— „Jak możesz się tak stoczyć? Córciu, nie wstydzisz się? Masz ręce i nogi zdrowe, czemu nie pracujesz?” — mówili do żebrzącej z dzieckiem

twojacena.pl 1 tydzień temu

Jak można tak nisko upaść? Córciu, nie wstyd ci? Ręce i nogi masz sprawne, czemu nie pracujesz? mówili do żebrzącej kobiety z dzieckiem.

Tamara Kowalczykowa powoli snuła się między regałami wielkiego supermarketu, przyglądając się półkom pełnym kolorowych opakowań. Chodziła tam codziennie, prawie jak do pracy. Wielkiej rodziny nie miała w zasadzie nie miała żadnej. Dla niej to wycieczki do sklepu były ucieczką od samotności, światłem na końcu tunelu długich, wieczornych godzin.

Latem jakoś łatwiej znosiło się samotność tu pogawędka z sąsiadkami na ławce przed blokiem, tam herbata na balkonie. Ale zimą, kiedy mróz szczypał w uszy, zawsze wybierała cieplutkie alejki osiedlowego supermarketu.

Było tam gwarno, pachniało kawą, cicho sączyła się muzyka, a kolorowe produkty przypominały dziecięce zabawki. choćby jeżeli większość z nich była poza jej zasięgiem, popatrzeć zawsze można. I oko ucieszyć, i duszę rozweselić.

Obracała właśnie w dłoni kubeczek truskawkowego jogurtu, mrużąc oczy przy próbie rozszyfrowania składu. Cóż, taki przysmak to dla emerytki luksus nie do ogarnięcia choćby po przeliczeniu wszystkich groszy. Ale pokontemplować nikt nie zabroni.

Zanurzyła się w rozmyślaniach przypomniały się czasy, gdy pod sklepem w Poznaniu stały kilometrowe kolejki, a ekspedientki pilnowały masła jak lew pilnuje młodych. Ileż to razy rozpakowywała w domu zakupy zawinięte w szare papierowe siatki.

Uśmiechnęła się, wspominając, jak czekała z dzieckiem na swoją kolej przy kasie… Jej córka Irenka była oczkiem w głowie Tamary. Mądra była, samodzielna aż za bardzo. Kiedy po szkole uznała, iż zwykła praca nie przyniesie jej szczęścia, wpadła na pomysł surogacja. Tamara była przeciwna, przekonana, iż to się źle skończy.

Ale która dwudziestolatka słucha matki? Gdyby żył jej mąż, pewnie wszystko byłoby inaczej. A tak, Irenka śmiała się tylko, głaskała zaokrąglony brzuch i mówiła: Mamo, ja już choćby nie myślę o dziecku, tylko o tych pieniądzach w złotówkach.

Jeszcze tamtego roku doszło do tragedii ciężki poród, zbyt słaba opieka. Irenki nie udało się uratować. Dziecko oddali od razu zamawiającym. Tamara została sama. Ani grosza, ani choćby cienia wdzięczności.

Odtąd unikała ludzi, zaszyła się w swoim mieszkanku na Wildzie. Czasem, by nie zwariować z samotności, chodziła na długie spacery do Biedronki. Dzisiaj akurat postanowiła kupić świeży chleb, żeby nikt nie pomyślał, iż tylko się snuje po sklepie z nudów.

Już miała wracać, gdy zauważyła znajomą postać młodą żebraczkę z niemowlakiem na rękach. Świat pamięta ją od niedawna, bo supermarket otwarto zaledwie miesiąc temu a jej pojawiła się niemal od razu. Tamara nie potrafiła przejść obojętnie obok dziewczyny. Może swoim młodym wiekiem, a może tą ostentacyjną bezruchliwością. Albo sposobem, w jaki tuliła dziecko.

Jak można tak nisko upaść?, myślała Tamara, zbliżając się do dziewczyny. Wsunęła do słoiczka drobniaki i zagadnęła: Córciu, nie wstyd ci? Zdrowa jesteś, młoda, czemu nie pójdziesz do pracy? Przecież tyle możliwości…

Przechodnie spieszyli dalej, nie chcąc się zatrzymywać przez blokującą ruch babcię. Dziewczyna odpowiedziała cicho: Dziękuję pani za złotówkę, ale idź już pani swoją drogą. Muszę uzbierać więcej, bo będzie źle.

Tamara westchnęła i odeszła nie chciała być upierdliwa ani wygłaszać kolejnej matczynej kazalnicy. Miała doświadczenie, jak lepiej pomagać, by nie narobić jeszcze większych szkód.

Do domu szła z pustką w głowie i dziewczyną pod powiekami jej oczy, głos… coś jej tu nie dawało spokoju, coś było znajomego.

Po powrocie zamknęła drzwi, zdjęła śniegowce, zapaliła światło i z chlebem upchnęła się w mikroskopijnej kuchence. Piętnaście minut później dzierżyła w ręku ulubiony kubek, jadła kawałek chleba poznaniaka z delikatnym plasterkiem polędwicy.

Ta dziewczyna musi być głodna mruknęła. I ten mróz taki, iż choćby gołębie przyklejają się do parapetów. Co to za życie?

Wyjrzała przez firankę i aż podskoczyła. Dwóch typów o wątpliwej reputacji pakowało młodą żebraczkę z dzieckiem do samochodu.

Tamara zaczęła się miotać dzwonić na policję, czy może tylko zaszkodzi? Patrzyła, jak samochód odjeżdża, ale i tak z tego piętra nie rozpoznałaby numerów.

I całą noc spać nie mogła śniła jej się Irenka stojąca przed supermarketem z dzieckiem na rękach. Dziewczynka cała niebieska z zimna. Tamara tuliła ją jak własną, ale Irenka powtarzała: Mamo, wcale mi nie zimno.

Odkryła twarzyczkę dziecka spod kocyka i zobaczyła dużą lalkę z medalionem na szyi. Z tym znajomym medalionem powtórzyła, zanim się wybudziła. Było już po dziewiątej.

Podeszła do okna dziewczyna z dzieckiem była na swoim miejscu, cały supermarket w noworocznym gwarze.

No to dzięki Bogu uśmiechnęła się Tamara i odetchnęła z ulgą, żegnając się odruchowo.

Dzień był mroźny, jakby choćby bałwan by się nie ostał do południa. Tamara przygotowała kanapki z szynką, zaparzyła słodką herbatę do termosu i ruszyła w stronę supermarketu.

Młoda dziewczyna na widok zbliżającej się seniorki nerwowo poprawiła chustkę na siniaku.

Nie bój się, dziecko Tamara podała jej jedzenie. Przynajmniej zjedz coś ciepłego.

Dziewczyna zjadła na ławce obok łapczywie, ledwo przełykając. Przez łzy zerkała na dziecko w nosidełku, połykała herbatę i pospiesznie wróciła do swojego miejsca.

Dziękuję, do siedemnastej wytrzymam, a potem nas zbiorą powiedziała, odwracając się do Tamary.

Resztę dnia Tamara co chwila zerkała na termometr słupek rtęci doszedł do poziomu, iż przystanek zamrugał mu rzęsą. Zrobiła słoik barszczu i znów poszła do sklepu, po drodze zostawiając obok dziewczyny słoik i parę drobnych. Mrugnęła porozumiewawczo.

Poza tym musiała jeszcze dokupić kiełbasy i kiszonych ogórków bez sałatki jarzynowej żaden Sylwester się nie liczy! Nie był to stół na miarę kulinarnego show, ale głodna nie miała być. Gdy wróciła, żebraczki już nie było. Słoik z barszczem również zniknął. Pewnie w cieple zajada, pomyślała, krojąc na kolację kawałek śledzia.

Zabrała się za przygotowania sałatki, karpia do pieca, bo może jakaś sąsiadka wpadnie na kieliszek wina. O dziesiątej znów wyjrzała za okno chciała mieć pewność, iż dziewczyna została zabrana w jakieś ciepłe schronienie.

A jednak pod supermarketem, pod latarnią, dziewczyna siedziała skulona na ławce, ramiona się trzęsły od płaczu.

Tamara rzuciła wszystko, narzuciła na ramiona wełnianą chustę i w kapciach! pognała po schodach. Przystanęła obok dziewczyny, łapiąc oddech.

Nie mam już gdzie iść dziewczyna spojrzała na nią żałośnie.

Spojrzenie błysnęło nadzieją, gdy Tamara wyciągnęła ręce.

Zajmij się nim, proszę podała jej zawiniątko, ściskając niemowlę, i zaczęła się oddalać.

Tamara aż zakręciło się w głowie. Miała pewność, iż dzieje się coś złego. Chwyciła dziewczynę za ramię.

No co ty, dziewczyno? Chodź do mnie! krzyknęła, machając w stronę swojego bloku Dominikańskiego.

W ciepłej kuchence rozwinęła maleństwo przy grzejniku.

Jak masz na imię? spytała, ale nagle jej wzrok padł na medalion z misiem na szyi dziewczyny.

Dziewczyna złapała jej spojrzenie.

To jedyna pamiątka po mamie wyjaśniła cicho.

Tamara zbladła. Tego medalionu nie dało się pomylić sama dała go swej Irenie na szesnaste urodziny! Oddała wtedy ulubioną broszkę do jubilera, żeby zrobił z niej wisiorek, a za resztę kupiła złoty łańcuszek.

Dziewczyna zapytała jeszcze nieśmiało o możliwość prysznica. Tamara tylko skinęła głową i dygotała na myśl, iż jej domowa żebraczka to może wnuczka!

Położyła dziecko na kanapie, dziewczyna usiadła przy stole.

Ania! zagadnęła od niechcenia Tamara.

Skąd pani wie? zdziwiła się dziewczyna.

Tamara zrobiła niewinną minę.

Chyba słyszałam, gdy wołały.

Nie myliła się. Tę właśnie Anię zamówili rodzice jeszcze nienarodzonej dziewczynki, którą nosiła Irenka. Ania z wdzięcznością podziwiała gorącą strawę i zajadała jakby przez tydzień nic nie miała w ustach.

Tamara obserwowała, szukając znajomości w rysach twarzy.

No, opowiadaj, Aniu, co cię do takiego życia doprowadziło? zachęciła delikatnie.

Dziewczyna westchnęła i niemal bez tchu ruszyła z opowieścią: Do piątego roku życia żyła w miłości i dostatku był choćby własny kucyk pod Poznaniem! Ale potem zaczęły się kłótnie, rozstania, w końcu matka oddała ją do domu dziecka. Bez wyjaśnień.

Przez dwanaście lat dom dziecka. Później mieszkanie dla pełnoletnich sierot jak się gwałtownie okazało, lokal do rozbiórki. Tam poznała Staszka hydraulika. Kiedy okazało się, iż jest w ciąży, on czmychnął szybciej niż gazeta na wietrze.

Gdy została z dzieckiem, nie poradziła sobie z urzędami. Ktoś zajął jej mieszkanie. Noclegi po dworcach, życie z dzieckiem z dnia na dzień.

Aż w końcu trafiła do opiekuna żebraków, Igora Szarego, który za możliwość mieszkania kazał jej żebrać. Ciepło było, ale presja wzrastała bo złotówki wpływało mniej, a dziecko tylko przeszkadzało innym.

Dzisiaj po prostu nie odebrano jej po pracy. Została na mrozie.

Dziękuję, nie wiem jak bym tę noc przetrwała przyznała szeptem i zasnęła przy stole.

Tamara przeniosła córkę z wnukiem na wersalkę. Zanim ruszyła świętować Sylwestra przy mango nalewce, pomyślała: tej dziewczyny już nie wypuści ani jutro, ani nigdy. Czas mieć znowu rodzinę.

O północy podniosła kieliszek, popatrzyła przez okno na sypiący śnieg i pomyślała: Dzięki ci, Panie Boże, za to niezaplanowane szczęście. Koniec z samotnością. Mam rodzinę.

Idź do oryginalnego materiału