Ja wiem lepiej – Co to znowu jest… – westchnął zmęczony Darek, kucając przy córce i przyglądając …

newskey24.com 2 dni temu

Lepiej wiem

Co to znowu jest… Andrzej z trudem przykucnął przed córką, przyglądając się różowym plamkom na jej policzkach. Znów…

Czteroletnia Jagoda stała pośrodku pokoju. Cierpliwa, zadziwiająco poważna jak na swój wiek. Już przywykła do tych oględzin, zatroskanych spojrzeń rodziców, do niekończących się maści i tabletek.

Małgorzata podeszła, przykucnęła obok męża. Ostrożnie odgarnęła córce kosmyk włosów z twarzy.

Te lekarstwa nic nie dają. Zupełnie nic. Jakby wodą poić. A lekarze w przychodni… To nie lekarze, tylko nie wiadomo kto. Po raz trzeci zmieniają leczenie żadnej poprawy.

Andrzej wstał, pocierał nasadę nosa. Za oknem szaruga, kolejny blady dzień. Zebrali się gwałtownie Jagodę opatulili w ciepłą kurtkę i po pół godzinie siedzieli już w mieszkaniu jego matki.

Halina wzdychała, kiwała głową, głaskała wnuczkę po plecach.

Taka mała, tyle leków przecież to obciążenie dla organizmu, posadziła Jagodę na swoich kolanach, a dziewczynka wtuliła się w babcię. Żal patrzeć.

Chętnie byśmy nie dawali… Małgorzata siedziała na krańcu kanapy, splatając nerwowo palce. Ale alergia nie ustępuje. Już wszystko wyrzuciliśmy z domu, absolutnie wszystko. Je tylko podstawowe rzeczy, a wysypka i tak…

I co mówią lekarze?

Nic konkretnego. Nie potrafią zlokalizować. Robimy badania, testy, a rezultat… Małgorzata machnęła ręką. Taki rezultat na policzkach.

Halina westchnęła, poprawiła Jagodzie kołnierzyk.

Może wyrośnie. Dzieciom czasem przechodzi z wiekiem. Ale na razie… nic pocieszającego.

Andrzej milczał, patrząc na córkę. Drobną, chudą. Wielkie, uważne oczy. Przypomniał sobie nagle własne dzieciństwo jak podkradał z kuchni drożdżówki, które mama piekła w soboty; jak wyłudzał cukierki, jak prosił o domowe powidła, które wyjadał łyżką prosto ze słoika. A jego córka… Gotowane warzywa. Gotowane mięso. Woda. Żadnych owoców, żadnych słodyczy, żadnego normalnego jedzenia dla dzieci. Cztery lata a dieta ostrzejsza niż u niejednego chorego na wrzody żołądka.

Już nie wiemy, co jeszcze wykluczyć powiedział cicho. W menu i tak…

Wracali do domu w milczeniu. Jagoda drzemała na tylnym siedzeniu, Andrzej co chwilę spoglądał na nią w lusterku. Spała spokojnie przynajmniej nie drapała się.

Mama dzwoniła, odezwała się Małgorzata. Prosi, żeby przywieźć Jagodę na następny weekend. Ma bilety do teatru lalek, chce zabrać wnuczkę.

Do teatru? Andrzej zmienił bieg. Dobrze, niech się rozchmurzy, oderwie od trosk.

Ja też tak pomyślałam. Warto ją odciągnąć od codzienności.

… W sobotę Andrzej zaparkował pod domem teściowej, wyjął Jagodę z fotelika. Dziewczynka rozespana, przecierała oczy piąstkami wcześnie ją obudzili. Podniósł ją na ręce, a ona wtuliła twarz w jego szyję, ciepła i lekka jak wróbelek.

Stefania wyskoczyła na ganek w kwiecistym szlafroku, rozłożyła ramiona tak, jakby zobaczyła rozbitka, nie wnuczkę.

Oj, moje dziecko, moje słoneczko, porwała Jagodę i przycisnęła ją do bujnej piersi. Bladziutka, chudziutka. Policzki zapadnięte. Wyście ją wykończyli tym odchudzaniem, wykończycie dziecko!

Andrzej wsunął ręce do kieszeni, tłumił irytację. Co spotkanie to samo.

Robimy to dla jej dobra. Nie z wyboru, sami rozumiecie.

Jakie dobro? Teściowa zacisnęła usta, mierząc wnuczkę spojrzeniem jakby ta wróciła właśnie z obozu pracy. Skóra i kości. Dziecko musi rosnąć, a wy głodzicie.

Zabrała Jagodę do środka, choćby nie spojrzała za siebie, drzwi cicho się zamknęły. Andrzej stał chwilę pod furtką, coś łaskotało go w głębi myśli, domysł, który nie chciał się wyłonić. Potarł czoło, postał jeszcze minutę, wsłuchując się w ciszę obcego podwórka. Potem ruszył do samochodu.

Weekend bez dziecka dziwne, prawie zapomniane uczucie. W sobotę pojechali z Małgorzatą do hipermarketu, między regałami wózek, zakupy na cały tydzień.

W domu trzy godziny mocował się z cieknącym kranem w łazience. Małgorzata przeglądała szafy, wyciągała stare rzeczy, pakowała do worków na śmieci. Zwyczajne domowe zamieszanie, a bez głosu dziecka mieszkanie wydawało się obce, zbyt puste.

Wieczorem zamówili pizzę właśnie tę, z mozzarellą i bazylią, której Jagoda nie mogła jeść. Otworzyli butelkę czerwonego wina. Siedzieli w kuchni, rozmawiali o niczym jak dawno nie rozmawiali. O pracy, o wakacjach, o remoncie, którego końca nie było widać.

Jak dobrze… rzuciła Małgorzata, po chwili przygryzła wargę. W sensie… Wiesz, po prostu spokojnie. Cicho.

Rozumiem, Andrzej przykrył jej dłoń swoją. Też tęsknię, ale odpoczynek nie zaszkodzi.

W niedzielę po Jagodę Andrzej ruszył dopiero wieczorem. Słońce zachodziło, pomarańczowe światło zalewało ulice. Dom teściowej tonął za wiekowymi jabłoniami, w blasku wydał się niemal przytulny.

Andrzej wysiadł, zatrzasnął furtkę, która zaskrzypiała, i zastygł w miejscu.

Na ganku siedziała Jagoda, obok na stopniu Stefania pochylona z miną pełną szczęścia. W ręku miała drożdżówkę wielką, rumianą, lśniącą od masła. I Jagoda ją jadła. Policzki upaprane, na brodzie okruszki, a oczy szczęśliwe, rozjaśnione, jakich nie widział u niej od dawna.

Przez chwilę tylko patrzył. Potem w nim coś się zagotowało, gorąco i gniew wyszły z głębi.

Podbiegł, w trzech krokach znalazł się obok, wyrwał drożdżówkę z rąk teściowej.

Co to ma być?!

Stefania aż drgnęła, odskoczyła, twarz zapłonęła czerwienią po czubek głowy.

Machnęła rękami, jakby chciała odpędzić gniew.

Przecież to tylko kawałeczek! Zwykła drożdżówka, co takiego się stanie…

Andrzej nie słuchał. Podniósł Jagodę spłoszona, milcząca, uczepiła się jego kurtki zaniósł do samochodu. Posadził w foteliku, zapiął pasy. Palce mu drżały ze złości. Jagoda patrzyła na niego wielkimi oczami, usta drgały zaraz się rozpłacze.

Już dobrze, kochanie, pogłaskał ją po głowie, próbował mówić spokojnie. Posiedzisz tu chwilę, tata zaraz wróci.

Zatrzasnął drzwi i wrócił do domu. Stefania stała na ganku, skubała rąbek szlafroka, cała w plamach.

Andrzej, ty nie rozumiesz…

Nie rozumiem?! stanął dwa kroki od niej i wybuchł. Przez pół roku! Przez pół roku nie wiedzieliśmy, co się dzieje z naszą córką! Badania, testy, alergeny wiesz, ile to kosztowało?! Ile nerwów, ile nieprzespanych nocy?!

Stefania cofała się w stronę drzwi.

Przecież chciałam dobrze…

Dobrze?! Andrzej podszedł bliżej. Trzymaliśmy ją na wodzie i gotowanym kurczaku! Wykluczyliśmy wszystko, co tylko można! A wy jej po kryjomu smażyliście drożdżówki?!

Ja ją hartowałam! teściowa wreszcie się odważyła, podniosła podbródek. Po troszku dawałam, żeby organizm przyzwyczaił się! Jeszcze trochę, byłoby po alergii, dzięki mnie! Ja wiem, co robię, trójkę dzieci wychowałam!

Andrzej patrzył na nią, nie poznawał. Kobietę, którą tolerował tyle lat dla żony, dla spokoju w domu tak szkodziła jego dziecku, z przekonaniem, iż wie lepiej niż lekarze.

Trójkę dzieci… powtórzył cicho, Stefania zbielała. I co z tego? Każde dziecko inne. Jagoda nie jest waszą córką, tylko moją. Więcej jej nie zobaczycie.

Słucham?! Stefania chwyciła się poręczy. Nie masz prawa!

Mam.

Odwrócił się i ruszył do samochodu. Za plecami rozległy się krzyki, ale się nie zatrzymał. Usiadł za kierownicą, odpalił silnik. W lusterku mignęła sylwetka teściowej, wybiegła za furtkę, machała rękami. Wcisnął gaz.

W domu Małgorzata czekała w przedpokoju. Zobaczyła twarz męża i zapłakaną córkę wszystko zrozumiała bez słów.

Co się stało?

Andrzej opowiedział. Krótko, sucho, bez emocji te już zostawił tam, pod domem. Małgorzata słuchała w ciszy, jej twarz twardniała z minuty na minutę. Potem wyjęła telefon.

Mamo. Tak, wiem co się stało. Jak mogłaś?!

Andrzej zabrał Jagodę do łazienki zmyć drożdżówkę i łzy z twarzy. Za drzwiami słychać było głos Małgorzaty, ostry, obcy: pierwszy raz tak rozmawiała z matką. Na koniec padło ostre: Dopóki nie uporamy się z alergią Jagody nie zobaczysz.

Minęły dwa miesiące…

Niedzielny obiad u Haliny stał się tradycją. Dziś na stole dumnie stał tort: biszkoptowy, z kremem i truskawkami. A Jagoda go jadła, sama, wielką łyżką, umorusana po uszy. Na policzkach ani jednej plamki.

Kto by przypuszczał… Halina pokręciła głową. Olej słonecznikowy. Taka rzadka alergia.

Lekarz powiedział, iż zdarza się u jednego na tysiąc, Małgorzata smarowała chleb masłem. Jak tylko całkiem wyeliminowaliśmy i przeszliśmy na oliwę dwa tygodnie i wszystko zniknęło.

Andrzej patrzył na córkę, nie mógł się nacieszyć. Różowe policzki, błyszczące oczy, krem na nosie. Szczęśliwa, zdrowa dziewczynka, która może w końcu jeść normalne jedzenie. Torty, ciasteczka, wszystko, co robione bez oleju słonecznikowego a okazało się, iż to cała masa rzeczy.

Z teściową stosunki pozostały chłodne. Stefania dzwoniła, przepraszała, płakała w słuchawkę. Małgorzata rozmawiała krótko, sucho. Andrzej już nie rozmawiał wcale.

Jagoda znów sięgnęła po łyżkę do tortu, a Halina podsunęła jej talerz.

Jedz, maleńka. Niech ci służy na zdrowie.

Andrzej przysiadł wygodnie. Za oknem padał deszcz, ale w domu było ciepło i pachniało ciastem. Jego córka wreszcie wyzdrowiała. To było najważniejsze. Reszta przestała się liczyć.

Idź do oryginalnego materiału