Jak pojechaliśmy z mężem do jego rodzinnej wsi poznać teściów – czyli jak wyglądało nasze pierwsze s…

polregion.pl 9 godzin temu

Przyjechaliśmy z mężem na wieś poznać jego rodziców. Mama Pawła, wychodząc na ganek i zakładając ręce na biodra jak prawdziwa gospodyni przy samowarze, zawołała:

O rety, Pawełku! Czemuś nie uprzedził? Widzę, iż nie sam przyjechałeś!

Paweł zaraz mnie objął, przytulił mocno i przedstawił:

Mamo, poznaj to moja żona, Bogusia.

Góra przewiązana falbaniastym fartuchem, z wyciągniętymi ramionami, ruszyła w moją stronę:

No witajże, synowo!

I tradycyjnie, trzy razy mocno mnie ucałowała.

Od pani Zofii, matki Pawła, aż pachniało czosnkiem i świeżym chlebem. Ścisnęła mnie w objęciach tak, iż aż się przestraszyłam. Moja głowa znalazła się gdzieś pomiędzy jej solidnymi poduszkami klatką piersiową teściowej.

Nagle odsunęła mnie, zmierzyła od stóp do głów i zapytała krytycznie:

Paweł, gdzie ty taką chudzinę znalazłeś?

Mąż się tylko zaśmiał krótko:

Gdzieżby indziej, mamo! W mieście! W bibliotece. A tata w domu?

U sąsiadki jest, przy piecu majstruje No chodźcież do środka, tylko buty zdejmijcie, bo dopiero co podłogę umyłam.

Na podwórku z otwartymi ustami gapili się na nas ciekawscy mali wiejscy chłopcy.

Szymek, biegnij do pani Jadzi, powiedz Franciszkowi, iż syn z młodą żoną przyjechał!

Już lecę! krzyknął chłopak i pognał przez wieś.

Weszliśmy do środka.

Paweł zdjął ze mnie moje modne, jesienne palto, kupione okazyjnie w second handzie, i odwiesił je na haczyk przy piecu. Przyłożył moje czerwone od chłodu dłonie do białej ściany pieca i przytulił twarz:

Ty moja żywicielko! Jeszcze ciepła jesteś

A tymczasem na stole już grzechotały żeliwne garnki, stukały gliniane dzbanki, brzęczały szklanki i aluminiowe łyżki…

Podczas gdy teściowa nakrywała do stołu, ja z ciekawością rozglądałam się po wiejskiej chacie. W rogu stały święte obrazy, na oknach wisiały białe firanki w kwiatki, na podłodze i stołkach tkane, domowe dywaniki. Obok pieca, z głową odwróconą od nas, spał rudy kocur…

Wzięliśmy ślub w zeszłym tygodniu, dotarł do mnie głos Pawła gdzieś z oddali.

Byłam zdziwiona, jak prędko na stole pojawiły się najróżniejsze potrawy! W centrum stała galareta, obok kiszona kapusta, pomidory, mleko prosto z pieca z pyszną śmietaną na wierzchu, placek z jajkiem i szczypiorkiem…

Mój Boże, jak bardzo chciało się jeść!

Mamuś, starczy tego, chyba na tydzień nagotowałaś! burknął Paweł, odgryzając wielką pajdę domowego chleba.

Teściowa postawiła przy galarecie zaparowaną ćwiartkę wódki, zadowolona, otarła ręce o fartuch:

No, to już wszystko!

Tak poznałam mamę Pawła.

Matka i syn byli do siebie podobni jak dwie krople wody oboje ciemnowłosi, z rumianymi policzkami. Tyle iż mój Paweł był cichy i ugodowy, a teściowa jak letnia burza głośna i nieprzewidywalna.

Myślę, iż niejednego upartego konia ujarzmiła i niejedną płonącą stodołę ratowała…

W sieni uderzyły drzwi.

Do kuchni, wpuszczając za sobą kłęby zimnego powietrza, wszedł nieduży mężczyzna.

Chłopiec jak malowany aż klasnął w dłonie na przywitanie:

No patrzcie, co się dzieje, psiakość!

Nie zdejmując kurtki pachnącej dymem i poplamionej sadzą, uściskał syna.

Cześć, tato!

Ręce umyj, potem się witaj! zarządziła teściowa.

Pan Franciszek uścisnął mi dłoń:

Dzień dobry, panienko!

Dziadek Pawła miał wesołe, szelmowskie, niebieskie oczy, rzadką rudą brodę i burzę miedzianych włosów.

Zośka, nałóż mi zupy! wołał do żony, głośno chlapiąc wodą w misce.

Wznieśliśmy szklanki:

Wasze zdrowie, kochani!

Po jedzeniu i piciu zebrałam się na odwagę:

Panie Franciszku, a czemu u Was wszyscy w rodzie mają na imię Franciszek albo Paweł?

To proste, Bogusiu! I dziad mój, i ojciec, i ja wszyscy byliśmy piekarzami od pokoleń. Tylko Pawełek, wskazał syna, zdecydował się zostać tokarzem.

Tato, tokarze też są krajowi potrzebni!

Panie Franciszku, piec trudny chyba do murowania?

Dziewczyno kochana, to przecież całe rzemiosło! podniósł palec w górę. Żeby było ładnie, nie dymiło i żeby chleb dobrze smakował! Nie patrz, iż taki zgrabny ze mnie facet rudzi jesteśmy silni, przez słońce pocałowani!

A bo mój Franciszek złota rączka! zawołała teściowa.

Tato, opowiedz coś, posłuchamy chętnie.

Teść westchnął, pogładził brodę, spojrzał z przekorą:

No dobra, jak się naciskacie… To pierwsza historia…

Pewnego lipcowego ranka zabraliśmy się na siano. Krasula wtedy u nas była, pamiętasz, Zośka? Nie krowa, a mleka dawała jakby w wiadrach. Zjechała się cała wieś baby, chłopy i my z Zofią.

Słońce ledwie, ledwie zza lasu wstawało, a my już kosiliśmy na całego: świst-kosą, świst-kosą…

Upał jak w piekle, bąki gryzły jak oszalałe!

A w tamtym roku, pamiętam, dzików w lesie nalęgło się jak mrówków!

Zaraz, obiad się zbliżał, a wszyscy już styrani po uszy. Kosiło się nie pierwszy dzień…

Ech, głąbie, wymyśliłeś, co tu wspominać Bogusi pewnie nie ciekawi.

Przeciwnie, słucham z ogromnym zainteresowaniem!

No to patrzę na ludzi i myślę: trzeba ich jakoś ożywić. I postanowiłem zażartować, chyba z tej gorączki się tak zebrało

Porzucam kosę, biegnę ile sił i wrzeszczę: Uciekajcie! Dziki idą!

I sam, z rozpędu na drzewo. Patrzę, a reszta też porzuciła narzędzia i lezą na drzewa…

Hahaha! I co potem?

Potem baby i chłopy chcieli mnie widłami pogonić! Ale była z tego korzyść robota poszła raźniej!

Teściowa aż pacnęła męża w ramię:

No ty to masz pomysły, rudzielcu!

Tato, lepiej o prawdziwych dzikach opowiedz!

Mogę i o prawdziwych… To było tak…

Ja i Zośka byliśmy wtedy młodzi, o Pawle jeszcze nie marzyliśmy. Wielki zapał do polowań mnie trzymał, ale po tej historii odłożyłem broń na zawsze.

Pamiętam, śnieg leżał, mówię do Zośki: Idę na polowanie.

Idź, mówi.

Więc wziąłem dubeltówkę i poszedłem… Błąkam się po lesie, patrzę, niczego nie ma. Zmierzcha się już. Już miałem wracać, aż tu słyszę, dziki blisko. Podchodzę, strzelam chybiłem. I wtedy na mnie stary odyniec ruszył! Uciekłem, wspiąłem się na drzewo sam nie wiem jak!

Pewnie, iż byłeś blady z przerażenia! dodała teściowa.

Nie przerywaj! Siedziałem na tym drzewie, ani żywy, ani martwy. Myślę dziki odejdą, zlecę do domu. Nic z tego! Odyniec zaczął ryć ziemię pod drzewem, a cała wataha z nim została.

O matko! otworzyłam szeroko oczy. I co dalej?

Tak, Bogusiu! Siedziałem prawie całą noc, jak kukułka przy drzewie. Dobrze, iż nie było wielkiego mrozu, bo bym zamarzł.

A ja Pawła już opłakiwałam, oczu nie domknęłam! Jak tylko świt, zebrałam chłopów ze wsi i poszliśmy szukać. Wołali, wołali i znaleźli. Musiałam pół kilometra na plecach tego uparciucha nieść, zanim wrócił do siebie.

Twarda z ciebie babka!

Daj spokój, urwisie! Bogusiu, napijesz się herbatki? Mam z dziką różą i domowy miód.

Bardzo chętnie, dziękuję.

Zofia rozlała po kubkach pachnącą, gorącą herbatę.

Paweł, opowiedz, jak tata ciotkę uleczył!

Teść mało nie zakrztusił się herbatą i wybuchnął śmiechem:

Kiedyś ciotka Zośki przysłała telegram: Przyjeżdżam! Ucieszyliśmy się, przyjęliśmy jak trzeba. Przy obiedzie mówi nagle: Nogi mnie nie noszą, strasznie bolą.

Co się dzieje? pytamy.

Nie wiem, do lekarza się nie zbiorę.

A próbowałaś się pszczołami leczyć? pytamy.

Jak mam znaleźć pszczoły w mieście?

Chodź ze mną do uli zaraz cię wyleczę!

O, lekarz domowy! roześmiała się teściowa.

No i poszliśmy do uli. Mówię: podwiń sukienkę wyżej… Nie za wysoko, ponad kolano… Na każdą nogę po jednej pszczole.

Ciotka jeszcze podziękowała, ale po chwili zaczęła kląć, jak nie przymierzając, szewc! Okazało się, iż ma alergię na jad pszczeli i spuchła tak, iż ledwie mogła chodzić!

Mówię taki z ciebie doktor!

Skąd miałem wiedzieć o tej alergii! Ani ona, ani ja nie wiedzieliśmy… Bogusiu, jedz miód, śmiało. Mam nadzieję, iż nie masz uczulenia?

Nie, panie Franciszku!

Chwała Bogu…

Dopiłyśmy herbatę.

Za oknem zapadał zmrok, ogarnęło mnie zmęczenie.

Teściowa zasłoniła firanki:

Pawłek, gdzie wam pościelić?

Mamo, możemy na piecu? Bogusiu, odpowiada ci spanie na piecu?

Oczywiście!

Zaraz wszystko przygotujemy!.. Tata własnymi rękami stawiał ten piec, cegła po cegle! pochwaliła się teściowa.

Franciszek spojrzał z dumą.

A miał się czym chwalić piec nie tylko ogrzeje, ale i do stołu zwoła. To serce domu, bijące, ciepłe, łączące rodzinę.

Podziękowaliśmy gospodyni i wstaliśmy od stołu. Paweł pomógł mi wspiąć się na piec, poklepał z namysłem w plecy.

Z półki powyżej, z mroku, dochodził aromat zbierany przez lata: wypalanej cegły, suszonych ziół, owczej wełny, świeżego chleba.

Paweł zasnął natychmiast, ja jednak długo nie mogłam zmrużyć oka.

Co to takiego?

Po prawej ktoś głośno dyszał:

Fiu-fiu, fiu-fiu…

Domowy duszek! Przecież czytałam

I przypomniała mi się dziecięca wyliczanka:

Duszku domowy, my się z tobą nie bawimy!

Rankiem poznałam prawdę: nie duszek to, ale rozczyn na chleb, który teściowa postawiła w cieple i najzwyczajniej o nim zapomniała.

Jeszcze niejeden raz wrócimy do gościnnego domu rodziców Pawła posłuchać opowieści pana Franciszka, ogrzać się przy piecu i zjeść kawałek domowego chleba.

Ale o tym może następnym razem.

Bo najważniejsze w życiu to mieć swoje miejsce i ludzi, z którymi ogrzeje cię nie tylko piec, ale i serce a takie ciepło zostaje już z tobą na zawsze.

Idź do oryginalnego materiału