– Ja nie zamierzam dożywać z zrzędzącą staruszką! – wrzasnął mąż, pakując plecak po 32 latach wspólnego życia. Igora dusiła domowa atmosfera „szpitala”: chore stawy, leki, teściowa po udarze. Chciał żyć – kupił rower, farbował siwiznę, godzinami przesiadywał w garażu, a potem wprowadził się do młodszej sąsiadki, trzydziestopięcioletniej rozwódki z piątego piętra. Walentyna została z mamą, w pustym mieszkaniu i pytaniem: czy to już starość? Porady mamy, spacer do zrekonstruowanego parku, literacki klub, nowe znajomości pokazują, iż życie po rozstaniu dopiero się zaczyna. A Igor… Choć próbuje wrócić, odkrywa, iż dawnej Walentyny już nie ma. Teraz ona wybiera młodość – odwagę żyć dla siebie, niezależnie od wieku.

newskey24.com 18 godzin temu

Nie będę tu siedział ze zgorzkniałą staruszką warknąłem, zamykając energicznie szufladę, aż wszystkie buteleczki z wodą kolońską zadźwięczały. Dość! Mam już dosyć słuchania o zwyrodniałych stawach i lekach! Chcę żyć, nie dogorywać w tym domowym szpitalu!

Zofia stała w progu sypialni, patrząc, jak pakuję do torby swoje skromne rzeczy. Trzydzieści dwa lata razem mieściło się w jednym plecaku i reklamówce z adidasami. Ta myśl zabolała bardziej niż cokolwiek innego.

Marek zaczęła cicho, mama po udarze nie może zostawać sama. Rozumiesz?

Twoja mama, twoja sprawa! Nie zamierzam się męczyć z ruiną! odparłem, nie patrząc na nią. Mam pięćdziesiąt osiem lat, nie osiemdziesiąt! Nie chcę przerabiać mieszkania na oddział intensywnej terapii!

Zofia drgnęła. Od pół roku młodość i starość stały się powodem nieustannych sporów. Zacząłem farbować siwe włosy, kupiłem rower i skórzaną kurtkę. A potem pojawiła się Iwona rozwiedziona, trzydziestopięcioletnia sąsiadka z piątego piętra.

Przeprowadzasz się do niej? Zofia znała odpowiedź, ale musiała zapytać.

Odwróciłem się gwałtownie. Coś jak wstyd przemknęło w moich oczach, zaraz przykryte uporem.

Tak, do niej. Wiesz dlaczego? Bo przy niej nie czuję, iż się starzeję. Nie wylicza mi siwych włosów, nie wspomina o chorym sercu. Ona jest po prostu wolna. Rozumiesz?

Wolna”. To uderzyło najmocniej. Zofia mimowolnie spojrzała w lustro na swoją zmęczoną twarz i nowe zmarszczki wokół ust. Przecież kiedyś nazywałem ją swoją pięknością.

Niedługo skończysz sześćdziesiąt lat, Marek powiedziała prawie szeptem. Naprawdę uważasz, że…

Że co? wybuchłem. Że nie zasługuję na szczęście? Na nowe życie? Wielu w moim wieku…

Ucieka do młodszych kochanek? Zofia uśmiechnęła się gorzko. Smutne, ale prawdziwe.

Machnąłem irytacją ręką:

Znowu! Wciąż wszystko sprowadzasz do błota! Ja po prostu chcę oddychać pełną piersią!

Zapiąłem plecak. Zamek brzmiał jak wyrok.

Powiedz swojej mamie, iż życzę zdrowia rzuciłem, wychodząc. Mam nadzieję, iż będziecie mieć wygodnie. We dwie. Zająknąłem się, ale dokończyłem: Dwie stare przyjaciółki.

Drzwi trzasnęły. Zofia długo siedziała na łóżku, wpatrzona w jeden punkt. W jej głowie dźwięczało: Dwie stare przyjaciółki. Przecież ma dopiero pięćdziesiąt trzy lata. Czy to już starość?

Z sąsiedniego pokoju dobiegł cichy głos:

Zosiu? Coś się stało?

Nic, mamo podniosła się z trudem. Marek wyjechał. Załatwić sprawy.

Kłamałem jej przykro, ale prawdy jeszcze nie mogła usłyszeć. Nie chciałem, żeby osiemdziesięcioletnia mama zaczęła obwiniać się za rozpad małżeństwa córki.

Następne dni płynęły jak szara rzeka. Zofia wykonywała swoje rytuały: gotowała, sprzątała, opiekowała się mamą. W głowie wciąż kołatała jedna myśl: kiedy? Kiedy przestała zauważać mur między nimi?

Przypomniała sobie, jak poznała Iwonę. Sąsiadka niedawno się rozwiodła, często spotykały się przy skrzynce na listy. Energiczna, wyzwolona, w kolorowych sukienkach i z głośnym śmiechem. choćby jej współczuła ciężko przecież samej z dzieckiem.

Potem zaczęła widzieć, jak Marek patrzy na Iwonę. Jak przesiaduje przy oknie, gdy Iwona wyprowadzała psa. Jak przypadkiem kręcił się koło klatki, gdy ona wracała z pracy. Jak potrafił przesiadywać do nocy w garażu.

Córeczko głos mamy wyrwał ją z zamyślenia od pół godziny myjesz jedną filiżankę. Usiądź przy mnie.

Zofia spojrzała w lustro rzeczywiście stała przy zlewie z jedną filiżanką, zapatrzona w okno.

Już kończę, mamo.

Zosiu… Mama przysiadła na krześle, opierając się o oparcie. Wiem, co się dzieje. Nie okłamuj mnie.

Mamo…

Zostawił cię, prawda? Odszedł do tej z piątego piętra?

Zofia skinęła głową, czując łzy pod powiekami.

Głupek skończony westchnęła filozoficznie mama. Wiesz co się dzieje z facetami koło sześćdziesiątki? Jakby ich opętało szukają młodości tam, gdzie jej nigdy nie było.

Mamo, dosyć…

Jak dosyć? mama niespodziewanie zaśmiała się dźwięcznie. Twój tata w wieku pięćdziesięciu dwóch lat też zgłupiał. Uważał, iż życie mu umyka.

Zofia spojrzała na nią zdumiona:

Tata? Nigdy nic nie mówiłaś…

Po co było opowiadać? wzruszyła ramionami. Dwa miesiące później wrócił z podkulonym ogonem. Ale na niego już nie czekałam.

Serio?

Tak. Mama puściła oczko. W ciągu tych dwóch miesięcy zrozumiałam, iż moje życie się nie skończyło. Poszłam na kurs haftu. I wiesz co? Oddychałam lżej bez niego.

Popatrzyła na swoje stare ręce w plamach, ze zmarszczoną skórą, ale wciąż sprawne.

Widzisz, Zosiu, lata nie są najważniejsze. Ważne jest to, co w sercu. Mam osiemdziesiąt pięć lat, a w środku wciąż jestem tą samą dziewczyną.

Zosia uśmiechnęła się blado. Tak, to prawda jej mama, mimo wieku i chorób, promieniowała niezwykłą energią. Może właśnie dlatego ludzie zawsze garnęli się do niej?

Twój Marek ciągnęła mama nie ucieka od ciebie. Ucieka od siebie, od lęku przed starością. Myśli, jak będzie miał młodą przy boku, to sam znowu odzyska młodość.

Bronisz go? Zosia była bliska złości.

Nie. Mama pokręciła głową. Po prostu go żal. Bo wiem, iż nie znajdzie tego, co szuka. Od czasu nie można uciec, córuś. Zawsze cię dopadnie.

Tymczasem za oknem rozległ się śmiech. Zosia zerknęła odruchowo: Marek i Iwona spacerowali po podwórku, Marek niósł jej torby, ona gestykulowała radośnie a on patrzył na nią z zachwytem. Serce Zosi ścisnęło się boleśnie.

Nie tłum siebie mama delikatnie odciągnęła ją od okna. Lepiej chodź na herbatę. Mam świeże pierniki.

Mamo, jakie pierniki… głos Zosi zadrżał.

Powiadam ci: głupek. Ale to jego droga. Ty szukaj swojej. A wiesz co? Jutro pójdziemy do parku. Teraz po remoncie wygląda przepięknie.

Zosia chciała zaprotestować, ale coś w głosie mamy kazało jej zamilknąć. A może rzeczywiście czas zacząć żyć? Dla siebie?

Park zaskoczył. Po remoncie był zupełnie inny nowe alejki, fontanny, wygodne ławki. W centrum działał mały dom kultury, skąd dobiegała muzyka.

Popatrz mama zatrzymała się przy tablicy z plakatami. Nabór do klubu literackiego, do szkoły tańca. O, patrz joga dla seniorów!

Mamo Zosia skrzywiła się tylko mi nie mów, że…

A czemu nie? mama zaśmiała się figlarnie. W moim wieku jeszcze niejedno mogę pokazać!

Żeby to udowodnić, zamaszyście machnęła ręką. Laska z hukiem spadła na ziemię.

Och… zawstydziła się.

Pozwól, iż pomogę usłyszeliśmy przyjemny, męski głos.

Elegancki pan w średnim wieku podniósł laskę i z ukłonem oddał ją mamie.

Proszę bardzo.

Dziękuję mama zarumieniła się. Dziękuję serdecznie.

Michał Szymański. Przedstawił się. Prowadzę tu spotkania literackie. Pani interesuje się naszymi wydarzeniami?

Nie… zaczęła Zosia, ale mama stanowczo przerwała:

Oczywiście! Moja córka pięknie pisze wiersze. Publikowała choćby w gazetce uczelnianej.

Mamo! Spłonęła rumieńcem. To było za tamtych lat…

Poezja nie zna czasu powiedział z uśmiechem Michał Szymański. jeżeli chcecie, zapraszam na dzisiejsze spotkanie. Rozmawiamy właśnie o nowych utworach.

Tak doszło do tego, iż Zosia trafiła do literackiego klubu. choćby nie wie, kiedy to się stało. Przyszła tylko wesprzeć mamę, a została wciągnięta na dobre. Zapach książek, ciche rozmowy, zaangażowane twarze wszystko tworzyło niepowtarzalną atmosferę. Tutaj nikt nie patrzył na wygląd czy wiek liczyły się myśli i uczucia.

Potem był wieczór poezji. Kameralny, dla swoich, ale Zosia stresowała się jak przed maturą.

Czytała swoje wiersze o miłości, o stracie, o tym, iż życie nie kończy się na bólu. Z każdą linijką czuła, jak coś w niej się otwiera, prostuje, budzi do życia.

W drodze powrotnej spotkała Marka. Był sam, bez Iwony. Stał kilka kroków dalej, spięty jak skruszony chłopiec.

Zosiu, pięknie wyglądasz.

Patrzyła na niego bez słowa. Dziwnie jego znajome piwne oczy nie wzbudzały już bólu, tylko spokojne zmęczenie.

Dziękuję odpowiedziała cicho. Tyle?

Nie, poczekaj przybliżył się. Chciałem wyjaśnić To znaczy, zrozumiałem.

Rozczarowałeś się? uniosła brwi. Iwona nie była tak idealna?

Marek skrzywił się:

Nie o to chodzi. Ona jest młoda, atrakcyjna, ale zawahał się. Nie mamy o czym rozmawiać.

Myślałeś, iż trzydziestopięciolatki fascynują się komedią Barei? Zosia zaśmiała się niespodziewanie. Marek, naprawdę naiwny jesteś. Doprawdy.

Nie o to chodzi zmarszczył się. Zosiu, chyba popełniłem błąd. Może…

Nie stanowczo pokręciła głową. Żadnego może. Wiesz co? Jestem ci wdzięczna.

Za co? był zdezorientowany.

Za to, iż odszedłeś. Dzięki temu zrozumiałam, iż życie nie kończy się na garach i odkurzaczu.

Zosiu, ja wszystko przemyślałem. Chcę wrócić, do domu… chciał złapać ją za rękę.

Odsunęła się łagodnie, ale stanowczo:

Nie, Marek. Ty nie chcesz wrócić. Bo tu już nie ma domu”. Tamtej Zosi, co prała ci skarpetki i milczała przy kolacji, już nie ma. A z nową ty się nie znasz. I obawiam się, iż byś się jej przestraszył.

Dlaczego?

Bo ona żyje dla siebie.

W tym momencie doszła do nich mama. Bez laski wspierał ją pod ramię Michał Szymański.

O, Marek. Rzuciła mu chłodne spojrzenie. przez cały czas tutaj?

Dzień dobry, pani Krystyno wymamrotał. Już wychodzę.

Dobrze przytaknęła. Ale gdy następnym razem zechcesz uciekać przed czasem, pomyśl może problem tkwi gdzie indziej?

Marek drgnął, jakby dostał po głowie. Odwrócił się i gwałtownie ruszył w stronę wyjścia.

Mamo! powiedziała Zosia z lekkim wyrzutem. Niepotrzebnie…

A co niepotrzebnie? mama wzruszyła ramionami. Prawdę mówić? Poza tym, pan Michał zaproponował mi prowadzenie sekcji Bajki naszego dzieciństwa dla wnuków. Fajnie, co?

Pani Krystyna to urodzona opowiadaczka uśmiechnął się Michał Szymański. Dzieci będą zachwycone.

Patrzyłem na mamę odmłodzoną, z błyszczącymi oczami i pomyślałem: może właśnie tu tkwi mądrość? Nie walczyć z wiekiem, ale traktować go jak dar? Jak okazję, by odkryć siebie na nowo?

Dwa miesiące później Marek rozstał się z Iwoną. Mówiono, iż znalazła kogoś młodszego. A miesiąc później napisał Zosi wiadomość krótką, chaotyczną, pełną skruchy i próśb o wybaczenie. Zosia nie odpisała.

Po co? Miała już własne życie. Dwa razy w tygodniu spotkania literackie. A wiecie co? W wieku pięćdziesięciu trzech lat pierwszy raz od wielu lat poczuła się naprawdę młodo. Bo młodość to nie gładka skóra i farba na włosach. Młodość to odwaga być sobą. W każdym wieku.

I zrozumiałem: najważniejszą siłą w życiu jest odwaga, by zacząć napisać własny rozdział, choćby miał on zacząć się po burzy.

Idź do oryginalnego materiału