Razem z mężem przyjechaliśmy na wieś w odwiedziny do jego rodziców. Mama Janusza, wychodząc na ganek i stawiając ręce na biodrach jak prawdziwa gospodyni, zawołała dramatycznym głosem:
Ojejej, Januszek! Czemu nie uprzedziłeś? Widzę, nową osobę przywiozłeś?
Janusz przygarnął mnie mocno do siebie:
Poznaj, mamo moja żona, Genowefa.
Ta góra w falbaniastym fartuchu, z szeroko rozstawionymi rękami, rzuciła się na mnie:
No witaj, synowo!
I tradycyjnie trzy razy soczyście mnie wycałowała.
Od Józefy Radosz czuć było intensywnie czosnkiem i świeżym chlebem z pieca. Teściowa tak mnie uściskała, iż aż się przeraziłam.
Moja głowa utkwiła między dwoma solidnymi poduszkami jej piersiami.
Nagle odsunęła mnie, zmierzyła wzrokiem od stóp do głów i pyta:
Janek, gdzieś ty taką drobnicę wytrzasnął?
Mąż zaśmiał się krótko:
Wiadomo gdzie w mieście! W bibliotece. Tata w domu?
U sąsiadki piec naprawia. No chodźcie, do środka, tylko buty zdejmijcie właśnie podłogę umyłam.
Przez okno zaglądały ciekawskie dzieciaki z podwórka, usta otwarte jak na premierze w cyrku.
Staś, leć do pani Nowakowej, powiedz, iż Janusz z żoną przyjechał!
Już lecę! odkrzyknął chłopak i pognał ulicą.
Weszliśmy do izby.
Janusz zdjął ze mnie modne, choć przecenione w outlecie płaszczyko-kurtko-coś, powiesił przy piecu.
Potem przyłożył moje czerwone od mrozu dłonie do białej ściany pieca, przytulił policzek:
O, moja karmicielko! Dalej ciepły
Z kuchni zadźwięczały żeliwne gary, stukały gliniane kubki i aluminiowe łyżki, a w powietrzu rozbrzmiała zapowiedź uczty.
Podczas gdy teściowa krzątała się wokół stołu, ja ciekawie rozglądałam się po wiejskim domu.
W kącie wisiały święte obrazki, w oknach firaneczki w kwiaty, na podłodze i taboretach domowe kilimy. Obok pieca drzemał rudy kot, demonstracyjnie odwrócony od świata.
Tydzień temu ślub wzięliśmy rzucił nieco opóźnionym głosem Janusz.
Byłam w szoku, jak gwałtownie stół pokrył się jedzeniem!
W samym środku pyszniła się galareta z nóżek, obok kiszona kapusta i pomidory; z pieca świeże mleko pod pierzynką kożucha; placek z jajkiem i szczypiorkiem.
Aj, jak bardzo chciało się jeść!
Mamo, wystarczy już na tydzień tego narobiłaś! mruknął Janek, odgryzając kawałek domowego chleba.
Teściowa postawiła przy galarecie zapoconą ćwiartkę i zadowolona otarła ręce o fartuch:
No, teraz już wszystko gotowe.
Tak właśnie poznałam Januszową mamę.
Matka i syn byli do siebie podobni, jak dwie krople wody oboje czarni, z buraczkowym rumieńcem na policzkach. Tylko mój Janeczek był łagodny i spokojny, a teściowa jak letnia burza: nagła i głośna.
Domyślam się, iż nie jeden niepokorny koń był przez nią okiełznany, nie jeden płonący stóg ugaszony…
W sieni trzasnęły drzwi. Do kuchni, wpuszczając chmurę zimna, wszedł niski mężczyzna.
Facet malutki jak paluszek klasnął w dłonie z radości:
Ale numer, jasna cholera!
Nie zdejmując sfatygowanej kufajki przesiąkniętej dymem, uściskał syna.
No cześć, stary!
Łapy umyj, a potem się przywitaj! huknęła teściowa.
Facet ścisnął mi rękę:
Dzień dobry, panienko!
Teść miał wesołe, sprytne niebieskie oczy, rzadką rudą bródkę i równie rude, miedziane loki.
Mamo, nalej mi tych twoich kapuśniaków! głośno poprosił Wacław Janusz.
Wznieśliśmy szklanki:
Na zdrowie, kochani!
Po zjedzeniu i popiciu nabrałam odwagi:
Wacław Janusz, czemu w waszej rodzinie wszyscy nazywają się Janusz?
A bo to proste, Gieniu! I dziad, i tata, i ja wszyscy piekarze od pokoleń.
Tylko Janek tu, skinął na syna, na tokarkę się uparł.
Tokarze też Polsce potrzebni!
Wacław Janusz, piec budować to trudna sprawa?
Oj dziewczyno, to wyższa szkoła jazdy! uniósł palec teść. Musi być ładnie, musi nie dymić i żeby chleb od niej palce lizać. Nie patrz, iż taki wątły jestem! My, rudzi, twarda rasa, przez słońce wyselekcjonowana!
Janusz umie wszystko! dorzuciła teściowa.
Tato, opowiedz jakąś historię, posłuchamy!
Teść westchnął, pogładził brodę, zerknął figlarnie:
Cóż, skoro chcecie, to słuchajcie. Bajka numer jeden
Pojechaliśmy raz w lipcu na siano. Mieliśmy wtedy Rudawkę, pamiętasz, mamo? Nie krowa, a stutonowy chodzący mleczarnia. Jechaliśmy na łąkę całą bandą baby, chłopy, no i my z Józefą.
Słońce jeszcze za borami, a my już kosiliśmy, ile wlezie: szur-szur, szur-szur…
Upał taki, iż mucha by padła, a bąki cięły jak komary!
A w tym roku, pamiętam, dzików w lesie wysypało, gdzie spojrzysz.
Zaraz czas obiadu… wszyscy styrani na amen.
Ech, głupoty wspominasz! Gieni nie będzie ciekawić.
Właśnie iż ciekawi!
No to patrzę na ludzi i myślę: może trochę rozruszam towarzystwo i walnę żartem. Może mi od tej spiekoty przygrzało w głowę…
Odstawiam kosę, biegnę jak dzik, ryczę: O rety! Do drzew, dziki idą! i sam na drzewo, ile sił.
Patrzę, cała ferajna rzuciła sprzęty i też na klonach!
Ha, ha, ha! A co dalej?
Dostałem później od chłopów i bab miotłą, ale dziwna rzecz, robota od razu szybciej poszła.
Teściowa nie wytrzymała i pacnęła męża ścierką:
Ty łobuz rudzielec!
Tato, opowiedz lepiej o PRAWDZIWYCH dzikach.
Też mogę. A było to tak…
Byliśmy młodzi z Józefą, Janka jeszcze nie planowaliśmy.
Byłem wtedy zapalonym myśliwym, ale od tamtego zdarzenia dałem sobie spokój.
Pamiętam, śnieg świeży spadł, mówię do Józki: Idę na polowanie!.
Idź, mówi.
Wziąłem strzelbę, chodzę po lesie godzinę, nic. Już miałem wracać, aż tu nagle dziki tuż-tuż. Przysiadam, strzelam, pudło. I wtedy jeden odwraca się i pędzi prosto na mnie! Lecę na drzewo, nie wiem, jak wlazłem.
Ze strachu ledwo żyły podsumowała teściowa.
Nie przerywaj! Wlazłem na drzewo, siedzę jak koala półżywy. Myślę: Odejść powinni, wrócę do domu! Ale gdzie tam, dzik pod drzewem zaczął ryć ziemię, aż w końcu położył się pod moim drzewem wraz z całym stadem.
No nie! Co potem?
A potem siedziałem na drzewie całą noc, ścisnęty do gałęzi. Dobrze, iż mróz lekki, bo byłoby po mnie.
Ja go wtedy szukałam, dawniej nie było telefonu! Ledwie świt się zbielił, zebrałam chłopów, wszyscy go do lasu szukali. Jakoś znaleźliśmy, na barana wynosiłam przez kilometr, dopóki mu nie przeszło.
Tyś nie baba, tyś miód i mleko!
Daj spokój… Gienia, napijesz się herbatki? Z lipy i dziurawcem, miodu domowego też mam.
Bardzo chętnie, dziękuję.
Józefa rozlała aromatyczną herbatę do kubków.
Janek, ty jeszcze opowiedz, jak moją siostrę leczyłeś.
Teść mało się nie zakrztusił herbatą, parsknął śmiechem:
Szwagierka przysłała telegram: Przyjeżdżam! Wiadomo cieszymy się. Gości u nas, przy obiedzie skarży się: Nogi mnie bolą, nie mogę chodzić.
Co się dzieje? pytamy.
Nie wiem, muszę do przychodni, ale ciężko się zebrać.
Próbowałaś pszczołami się leczyć?
A gdzie ja pszczoły w mieście znajdę?
No to, Terenia, idziemy do uli, zaraz cię wyleczę!
Wielki doktor, ha, ha! śmiała się teściowa.
No i przyszliśmy pod ule. Mówię: podciągnij kieckę wyżej nie za wysoko tak powyżej kolana Na każdą nogę dałem po pszczole.
Terenia podziękowała, a po pół godziny wiązała mnie od stóp do głów! Okazało się, iż ma uczulenie na jad pszczeli i nogi jak bańki, chodzić nie mogła!
Mówiłam doktor Cierniowski!
Skąd mogłem wiedzieć o alergii? Ty nie wiedziałaś, ja też nie Gienia, jeszcze miodku?
Z przyjemnością, Wacławie Januszu!
No to dobrze…
Wypiliśmy herbatę.
Za oknem ciemno, mnie mgliło ze zmęczenia.
Teściowa zasłoniła firanki:
Januszku, gdzie wam pościelić?
Mamo, można na piecu? Gieni, odpowiada ci piec?
Oj, bardzo odpowiada!
No to zaraz! Tata własnymi rękami ten piec budował, cegła po cegle, pochwaliła się teściowa.
Teść spojrzał z dumą.
I miał powód! Piec ogrzewał, karmił i zbierał rodzinę razem.
Ogień w nim jasny jak życie!
Podziękowaliśmy i wstaliśmy od stołu. Mąż, lekko mnie klepiąc po biodrze, podsadził mnie na piec.
Z ciemności, z półki, uderzył mnie zapach: cegły hartowanej ogniem, suszonych ziół, owczej wełny, chleba wyrastającego nocą.
Janusz chrapał już jak bóbr, a mnie sen nie brał.
No co jest? Obok ktoś ciężko oddychał:
Chrap-chrap, chrap-chrap
Duch domowy! Na pewno duch! przypomniałam sobie z dzieciństwa rymowankę:
Duchu, duchu, my się nie boimy ciebie!
Dopiero rano dowiedziałam się prawdy: żadna zjawa to ciasto drożdżowe, które teściowa dała do wyrośnięcia przy piecu, a potem zapomniała.
Jeszcze nie raz odwiedzimy ten gościnny dom by posłuchać opowieści Wacława Janusza, ogrzać się przy piecu, najeść się domowego chleba.
Ale o tym… może innym razem!
















