Okiełznać męża. Wspomnienie
Serdecznie dziękuję za wsparcie, za lajki, wszystkie komentarze, za zainteresowanie moimi opowieściami, za subskrypcję i OGROMNE podziękowania za każdy grosz dorzucony przez Was ode mnie i moich pięciu mruczków!
Podzielcie się, proszę, opowiadaniami, które Wam się spodobały, w swoich mediach społecznościowych autorowi naprawdę robi się miło!
Po szpitalu Genowefa poczuła się lepiej i planowała od rana zająć się znów swoimi codziennymi obowiązkami.
Jednak gdy się obudziła, coś w niej zaprotestowało głęboko w środku.
Jej mąż, Andrzej, już od wczesnych godzin wyginał się na swojej macie do ćwiczeń. Sportowy typ, choćby na emeryturze nie porzucił swoich nawyków. Każdy dzień zaczynał się od zestawu gimnastyki na bolące stawy.
Genowefa zwykle pędziła najpierw do kotki Balbinki, by wyczyścić jej kuwetę.
Potem karmiła swoją ulubioną Balbinkę i wiernego pieska Tośka, porządkowała ślady ich nocnych harców w korytarzu i kuchni. Chciała jak najszybciej wyprowadzić Tośka na poranny spacer.
Popołudniami i wieczorami wychodzili już razem, z Andrzejem, w zapomniane alejki parkowe, radując się ciszą. Ale rano, kiedy Andrzej dbał o siebie, Genowefa musiała zrobić mnóstwo rzeczy sama.
Błyskawicznie więc wracała ze spaceru, by przygotować im tradycyjne, proste śniadanie. zwykle był to twaróg z miodem i bakaliami albo serniczki, czasem na zmianę omlet, jajecznica lub jajko na miękko.
Uważała te poranne harce za swoją własną gimnastykę, ale w szpitalu, po rozpoznaniu wszystkim jej zajęć, lekarze nalegali na prawdziwe ćwiczenia, takie, jakich nie zastąpi żadna domowa krzątanina.
Andrzej zaś, skończywszy swoje ćwiczenia, ścielił łóżko, narzekając nieraz, iż to nie robota dla faceta i iż cała domowa odpowiedzialność spada na niego. Dwa razy w tygodniu nastawiał pranie w pralce, odkurzał podłogi, czasem z przekąsem zauważając, iż Genowefa znowu nic nie zrobiła porządnie.
Ostatecznie zmywał też naczynia po śniadaniu, uznając, iż to jest jego maksymalne wsparcie dla żony.
Po śniadaniu Genowefa przygotowywała obiad, a potem siadała przy komputerze.
Od kiedy przeszli z Andrzejem na emeryturę, dorabiała sobie trochę, nie chcąc oglądać się na marną emeryturę i liczyć każdego grosza.
Andrzej uważał jej dodatkową pracę za śmieszną i niepotrzebną, a chęć kupowania czegoś nowego za rozpustny wydatek. Ubrania przecież szafy nam wypychają!
Genowefa najczęściej ustępowała mężowi, nie sprzeczała się.
Nie przywiązywała wagi do ciuchów, szczególnie, iż Andrzej co krok chwalił, jak pięknie wygląda na tle innych z ich pokolenia. I nie narzekała, gdy mąż nabywał już kolejny wkrętak czy co mu tam wpadło w oko za jej niby śmieszny zarobek.
Jednak nagła choroba wszystko odmieniła tak mocno, iż sama się tego przestraszyła…
Zabrano ją do szpitala prosto z ulicy, gdy szła do sklepu upadła zemdlała. Lekarze byli w szoku, iż jeszcze sama się poruszała, bo wyniki miała tragiczne.
Nawet Andrzej się przeraził, gdy zobaczył ją bladą, pod kroplówką, kiedy pozwolono mu ją odwiedzić. Sam w domu ledwo dawał sobie radę z codziennością, zdumiewając się, ile iż tych drobnych spraw w ogóle jest.
Nie mogąc się doczekać, kiedy wypiszą jego ukochaną żonę do domu, chodził spięty. Bo naprawdę ją kochał i bardzo o nią się martwił…
Przez kilka pierwszych dni Genowefa zgodnie z zaleceniami lekarzy leżała i odpoczywała. Mąż troskliwie się nią opiekował i ciągle pytał:
I jak, Genka, już ci lepiej? Jeszcze nie bardzo? Ale wyglądasz jak dawniej, nie jesteś taka blada jak wtedy.
I żartował:
A nie poleż za długo, bo chodzenia zapomnisz leżysz tyle, to zdrowe nie jest. Już pora wracać do normalnego rytmu…
Genowefa zgadzała się z częścią tego, co mówił, ale nie ze wszystkim. I dziś rano, budząc się, pierwszy raz od dawna nie miała ochoty rzucać się w wir obowiązków.
Spojrzała na Andrzeja, który ponownie skupiony, wyczyniał swoje wygibasy i spodziewał się, iż i ona niedługo ruszy ciągnąć swoją część.
Ale wtedy Genowefa po raz pierwszy od wielu lat nie zobaczyła w nim zatroskanego męża, ale człowieka, który, pewnie sam tego nie rozumiejąc, chce znowu zarzucić ją nie do udźwignięcia ciężarem.
I poczuła bunt! Silny, wyraźny.
Przypomniały jej się słowa lekarki z tamtego dnia wypowiedziane tonem strofującej matki, natarczywe, brzęczące w głowie jak dzwon.
O sobie pani wcale nie myśli i męża do tego przyzwyczaiła. Jemu się wydaje, iż pani wszystko idzie ot, tak, a pani w ogóle się nie męczy. A pani codziennie robi wszystko z uśmiechem, bez słowa skargi!
Do szpitala przyjęliśmy panią z ostrą anemią, wyniki trzy razy poniżej normy pani chce żyć?
Od razu dostała kroplówki, potem siedziała podpięta do transfuzji aż pięć razy, aż badania wróciły do normy.
To były jej pierwsze transfuzje w życiu. Patrząc na przejrzystą rurkę z obcą krwią płynącą do jej żyły, myślała:
No proszę, wlali mi krew aż od pięciu obcych ludzi. Uratowali mi życie. Teraz jest we mnie coś obcego, to dziwne a może to coś mnie zmieni?
Najwyraźniej te myśli nie przypadkiem przyszły jej do głowy.
Gdy wróciła do domu, ze zdziwieniem poczuła, iż nie zamierza już tak zapamiętale zadowalać wszystkich wokół choćby ukochanego Andrzeja.
Tak, kochała go, on ją też. Często pomstował, ale i tak robił w domu więcej niż niejeden facet. Tyle iż zawsze swoje domowe zasługi wyolbrzymiał, jej pomniejszał.
Dawniej Genowefa wzruszała na to ramionami miała z natury dobre serce. Teraz jednak w niej coś pękło zmieniła się.
Nagle poczuła chęć robić też coś dla siebie, wrócić do dawnych pasji. Na przykład pograć na pianinie, które stało się już meblem do odstawiania kwiatków, albo spróbować czegoś, czego sama jeszcze nie odkryła.
Wstała i, zamyślona, zaczęła ćwiczyć obok Andrzeja. Ten aż przystanął i ze zdziwienia aż parsknął:
Co, przetrenowali cię w tym szpitalu? Na stare lata chcesz zacząć dbać o sylwetkę, Genka? Przecież wyglądasz świetnie, lepiej idź kota z psem nakarm i śniadanie zrób, bo głodny jestem.
Lekarka mi kazała odparła Genowefa, tym razem tonem, jakiego Andrzej u niej nie znał i dodała chropawym, twardym głosem: Powiedziała, iż inaczej długo nie pożyję. A może ty chcesz mnie tu wykitować?
Mąż aż przysiadł z wrażenia, tak go jej bezpośredniość zbiła z tropu. Najwyraźniej uznał, iż żonie przejdzie, pewnie szpital tak na nią wpłynął, więc na wszelki wypadek nie marudził, gdy po ćwiczeniach Genowefa powiedziała:
Słuchaj, ja teraz karmię Balbinkę i Tośka, a potem ty wyprowadzasz psa. Ja w tym czasie szykuję śniadanie tak będzie szybciej!
Sama się zdziwiła, jak łatwo Andrzej się zgodził. W głębi duszy zaś poczuła dziwny rozgardiasz.
Jakby nagle pojawiła się w niej nowa siła, a raczej pięć nowych sił, podpowiadających, iż ma prawo wyrzucić stare sukienki i płaszcze i wreszcie kupić sobie nowe, bo sama już na nie dawno zarobiła.
Szepty, iż powinna robić ćwiczenia, być sprawną, nie łamagą, i iż warto wrócić do gry na pianinie.
Zliczyła tych nowych postanowień pięć i z przerażeniem pomyślała:
Tak! Przecież miałam pięć transfuzji, od pięciu osób. I teraz ta siła i odwaga do konkretnych zmian to jakby dar od nich!
W końcu przy przeszczepach serca mówi się, iż coś się przekazuje preferencje, wspomnienia, talenty. Ileż to osób po ciężkich operacjach odkryło w sobie talenty, o których wcześniej nie mieli pojęcia?
Patrząc teraz na Andrzeja, miała już w oczach nie dawne podporządkowanie, tylko pewność i siłę zaklętą w słowach lekarki i w tym nowym, tajemniczym przypływie energii.
Widziała jak mąż próbuje zrozumieć, co tu się adekwatnie stało, jak jego świat, w którym Genowefa zawsze była cicha, posłuszna i wygodna zaczyna się sypać.
Wiesz, Andrzej powiedziała, już bez dawnych obaw o jego reakcję chyba zrozumiałam, czemu uważałeś, iż nic nie robię. Ty po prostu nie widziałeś. Nie widziałeś jak się staram, jak się męczę, jak wszystko robię, by ci żyło się lepiej.
Ale teraz, myślę, będziesz widzieć wszystko. Nie zdziw się, jak wyrzucę wszystkie stare kiecki i płaszcze, i kupię nowe. I wrócę do pianina sam drwiłeś, iż po szkole muzycznej umiem tylko Dla Elizy i Idzie kominiarz. To słuchaj…
Otworzyła klawiaturę pianina, położyła dłonie na klawiszach i zaczęła grać coś pięknego, zapomnianego, ale do bólu znajomego.
A Andrzej patrzył na nią z zachwytem, z niedowierzaniem, może i z nutką strachu.
Był przyzwyczajony do jednej Genowefy, a teraz miał przed sobą zupełnie inną silniejszą, zdecydowaną. Ta przemiana była dla niego tajemnicza i trochę przerażająca.
Genowefa się uśmiechnęła.
Już nie smutno, przepraszająco, ale naprawdę całą sobą. Czuła w środku, jak rozpala się ogień, rozhuśtany pięcioma nowymi iskrzościami życia. Ten ogień dawał jej coś więcej niż przetrwanie obietnicę, iż będzie naprawdę żyć.
Żyć pełnią, mieć czas dla siebie i swoich pragnień. I może choćby zbudować z Andrzejem miłość na nowo zdrowszą, opartą na wzajemnym szacunku, nie wyrzekaniu się siebie.
Nie wiedziała kim naprawdę byli jej dawcy, tych pięciu nieznajomych, ale czuła, iż to musiały być silne, utalentowane osoby.
Nie tylko uratowali jej życie, ale sprawili, iż znowu staje się ono pełne, prawdziwie szczęśliwe.
Andrzej patrzył teraz na swoją Genowefę z podziwem.
Mówią, żeby nie zadawać sobie pytania dlaczego przyszła choroba i różne klęski. Ważniejsze po co. Może dane nam to wszystko po to, byśmy dostali nową szansę zrozumieć, jak piękne jest życie.
Jak cudowna potrafi być i wiosna, i zima, błoto, i mróz. Każdy dzień jest darem, niebo, pierwszy i ostatni promyk słońca.
I uśmiech najbliższych, i ich wsparcie, i ich słabości przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi
I jeżeli na naszego męża przyjdzie czas marudzenia i gderania warto go czasem okiełznać. Może wtedy przypomni sobie, kim ma być.
Dopóki możemy żyjmy pełnią, cieszmy się absolutnie wszystkim, bo inaczej po prostu nie wolnoA potem, gdy dźwięki pianina wybrzmiały ostatnim akordem, Genowefa spojrzała na Andrzeja z łobuzerskim błyskiem w oku pierwszym od lat.
To co, kochany? Ja zagram jeszcze, a ty wstaw wodę na kawę. Świat się nie zawali, jak podzielimy się tym naszym małym królestwem mrugnęła.
Andrzej westchnął, ale już bez niecierpliwości czy urazy. Podszedł do kuchni wolniej niż zwykle, zapatrzony w żonę, uświadamiając sobie, iż choć stracił coś z dawnych wygód, zyskał znacznie więcej.
Bo życie Genowefy nie było już cichym tłem do jego dni. Stało się melodią, która wybrzmiała jasno w ich wspólnej historii nową, śmielszą nutą. I może właśnie ta świeża nuta sprawiła, iż poczuł się młodszy niż od bardzo dawna.
A w powietrzu, między dźwiękami pianina a zapachem świeżo zaparzonej kawy, rozgościła się niewidzialna obecność tych pięciu darczyńców jakby przy jednym, kuchennym stoliku zasiedli wszyscy razem, cisza i nadzieja.
I tego ranka Genowefa wiedziała już, iż drugi raz dostała życie tym razem, żeby nauczyć się je smakować, nie tylko dzielić i dawać, ale i brać, z wdzięcznością i odwagą.
A jej koty, pies i choćby Andrzej wszyscy, po swojemu, zaczęli rozumieć, iż najlepiej jest, kiedy każda domowa dusza oddycha pełną piersią.











