tak mi powiedział jeden życzliwy złomiarz, z którym rozmawiałam w piątek. Oczywiście w liczeniu pomogła mi twoja własna rozpiska. Ta z szuflady. Prowadziłeś ewidencję, pamiętałeś choćby o tych rurach po grosz.
Arek zbladł.
— Czterysta trzydzieści…
— Możesz to wycenić lepiej, jak wejdziesz na działkę. Ale nie wejdziesz. Bo brama jest spawana, a furtka od lasu też. A ja jestem teraz właścicielką działki, której nie można sprzedać, ale można ją trzymać zamkniętą do czasu, aż się rozpadnie. Albo do czasu, aż wniesiesz papiery rozwodowe. Wtedy ją otworzę i podzielimy złom po równo. Podobno żelazo idzie w górę.
Arek nie wierzył. Cały wieczór chodził po mieszkaniu i dzwonił. Najpierw do agenta, potem do matki, potem do brata. Do mnie w trakcie telekonferencji matka powiedziała tak głośno, iż usłyszałam przez słuchawkę: „To jest zboczenie! Sprzedajcie to i dajcie mi święty spokój!" Może i tak. Zboczenie.
W każdym razie w sobotę Arek pojechał na działkę. Wrócił po trzech godzinach z kurtką uwaloną błotem i przetartą dłonią. Zastał bramę zaspawaną dokładnie tak, jak mówiłam. A na bramie, przybitą przez pana Kazika, kartkę. Napisałam ją dzień wcześniej, poprosiłam tylko, żeby przymocował od drogi. Treść była krótka:
„Działka tymczasowo nieczynna. Kontakt tylko w sprawie podziału złomu. Beata."
Wieczorem zapytał, jak mogłam. Powiedziałam, iż nie mogłam, to zrobiłam. I iż jak jego matka chce remont łazienki, to niech bierze kredyt, bo od dzisiaj moja szwajcarska ziemia przynosi mi tyle, ile sama postanowię. Choćby i nic.
Minęło pięć tygodni. Brama dalej stoi. Rdza przechodzi na zawiasy. Arek się wyprowadził tydzień po awanturze, do matki. Podobno teraz śpi w salonie, obok kartonów, których nie zdążył wywieźć.
A ja w sobotę, jak zwykle, wsiadłam do opla i pojechałam do Trzebnicy. Nie na działkę — do pana Kazika. Siedział na werandzie z psem i termosami.
— Może by pani kiedyś tę bramę otworzyła? — zapytał, nalewając mi herbaty do metalowego kubka.
— Kiedyś — powiedziałam, próbując ukryć uśmiech za kubkiem. — Ale najpierw chcę zobaczyć, jak pan spawa furtkę z drugiej strony. Na wypadek, gdyby złom poszedł w dół.













