Jak nasz kot udawał trupa

twojacena.pl 4 godzin temu

Radio w kuchni nadawało poranne wiadomości o utrudnieniach na trasie Poznańskiego Szybkiego Tramwaju, ale ja słuchałam jednym uchem — bo Wituś nie zszedł na śniadanie. Ania wołała go od drzwi: „Wituś, kici-kici, mleczko”. Kot nie drgnął. Leżał na dywanie w dużym pokoju, łapy złożone na piersi, ogon rozciągnięty jak kropla. Powieki miał przymknięte — nie całkiem zamknięte, ale i nieprzytomne. Wyglądał, jakby szykował się do roli konającego w parafialnej szopce.

Rafał wszedł z kubkiem herbaty. — Daj spokój, zdrowy jest. Wczoraj zjadł całą paczkę saszetek i jeszcze zostawił kawałki na podłodze.

— Ale on nie oddycha tak jak trzeba — Ania pociągnęła nosem. — Mamo, on się nie rusza.

— Koty tak mają — odparł Rafał. — Śpią osiemnaście godzin na dobę. To nie choroba, to lenistwo.

Ania podniosła telefon i zaczęła dzwonić po koleżankach. Do weterynarza też. Ten odebrał dopiero po czterech minutach i kazał się nie denerwować, tylko przyjść w poniedziałek. „Kot do poniedziałku może zdychać” — przemknęło mi przez myśl, ale nie powiedziałam tego na głos. W tym momencie do mieszkania weszła Elżbieta, moja mama. Niosła torbę warzyw. Na dnie brzęczał breloczek, a obok leżał mały, brązowy buteleczek.

Elżbieta postawiła torbę na blacie i zatrzymała się przy kocie. — A temu co?

— Chory — Ania załkała. — Umiera.

— No to wiadomo, co robić. — Babcia wyjęła buteleczek, odkręciła nakrętkę. — Kilka kropli waleriany na łyżeczkę. Ożyje, zobaczycie.

— Mamo, to kot, nie kuracjusz z sanatorium. Nie dawaj mu ziółek — powiedziałam.

— To nie ziółka, to apteczna waleriana. Za moich czasów kot dostawał pięć kropli i biegał jak młody. — Elżbieta nalała trochę na łyżeczkę. — Trzymaj go.

— Nie będę trzymać. On tego choćby nie powącha.

Kot uniósł pysk. Nozdrza mu zadrgały. Potem powoli, nie wstając, zaczął się czołgać w stronę łyżeczki. To wyglądało jak scena z taniego horroru. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Wituś polizał łyżkę. A potem jeszcze raz. I jeszcze.

— No proszę — Elżbieta schowała buteleczek do fartucha. — A mówiłaś, iż nie powącha.

Wituś podniósł się na łapy. Chwiał się, ale wstał. Potem otworzył pysk i wydał dźwięk, jakby ktoś przeciągał smycz po betonie. Ania klasnęła w palce. Rafał odstawił kubek na parapet. Kot zrobił trzy chwiejne kroki, otarł się o nogę stołu i runął na plecy. Leżał tak z łapami w górze, mrugał do lampy.

— Widzicie? Cudowny lek — Elżbieta pogroziła palcem. — Jeszcze przed obiadem będzie skakał po szafkach.

— On jest pijany — mruknął Rafał.

— Nie pijany, tylko zrelaksowany.

Relaks trwał jakieś czterdzieści minut. Potem Wituś, jakby ktoś przekręcił wyłącznik, znów zadygotał, przewrócił się na bok i rozłożył łapy. Oczy przymknął, ogon opadł na podłogę. Wyglądał dokładnie tak samo jak rano. Tylko tym razem przy pysku miał ślad łyżeczki z walerianą.

Ania znowu zaczęła płakać. — Mamo, on znowu…

— Nie znowu. On… — urwałam. Bo nie wiedziałam, co powiedzieć.

Elżbieta westchnęła, pogrzebała w fartuchu i wyjęła buteleczek. — Tak to bywa z pierwszą dawką. Organizm musi przywyknąć. Nalejemy mu jeszcze, a potem zobaczymy.

— Nie — powiedziałam. — Koniec z cudownym lekiem. Dzwonię do weterynarza.

Ale zanim znalazłam numer, Elżbieta zdążyła przystawić kotu łyżkę. Tym razem nie czekała na pozwolenie. Wituś wypił wszystko duszkiem. W jego ślepiach pojawił się błysk. Potem wstał — jakby go podrzuciło. I zaczął śpiewać. To nie było zwykłe miałczenie. To był pełny, barytonowy skowyt. Coś między syreną okrętową a rynsztokiem. Ania zatkała uszy. Rafał schował się w kuchni. A Wituś galopował po mieszkaniu, zbijając doniczki i wpadając na drzwi.

— Mustang! — wrzasnęła Elżbieta. — Prawdziwy mustang!

Kot nie był mustangiem. Kot był pijany jak szewc po weselu. W końcu wziął rozpęd, walnął łbem w framugę balkonową. Zrobił przy tym idiotyczny grymas — wyszczerzył zęby, jakby mu ktoś opowiedział kiepski dowcip — po czym osunął się po ścianie i zasnął. Chrapał.

Następnego dnia obudziłam się z uczuciem, iż coś jest nie tak. Wituś stał na balkonie. Wszedł tam, gdy tylko otworzyłam okno do wietrzenia. Leżał rozciągnięty na drewnianym ruszcie, łapy rozrzucone, ogon zwisający między szczeblami. Wyglądał dokładnie tak, jak wczoraj: przymknięte powieki, ciężki oddech, zero reakcji na imię.

— Wituś, wracaj do domu — powiedziałam, stukając w szybę.

Kot choćby nie drgnął, tylko przesunął łapą. Obok niego, na ruszcie, leżała marchewka — jedna z tych, które przywiozłam z działki w zeszłym tygodniu. Nie wiem, kto mu ją położył. Może Ania. Może sama wypadła z siatki.

— Rafał, zobacz, znowu to robi — zawołałam.

Rafał przyszedł z kluczykami. — Zostaw go. Jedziemy na działkę. Jak wrócimy, będzie leżał dalej, zobaczysz.

— Nie można go tak zamknąć. Słońce zaraz wejdzie na balkon.

— To go zawołaj.

— Właśnie wołałam. On udaje, iż nie słyszy.

— To znaczy, iż wybrał balkon. — Rafał wzruszył ramionami. — Jedziemy.

Ania wpadła do przedpokoju w kurtce. — A Wituś?

— Zostaje. — Rafał podał mi torbę.

— Ale on tam umrze! — Ania złapała za klamkę.

— Nie umrze. Ma marchewkę — powiedział Rafał, i to zdanie weszło do rodzinnego słownika.

Nie wiem, dlaczego zamknęłam drzwi balkonowe. Może przez ten pośpiech, może przez to, iż Ania piszczała o kanapkach na drogę. Wiem tylko, iż gdy samochód wyjeżdżał z Poznania, w uszach dzwoniło mi pytanie: „A co, jeżeli on tam naprawdę choruje?”. Przez całą drogę patrzyłam w boczną szybę, na rzędy topól przy trasie na Wrześnię. Rafał nastawił radio. Wiadomości o korkach na A2. Nie słuchałam.

Wróciliśmy po południu, około szesnastej. Słońce zdążyło już przejść na drugą stronę kamienicy, a pod balkonem ujadał jamnik pani Zofii. W mieszkaniu unosił się zapach kurzu i niedzielnego obiadu, którego nie było. Ania pierwsza pobiegła do balkonu.

— Mamo, on się nie rusza!

Zamarłam. Serce podskoczyło. Rafał puścił siatkę z pomidorami — uderzyła o podłogę, sok rozlał się po płytkach. Pobiegłam. Widziałam już w myślach, jak otwieram drzwi, a tam leży sztywne ciało. W palcach miałam zimny metal klamki.

Przekręciłam.

Wituś siedział pod donicą z pelargonią. Trzeźwy jak automat biletowy. Obok niego — niedojedzona marchewka. Cała w śladach kocich zębów, z wgryzionymi rowkami. Wyglądał jak więzień, któremu właśnie skończył się wyrok.

— Żyjesz? — zapytała Ania.

Kot podniósł ogon, obrócił się bokiem i odszedł. Bez pośpiechu, bez jednego miauknięcia. Wszedł do mieszkania, minął nas i położył się na kanapie, tyłem do całego świata.

Rafał parsknął. — Mówiłem. Nic mu nie było.

Elżbieta, która weszła w tym momencie z sałatką, zatrzymała się przy stole. — A co z walerianą? Dać jeszcze?

— Nie — powiedziałam. — Z tym koniec.

Podeszłam do szafki, gdzie stał buteleczek. Wzięłam go za szyjkę, odkręciłam nakrętkę i wylałam całą zawartość do zlewu. Zapach uderzył jak amoniak. Kot z kanapy uniósł łeb, powęszył. Ania podeszła bliżej.

— Mamo, a co on teraz będzie brał na uspokojenie?

— To, co zapisze lekarz. — Wyjęłam telefon. Otworzyłam aplikację banku. W zakładce przelewy wpisałam weterynarza, którego znalazła Ania. Tytuł: „konsultacja behawioralna”. Kwota: czterdzieści pięć złotych. Palec chwilę zawisł nad przyciskiem. Potem dotknęłam ekranu.

Przelew zeszedł. Na ekranie pojawiło się potwierdzenie.

Elżbieta wyjęła z fartucha okulary i przysunęła się do telefonu. — Czterdzieści pięć złotych za gadanie o kocie?

— Za to, żeby już nikt nie poił go walerianą — odparłam. — Od dziś Wituś leczy się u specjalisty, a nie w domowej apteczce.

Kot zeskoczył z kanapy. Podszedł do szafki, gdzie stał buteleczek. Powąchał pustą półkę. Trącił nosem drewno i cofnął się. Usiadł, owinął ogon wokół łap. Patrzył to na mnie, to na zlew.

— Nie dostaniesz już — powiedziałam do jego pleców. — Waleriana zamknięta. Kropka.

Elżbieta wzruszyła ramionami. — Twoje koty, twoje pieniądze.

— Czterdzieści pięć złotych, mamo. Nie pieniądze. Zdrowie.

Z kieszeni wyjęłam małą saszetkę z suszoną kocimiętą, którą trzymałam od zeszłego roku z targu. Położyłam ją na półkę, tam gdzie stał buteleczek. Wituś już na nią nie zerknął. Zanim poszedł do kuchni, zatrzymał się przy drzwiach balkonowych. Trącił nosem framugę, na której wczoraj zostawił ślad łap. Potem odszedł. Nie wracał tam do końca tygodnia.

Idź do oryginalnego materiału