Jak okiełznałam męża – Opowieść o Natalii, pięciu transfuzjach, kotach, psie i nowej sile w małżeńst…

polregion.pl 3 dni temu

Dziennik, 14 marca

Dziękuję serdecznie za wsparcie, polubienia, komentarze i każde miłe słowo pod moimi opowieściami. Szczególne ukłony przesyłam wszystkim za kawę postawioną mi i moim pięciu kotom to prawdziwa radość. jeżeli któryś z moich tekstów się spodoba, nie wahajcie się, by podzielić się nim ze znajomymi w mediach społecznościowych niech nam przybywa czytelników!

Po wyjściu ze szpitala Barbara czuła się lepiej i miała zamiar wrócić do swoich codziennych obowiązków od samego rana.

Jednak kiedy się obudziła, ogarnęła ją niespodziewana niechęć.

Jej mąż, Janusz, już rozgrzewał stawy od zawsze był bardzo ruchliwy, a choćby na emeryturze nie pozwalał sobie na lenistwo. Każdy dzień zaczynał od zestawu ćwiczeń na kręgosłup i kolana.

Basia zwykle pędziła najpierw do kotki Fruzi, by posprzątać jej kuwetę, potem karmiła Fruzię oraz psa Azora, sprzątała przedpokój i kuchnię po nocnych harcach futrzaków. Spieszyła się też, by natychmiast wyjść na pierwszy spacer z Azorkiem.

Za dnia chodzili z Januszem na dłuższe spacery do parku, korzystając z ciszy i świeżego powietrza. Ale rano, kiedy mąż ćwiczył, ona musiała ogarnąć wszystko.

Potem szybkim krokiem wracała ze spaceru, by przygotować śniadanie: najczęściej twarożek z miodem i bakaliami albo leniwe pierogi, czasem jajecznica, innym razem jajka na miękko.

Barbara twierdziła, iż ta poranna bieganina to jej własna gimnastyka, ale lekarze ze szpitala, gdy dowiedzieli się o jej trybie życia, upierali się przy wykonywaniu prawdziwych ćwiczeń. Powtarzali, iż domowa krzątanina nie zastąpi codziennego ruchu.

Janusz po swojej gimnastyce zbierał pościel i często narzekał, iż to niemęskie zajęcie i iż cały dom na jego głowie. Dwa razy w tygodniu wrzucał pranie do pralki, odkurzał podłogę, i to zawsze z uwagą, iż Basia jak zwykle czegoś nie zrobiła dokładnie.

No i zmywał naczynia po śniadaniu uważał, iż to dla niego wielka pomoc dla żony.

Po śniadaniu Barbara brała się za gotowanie obiadu, a potem siadała przy komputerze. Na emeryturze dorabiała jeszcze trochę w internecie, bo nie lubiła oglądać każdej złotówki przed wydaniem.

Janusz z kolei wyśmiewał te jej dorobki i nie widział sensu w kupowaniu nowych rzeczy przecież w szafach pełno ciuchów!

Basia zwykle ulegała mężowi, nie sprzeczała się nigdy o nic. Nie przywiązywała zbytniej wagi do garderoby, szczególnie, iż Janusz często zachwycał się, jak młodo wygląda w porównaniu do ich znajomych.

Nie protestowała też, kiedy kupował już trzecią wiertarkę czy kolejne narzędzie i na to zresztą szły jej mizernie zarobione pieniądze.

Lecz nagła choroba wszystko wywróciła. Sama się przestraszyła…

Znalazła się w szpitalu, bo zemdlała na ulicy w drodze do sklepu.

Lekarze patrzyli z niedowierzaniem na jej wyniki badań były fatalne.

Janusz, widząc ją białą jak papier pod kroplówką, też się porządnie przestraszył. Ledwo dawał sobie radę w domu i dopiero wtedy zauważył, jak dużo jest do zrobienia.

Nic dziwnego, iż nie mógł się doczekać, kiedy żona wróci do domu. Kochał ją bardzo, naprawdę się przejmował…

Pierwsze dni po wypisie Basia leżała, jak zalecili lekarze. Janusz troskliwie się nią zajmował i co chwilę pytał:
No i jak, Basiu, lepiej? Nie do końca? Ale wyglądasz o niebo lepiej, ta bladość znikła!

Śmiał się:
Nie przeleż za dużo, bo ci się chodzenie odechce. Czas już wracać do normalności

Barbara zgadzała się z nim, ale nie całkiem. Bo tego ranka nie poczuła chęci do powrotu w wir domowych obowiązków.

Spojrzała na Janusza, który skupiony wykonywał ćwiczenia. Wyczuła, iż znowu czeka, aż ona weźmie się za swoje sprawy.

I pierwszy raz od lat zobaczyła w nim nie tylko oddanego męża, ale też kogoś, kto chyba zupełnie nieświadomie znów chce zrzucić na nią nie do uniesienia ciężar.

Poczuła bunt.

Przypomniała sobie słowa lekarki, powiedziane wtedy bardzo dobitnie, dźwięczące w uszach jak dzwon:

Nie myśli pani o sobie i do tego przyzwyczaiła męża. Wydaje mu się, iż wszystko przychodzi pani bez wysiłku. Robi pani wiele, nigdy się nie skarżąc i z uśmiechem na twarzy. A przecież trafiła pani tu z ostrą anemią, wyniki ma pani trzy razy poniżej normy. Chce pani jeszcze pożyć?

W szpitalu podali jej kroplówkę, potem pięć razy przetaczali krew, aż wyniki wreszcie się poprawiły.

To było jej pierwsze w życiu przetoczenie patrząc na czerwoną krew płynącą przez cienką rurkę do jej żyły, myślała:

Niesamowite, życie ofiarowało mi pięciu nieznajomych ludzi. Żyję dzięki nim. Teraz coś obcego krąży w moich żyłach. Może mnie to odmieni?

Pewnie to nie przypadek, iż przyszły jej do głowy takie myśli.

Po powrocie do domu nagle poczuła, iż nie ma najmniejszej ochoty, by znów podporządkowywać się mężowi.

Owszem, kochała Janusza i on też ją kochał. On, choć marudził, wykonywał wiele rzeczy, których inni mężczyźni by się nie podjęli. Ale wciąż uważał własne sprawy za najważniejsze, a jej za nieistotne.

Dawniej Barbara przymykała na to oko była łagodna. Teraz jednak poczuła w sobie jakąś odmianę.

Postanowiła poświęcać więcej czasu sobie i starym pasjom na przykład spróbować znów zagrać na pianinie, które od dawna tylko zbierało kurz, a może jeszcze czymś innym, czego jeszcze nie potrafiła nazwać.

Wstała, zamyślona, i zaczęła ćwiczyć razem z Januszem. Mąż zaskoczony zapytał:

Co ci tam w szpitalu zrobili? Znów chcesz, żeby ci się chciało, na stare lata? Przecież wyglądasz świetnie, idź, nakarm Fruzię i Azorka, a potem śniadanie, przecież głodni jesteśmy

Lekarka mi kazała odpowiedziała Basia zdecydowanym tonem, który zdziwił Janusza. Powiedziała, iż jeżeli nie zacznę ćwiczyć, długo nie pożyję. Chcesz mnie stracić?

Zobaczyła, jak Janusz zaniemówił. Ale chyba uznał, iż to chwilowy kaprys, przejdzie jej i nie próbował choćby protestować, kiedy Basia po ćwiczeniach zarządziła:

Teraz, ja karmię Fruzię i Azora, a ty idziesz z psem na spacer. Dzięki temu szybciej zjemy śniadanie!

Zaskakujące, jak łatwo się zgodził.

Czułem w sobie dziwną energię, jakby pięć różnych sił podpowiadało mi, iż mam prawo egzaminować swoją starą garderobę i kupić sobie coś nowego, na co sam zarobiłem.

Przekonywały mnie, iż ćwiczenia to moja rzecz, i warto stać się bardziej wysportowanym, a nie zardzewiałym samochodem, i może warto wrócić do muzyki.

Doszedłem do wniosku, iż znalazłem w sobie pięć konkretnych nowych postanowień. I wtedy mnie oświeciło.

Przecież miałem pięć transfuzji od pięciu różnych osób. Ta nowa siła, odwaga to może ich wpływ? Mówią, iż przy przeszczepach serca pacjentom zmieniają się upodobania, pojawiają się nowe talenty czy wspomnienia Może i u mnie stało się coś podobnego, tylko w inny sposób?

Patrząc dziś na Janusza, nie czułem już tej starej pokory. Obudziła się we mnie pewność siebie, podsycana nie tylko słowami lekarza, ale też świeżą energią, której wcześniej nie znałem.

Widziałem, jak Janusz stara się zrozumieć, czemu nagle wszystko wygląda inaczej ten jego bezpieczny świat, w którym Basia była zawsze cicha, cierpliwa, przewidywalna, nagle się rozpadał.

Janusz, wiesz co? powiedziałem mu, już bez obawy przed jego zdziwieniem Zrozumiałam, dlaczego zawsze uważałeś, iż nic nie robię. Po prostu nie widziałeś, jak bardzo się staram, jak się męczę, jak dbam, żebyś miał dobrze.

Ale teraz, już będziesz widział. Nie zdziw się, jak wylecę z szafy z większością sukienek i płaszczy i kupię sobie nowe. A poza tym wracam do pianina śmiałeś się kiedyś, iż skończyłam szkołę muzyczną i gram tylko Mazurek Dąbrowskiego i Sto lat. No to słuchaj

Otworzyła klapę pianina, położyła dłonie na klawiszach i zagrała coś pięknego, znajomego a jednak zapomnianego.

Janusz patrzył na Basię z podziwem i szepnął:
Basieńko, jak ty to robisz, przecież nie grałaś tego nigdy! Całkiem inna kobieta z ciebie

W jego oczach widać było zdziwienie, a może choćby lekki strach.

Przyzwyczaił się do jednej Barbary, a teraz stała przed nim nowa: silna, pewna siebie. Ta zmiana była dla niego tajemnicą, ale patrzył z zachwytem.

Basia uśmiechnęła się szczerze już nie jak dawniej, przepraszająco, ale z prawdziwą radością. Czuła w sobie ogień, rozpalony pięcioma nowymi iskrami. Ten ogień dawał nie tylko szansę przetrwania, ale i prawdziwego życia.

Takiego, w którym ważne są także moje potrzeby, pragnienia i marzenia. Może też poczuję nową, dojrzalszą miłość do męża opartą na wzajemnym szacunku, a nie na poświęceniu.

Nie wiem kim byli ci dawcy, ale jestem pewna, iż mieli w sobie siłę i pasję.

Nie tylko uratowali mi życie sprawili, iż zaczęłam naprawdę żyć.

Janusz patrzy na swoją Basię z podziwem.

Mówią, iż nie warto pytać, dlaczego przyszła choroba albo kłopoty. Ważniejsze, po co przyszły i czego mają nas nauczyć. Może dane mi było to wszystko przeżyć, by docenić piękno życia na nowo.

Cieszę się każdą wiosną i zimą, słotą i mrozem. Każdy dzień jest piękny i niebo, i pierwszy, i ostatni promień słońca.

Miłe są uśmiechy bliskich, ich wsparcie i choćby ich słabości. Przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi

A męża, choćby jeżeli marudzi czy zrzędzi, trzeba czasem ustawić niech sobie przypomni, iż jest mężczyzną.

Póki możemy, żyjmy na całego i doceniajmy każdy dzień, bo inaczej nie warto żyć.

Idź do oryginalnego materiału