Dziś znów wracam myślami do sprawy cioci Katarzyny, bo ciężko mi to jakoś sobie poukładać i chyba potrzebuję się wygadać choćby w tej formie. Ciotka ma już siedemdziesiąt osiem lat i wraz z moją mamą oraz trzecią siostrą, Heleną, tworzą naszą nieco kłótliwą, ale kochającą rodzinę. Katarzyna miała w życiu wielu mężów, ale nigdy nie doczekała się dzieci. Ostatnie dziesięć lat spędzała w samotności w wiejskim, starym domu pod Krakowem bez wody, gazu, z wychodkiem na podwórku i dwoma izbami pośród starego gaju.
Jej ostatni mąż, pan Józef, to była osobowość, którą trudno opisać człowiek legenda we wsi, zawsze gościł nas z herbatą, czasem i wiśniówką. Helena wyjechała lata temu do Szwecji, ale z kraju do kraju zawsze dzwoniły, czasem godzinami opowiadając sobie drobiazgi.
Kiedy zmarł Józef, byłam przy Katarzynie częściej niż kiedykolwiek. Kupowałam jej węgiel, drewno, organizowałam opał wszystko z własnych oszczędności, bez czekania na wdzięczność czy zwrot. Z mamą pomagałyśmy w ogrodzie, zachęcałyśmy ją, by przeniosła się do nas do miasta, do wygód, do bliskości. Ale ciotka upierała się, iż dusza jej zawsze była wiejska.
Krok po kroku, za nasze złotówki, podłączyliśmy jej wodę; potem gaz. Naprawiliśmy dach, dobudowaliśmy łazienkę z prawdziwego zdarzenia. Robiłyśmy wszystko, by cioci Katarzynie żyło się jak najwygodniej na tej wsi. W zamian często mawiała, iż dom odda naszym dzieciom i iż to jej podzięka za lata troski.
Przyjeżdżałyśmy do niej na każde wezwanie, nierzadko choćby w środku nocy podczas burz. Kilka miesięcy temu niespodziewanie pojechała do Szwecji Helena nalegała, by zamieszkała z jej rodziną: mężem i dorosłą córką. Niby od lat kontakt był oziębły, ale nagle odżyły siostrzane uczucia. Zastanawiałam się, czy to naprawdę rodzinna miłość, czy raczej wygoda?
A co z domem? Zostawcie go, nie ruszajcie! powiedziała ciocia Katarzyna. Na wszelki wypadek zachowałam klucze i postanowiłam z mamą pojechać tam w weekend, zobaczyć, czy wszystko w porządku. Bardzo się zdziwiłam nasz klucz już nie pasował. Ktoś wymienił zamek, a na bramie, wielkimi literami białej farby, widniał napis: Na sprzedaż.
Wróciłam do domu w totalnym szoku. Otworzyłam laptopa i sprawdziłam ogłoszenia rzeczywiście, dom cioci Katarzyny wystawiony był na jednej z najpopularniejszych polskich stron z nieruchomościami. Byłam tak zła, iż wykręciłam numer pośrednika. Dom sprzedano za prawie 200 tysięcy złotych. Nie mogłam zdobyć się na rozmowę z ciocią miałam żal i czułam się oszukana.
Wiedziałam przecież, ile serca i ile pieniędzy, także mojego męża, włożyliśmy w ten dom bez naszej pracy i inwestycji kilka byłby wart. Ciocia Katarzyna zadzwoniła dopiero po miesiącu i oznajmiła, iż pieniądze ze sprzedaży przekazała swojej szwedzkiej siostrzenicy. Zamurowało mnie. Nie wiem, jak spojrzeć teraz w oczy mężowi, bo wszak nie tylko moje oszczędności zostały włożone w dom ciotki. Czy można mieć pretensje do rodziny? Czy powinniśmy byli liczyć na wdzięczność?
Dzisiaj nie potrafię poukładać tych myśli i nie wiem, czy kiedykolwiek cioci Katarzyna jeszcze odwiedzi swoją dawną wioskę pod Krakowem. A ja? Mam prawo do żalu, czy tylko do cichego przebaczenia? Po raz pierwszy nie mam odpowiedzi.








