No dobrze, co to znowu się dzieje Artur ciężko przykucnął przed córką, wpatrując się w różowawe plamy na jej policzkach. Znowu to samo…
Czteroletnia Jagoda stała w środku pokoju, spokojna i dziwnie poważna jak na swój wiek. Przywykła już do tych przeglądów, do zatroskanych min rodziców, do niekończących się maści i tabletek.
Barbara podeszła, usiadła obok męża. Jej palce ostrożnie odsunęły kosmyk włosów z twarzy dziewczynki.
Te leki nie działają. Wcale. Jakby wodą ją poić. I ci lekarze w przychodni… choćby nie wiadomo czy to lekarze. Trzeci raz zmieniają schemat leczenia, a efektów żadnych.
Artur podniósł się, przetarł nasadę nosa. Za oknem szarzało, dzień zapowiadał się równie ponuro jak poprzednie. Ubrali się gwałtownie Jagodę owinięto w ciepłą kurtkę, i po pół godzinie już siedzieli w mieszkaniu jego matki.
Helena wzdychała, kręciła głową, głaskała wnuczkę po plecach.
Taka malutka, a już tyle leków. Co za obciążenie dla organizmu posadziła Jagodę na kolanach, dziewczynka przytuliła się do babci jak zwykle. Serce boli patrzeć.
My byśmy najchętniej nie dawali Barbara siedziała na brzegu kanapy, mocno ściskając dłonie. Ale ta alergia nie odpuszcza. Usunęliśmy już wszystko. Wszystko! Jagoda je tylko najprostsze rzeczy a wysypka dalej.
Co mówią lekarze?
Nic konkretnego. Nie potrafią zlokalizować przyczyny. Badania robimy, testy, a efekt Barbara machnęła ręką. Tu, na policzkach.
Helena westchnęła, poprawiła kołnierzyk wnuczce.
Może z tego wyrośnie. Tak się przecież czasem zdarza. Ale póki co, nie ma co się łudzić.
Artur milczał, patrząc na córkę. Mała, chuda. Wielkie, skupione oczy. Gładził ją po głowie, a z zakamarków pamięci wyłoniło się własne dzieciństwo jak wyjadał jagodzianki z kuchni po sobotnim pieczeniu, jak wypraszał krówki, jak łyżką wykrawał mamine powidła ze słoika. A jego córka… Gotowane warzywa. Gotowane mięso. Woda. Zero owoców, zero słodyczy, żadnego normalnego dziecięcego jedzenia. Cztery lata, a dieta ostrzejsza niż dla wrzodowca.
My już nie wiemy, co jeszcze wykluczyć powiedział cicho. W jadłospisie adekwatnie nic już nie zostało.
Wracali do domu w ciszy. Jagoda zasnęła na tylnym siedzeniu, a Artur co chwila zerkał na nią w lusterku. Spała spokojnie. Przynajmniej teraz się nie drapała.
Mama dzwoniła odezwała się Barbara. Chce zabrać Jagodę w przyszły weekend. Ma bilety do teatru lalek, chce ją zabrać.
Do teatru? Artur wrzucił wyższy bieg. Fajnie. Niech się rozerwie.
Myślę, iż jej dobrze zrobi oderwać się od tego wszystkiego.
W sobotę Artur zaparkował przed domem teściowej, wyjął Jagodę z fotelika. Dziewczynka zaspanym wzrokiem przecierała oczy pięściami wyciągnęli ją z łóżka wcześnie, była niewyspana. Wziął ją na ręce, natychmiast wtuliła się w jego szyję, ciepła i lekka jak wróbelek.
Zofia Januszewska wypłynęła na ganek w szlafroku w kwiaty, uniosła ręce jakby zobaczyła rozbitka a nie wnuczkę.
Ojejku, moje słoneczko, najukochańsze! przytuliła Jagodę do ogromnej piersi. Bladziutka, schudłaś mi. Policzki zapadnięte. Zamęczyliście ją tymi dietami, zniszczyliście dziecko.
Artur wsunął dłonie do kieszeni, hamując irytację. Zawsze to samo.
Robimy to dla jej dobra. Chyba sama rozumiesz.
Jakie dobro? teściowa zmarszczyła usta, oglądając wnuczkę jakby wróciła z obozu pracy. Skóra i kości. Dzieciak ma rosnąć, a wy ją głodzicie.
Zabrała Jagodę do środka, choćby nie obejrzała się przez ramię, a drzwi zamknęły się cicho. Artur został na zewnątrz. Coś zadrżało w głębi duszy, jakaś myśl próbowała się ułożyć, rozmywała się jednak gwałtownie jak poranny deszcz. Przetarł czoło, postał jeszcze chwilę, wsłuchując się w ciszę obcego podwórka. Potem machnął ręką i wrócił do samochodu.
Weekend bez dziecka uczucie dziwne, niemal nieznane. W sobotę razem z Barbarą pojechali do Carrefour, przepychali wózek między regałami, wrzucając zakupy na cały tydzień.
W domu przez trzy godziny męczył się z cieknącym kranem. Barbara wymieniała zawartość szaf, stare rzeczy lądowały w workach do wyrzucenia. Typowy, zabiegany dzień, a mieszkanie bez dziecięcego głosu wydawało się nienaturalnie puste, dziwne.
Wieczorem zamówili pizzę tę z mozzarellą i bazylią, której Jagoda nie mogła jeść. Otworzyli butelkę czerwonego wina. Siedzieli w kuchni rozmawiając o byle czym o pracy, wakacyjnych planach i remoncie, który wciąż było nie do ukończenia.
Fajnie tak rzuciła nagle Barbara, po czym ugryzła się w język. To znaczy… wiesz. Tak cicho. Spokojnie.
Wiem Artur ujął jej dłoń. Mi też jej brakuje. Ale trochę odpoczynku nam nie zaszkodzi.
W niedzielę odebrał Jagodę bliżej wieczora. Słońce zachodziło, zalewając uliczki w pomarańczowym świetle. Dom Zofii stał w głębi podwórza za starymi jabłoniami, w blasku zachodu wyglądał prawie uroczo.
Artur wysiadł z auta, otworzył furtkę zawiasy skrzypnęły i zastygł w pół kroku.
Na ganku siedziała Jagoda. Obok na stopniu Zofia Januszewska, pochylona szczęśliwie nad wnuczką. W rękach trzymała drożdżówkę. Wielką, rumianą, lśniącą od masła. A Jagoda ją jadła. Policzki ubrudzone, na brodzie okruszki, w oczach radość, jakiej Artur nie widział u niej od miesięcy.
Przez chwilę tylko patrzył. Zaraz potem coś gorącego wezbrało w piersi.
Podbiegł i w trzech krokach był przy nich, wyrwał drożdżówkę z rąk teściowej.
Co to ma być?!
Zofia zadrżała, odsunęła się gwałtownie. Twarz zalał jej rumieniec, aż po włosy.
Dłonie Januszewskiej zaczęły drżeć, jakby chciała odgonić jego gniew.
Przecież to tylko kawałek, dosłownie odrobina! Nic jej nie będzie, drożdżówka…
Artur choćby nie słuchał. Chwycił Jagodę na ręce córka przestraszona wtuliła się w jego kurtkę zaniósł do auta. Posadził w foteliku, zapiął pasy, palce miał sztywne od złości. Jagoda patrzyła na niego wielkimi oczyma, drżała jej warga zaraz się rozpłacze.
Nic się nie stało, kochanie pogłaskał ją, próbując mówić spokojnie. Poczekaj chwilę, tata zaraz wróci.
Trzasnął drzwiami i ruszył z powrotem. Zofia wciąż stała na ganku, miętosiła rękaw szlafroka, twarz się jej plamiła.
Artur, ty nie rozumiesz…
Ja nie rozumiem?! zatrzymał się dwa kroki od niej, i wylało się z niego wszystko. Pół roku! Pół roku nie mogliśmy ustalić co Jagodzie dolega! Badania, testy, alergeny masz pojęcie ile to wszystko kosztowało? Ile nerwów, ile nieprzespanych nocy?!
Januszewska cofnęła się do drzwi.
Chciałam dobrze…
Dobrze?! Artur zrobił krok do przodu. My ją trzymaliśmy na wodzie i gotowanej piersi kurczaka! Wszystko wyrzuciliśmy z jadłospisu! A ty tu po kryjomu częstujesz ją smażonymi drożdżówkami?!
Budowałam jej odporność! teściowa nagle nabrała odwagi, uniosła głowę. Dawałam po troszku, żeby przywykła. Jeszcze chwilka i by przeszło, dzięki mnie! Ja wiem, co robię, trójkę dzieci wychowałam!
Artur patrzył na nią obco. Ta kobieta, której znosił tyle lat dla żony, dla świętego spokoju podtruwała jego dziecko. Świadomie. Uważając się za mądrzejszą od lekarzy.
Trójkę dzieci powtórzył cicho, a Zofia poszarzała. I co z tego? Każde dziecko jest inne. Jagoda to nie twoja córka, tylko moja. I nie zobaczysz jej więcej.
Co?! chwyciła się poręczy. Nie masz prawa!
Mam.
Odwrócił się i ruszył do auta. Za plecami rozległy się krzyki. Ale Artur nie reagował. Usiadł za kierownicą, odpalił silnik. W lusterku mignęła sylwetka teściowej, wybiegła za furtkę, machając rękami. Wcisnął gaz do dechy.
W domu Barbara czekała w przedpokoju. Zobaczyła twarz Artura, zapłakaną córkę wiedziała wszystko bez słów.
Co się stało?
Artur opowiedział. Krótko, sucho, z beznamiętnym głosem emocje zostawił za furtką z jabłoniami. Barbara słuchała bez słowa, jej twarz twardniała z każdą chwilą. Potem wyjęła telefon.
Mamo. Tak, Artur mi mówił. Jak mogłaś?
Artur zabrał Jagodę do łazienki zmyć z jej twarzy resztki drożdżówki i łez. Za drzwiami świdrował głos Barbary, ostry, obcy. Nigdy wcześniej nie słyszał takiego tonu. Na koniec wyraźnie padło: Dopóki nie rozwiążemy sprawy alergii Jagody nie zobaczysz.
Minęły dwa miesiące…
Niedzielne obiady u Heleny stały się rytuałem. Dziś na stole stał tort: biszkoptowy, z kremem i truskawkami. A Jagoda go jadła. Sama, dużą łyżką, wymalowana kremem po uszy. Na policzkach ani śladu wysypki.
Któż by pomyślał Helena pokręciła głową. Olej słonecznikowy. Taka rzadka alergia.
Lekarz mówił, zdarza się u jednego na tysiąc Barbara posmarowała sobie kromkę chleba masłem. Gdy tylko całkiem wykluczyliśmy słonecznikowy i przeszliśmy na oliwę po dwóch tygodniach wszystko przeszło.
Artur patrzył na córkę, nie mogąc się napatrzeć. Różowe policzki, lśniące oczy, krem na nosie. Szczęśliwe dziecko, mogące znów jeść normalne rzeczy. Torty, ciastka, wszystko, co pieczone bez oleju słonecznikowego. Okazało się, iż to całkiem sporo.
Z teściową stosunki pozostały chłodne. Zofia dzwoniła, przepraszała, płakała do słuchawki. Barbara rozmawiała grzecznie, ale krótko. Artur w ogóle nie podnosił słuchawki.
Jagoda sięgnęła po kolejny kawałek tortu, a Helena podsuneła jej talerzyk jeszcze bliżej.
Jedz, kochanie. Smacznego!
Artur oparł się wygodnie na krześle. Za oknem padał deszcz, ale w mieszkaniu było ciepło i pachniało ciastem. Córce było lepiej. Reszta mogła nie istnieć.











