Andrzeju, gdzie mam usiąść? zapytałam cicho. W końcu spojrzał w moją stronę, a w jego oczach dostrzegłam irytację. Nie wiem, poradzisz sobie sama. Widzisz, wszyscy są zajęci rozmową.
Ktoś z gości zaśmiał się pod nosem. Poczułam, jak twarz płonie mi ze wstydu. Dwanaście lat małżeństwa. Dwanaście lat znosiłam pogardę.
Stałam w drzwiach sali bankietowej, z bukietem białych róż w rękach, nie dowierzając własnym oczom. Przy długim stole, ozdobionym kremowymi obrusami i kryształowymi kieliszkami, siedzieli wszyscy krewni Andrzeja. Wszyscy, oprócz mnie. Dla mnie miejsca nie było.
Zosiu, czemu stoisz? Wejdź rzucił mąż, choćby nie przerywając rozmowy z kuzynem.
Rozejrzałam się spokojnie każdy fotel zajęty, nikt nie zaproponował mi miejsca, choćby nie próbował się przesunąć. Teściowa, Barbara Zawadzka, siedziała na honorowym miejscu w złotej sukni, jak królowa, udając, iż mnie nie dostrzega.
Andrzeju, gdzie mam usiąść? powtórzyłam cicho.
Wzrok jego pozostał obojętny. Nie wiem, musisz sobie poradzić. Wszyscy są zajęci.
Rozległy się chichoty wśród krewnych. Policzki paliły mnie ze wstydu. Dwanaście lat znosiłam upokorzenia ze strony jego matki, dwanaście lat próbowałam być częścią tej rodziny. A efekt był taki, iż na siedemdziesiąte urodziny teściowej zabrakło dla mnie miejsca przy stole.
Może Zosia usiądzie w kuchni? zaproponowała szwagierka Małgorzata, jej głos ociekał ironią. Tam stoi taboret.
W kuchni. Jak pomoc domowa. Jak ktoś gorszy.
Odwróciłam się cicho i ruszyłam do wyjścia, ściskając bukiet tak mocno, iż kolce róż przebiły papier i skaleczyły dłonie. Za mną rozległ się śmiech i ktoś opowiadał żart. Nikt mnie nie zatrzymał, nikt nie zawołał.
W korytarzu restauracji wrzuciłam bukiet do kosza i sięgnęłam po telefon. Ręce trzęsły mi się, gdy zamawiałam taksówkę.
Dokąd jedziemy? zapytał kierowca, gdy wsiadłam.
Nie wiem odpowiedziałam szczerze. Po prostu ruszaj.
Przemierzaliśmy nocną Warszawę. Patrzyłam przez okno na światła witryn, na sporadycznych przechodniów, na pary spacerujące pod latarniami. Wtedy zrozumiałam nie chcę wracać do domu. Nie do naszej wynajmowanej kawalerki, gdzie czekają brudne naczynia Andrzeja, skarpetki rozrzucone po podłodze i ta wyuczona rola gospodyni, która wszystkim usługuje, ale sama niczego nie oczekuje.
Proszę zatrzymać się przy dworcu centralnym powiedziałam nagle.
Na pewno? Jest późno, pociągi już nie kursują odparł kierowca.
Proszę się zatrzymać.
Wysiadłam i weszłam do hali dworca. W kieszeni miałam kartę bankową nasze wspólne konto, na którym było trzydzieści tysięcy złotych. Oszczędności na nowy samochód.
Przy okienku siedziała zaspana kasjerka.
Co ma Pani na rano? spytałam do dowolnego miasta.
Kraków, Poznań, Wrocław, Gdańsk…
Poznań powiedziałam, nie zastanawiając się. Jeden bilet.
Noc przesiedziałam w kawiarni na dworcu, pijąc kawę i myśląc o swoim życiu. O tym, jak dwanaście lat temu zakochałam się w przystojnym brunecie i marzyłam o szczęśliwej rodzinie. O tym, jak stopniowo stawałam się cieniem, który gotuje, sprząta i milczy. Jak dawno zapomniałam o swoich marzeniach.
A przecież kiedyś je miałam. Na studiach uczyłam się projektowania wnętrz, wyobrażałam sobie własną pracownię, interesujące projekty, kreatywną pracę. Po ślubie Andrzej powiedział:
Po co ci praca? Zarabiam wystarczająco. Zajmij się domem.
Więc zajmowałam się domem. Przez dwanaście lat.
Rano wsiadłam do pociągu do Poznania. Po drodze Andrzej przysłał kilka wiadomości:
Gdzie jesteś? Wróć do domu. Zosiu, gdzie jesteś? Mama uważa, iż się obraziłaś. Przestań się wygłupiać!
Nie odpowiadałam. Spojrzałam na pola i lasy za oknem i po raz pierwszy od lat poczułam się żywa.
W Poznaniu wynajęłam mały pokój w starej kamienicy niedaleko Starego Rynku. Gospodyni, starsza pani Jadwiga Chmiel, nie zadawała zbędnych pytań.
Zostanie Pani długo? spytała tylko.
Nie wiem odparłam. Może na zawsze.
Pierwszy tydzień chodziłam po mieście, podziwiałam kamienice, odwiedzałam muzea, siadałam w kawiarniach i czytałam książki. Od dawna nie czytałam niczego poza recepturami i poradami domowymi. Okazało się, iż przez te lata wyszło tyle interesujących lektur!
Andrzej dzwonił codziennie:
Zosiu, skończ te głupoty! Wracaj do domu!
Mama mówi, iż przeprosi. Czego jeszcze chcesz?
Zwariowałaś? Dorosła kobieta, a zachowujesz się jak dziecko!
Słuchałam tych słów i pytałam siebie czy kiedyś wydawało mi się to normalne? Czy naprawdę przywykłam do traktowania jak nieposłuszna nastolatka?
W drugim tygodniu poszłam do powiatowego urzędu pracy. Okazało się, iż projektantki wnętrz są bardzo poszukiwane, zwłaszcza w Poznaniu. Ale dawno kończyłam studia, technologie się zmieniły.
Trzeba zrobić kursy doszkalające doradziła doradczyni nowe programy, trendy. Ma Pani solidne podstawy, da sobie Pani radę.
Zapisałam się. Codziennie dojeżdżałam do centrum kształcenia, uczyłam się obsługi 3D-programów, nowych materiałów, bieżących tendencji. Mój umysł, nieprzyzwyczajony do pracy, początkowo się buntował, ale gwałtownie nabierałam wprawy.
Ma Pani talent pochwalił mnie wykładowca przy pierwszym projekcie. Wyczucie estetyki. Skąd ta przerwa w karierze?
Życie odpowiadałam krótko.
Po miesiącu Andrzej przestał dzwonić. Za to zadzwoniła jego matka.
Co ty wyprawiasz, dziewucho! krzyczała przez słuchawkę. Zostawiłaś męża, zniszczyłaś rodzinę! Przez co?! Przez krzesło przy stole? Nie pomyśleliśmy!
Pani Barbaro, to nie o miejsce przy stole odpowiedziałam spokojnie. To o dwanaście lat upokorzeń.
Jakich upokorzeń? Mój syn nosił cię na rękach!
Twój syn pozwalał Pani robić ze mnie służącą, sam traktował mnie gorzej.
Niegodna! wykrzyczała i rozłączyła się.
Po dwóch miesiącach odebrałam dyplom, zaczęłam szukać pracy. Pierwsze rozmowy szły kiepsko plątałam się w zeznaniach, zapomniałam, jak się prezentować. Ale przy piątej próbie dostałam pracę w małej pracowni jako asystent projektanta.
Płaca niewysoka ostrzegł szef, pan Marek Stasiak, około czterdziestki, łagodne szare oczy. Ale mamy fajną ekipę i interesujące projekty. jeżeli się Pani sprawdzi, będą awanse.
Wzięłabym każdą pracę tylko mieć cel, robić coś, być kimś więcej niż kucharka czy sprzątaczka.
Pierwszy projekt był niewielki projekt kawalerki dla młodej pary. Pracowałam z zaangażowaniem, dopracowałam każdy szczegół, sporządziłam dziesiątki szkiców. Klienci byli zachwyceni.
Uwzględniła Pani wszystko! ucieszyła się właścicielka Zrozumiała Pani, jak chcemy żyć.
Marek pochwalił mnie:
Dobra robota, Zosiu. Widać, iż wkładasz w to serce.
Wkładałam. Po raz pierwszy od lat robiłam coś, co naprawdę lubiłam. Każdego ranka czekałam na kolejne wyzwania, nowe pomysły.
Po pół roku podwyższono mi pensję i powierzono trudniejsze projekty. Po roku zostałam główną projektantką. Zespół darzył mnie szacunkiem, klienci polecali mnie znajomym.
Zosiu, jest Pani mężatką? zapytał kiedyś Marek po godzinach. Dyskutowaliśmy projekt do późnej nocy.
Formalnie tak odpowiedziałam Ale od roku żyję sama.
Zamierza się Pani rozwieść?
Tak, niedługo złożę dokumenty.
Kiwnął głową, nie pytał dalej. Lubiłam, iż nie wtrącał się w moje sprawy, nie radził, nie oceniał. Akceptował mnie taką, jaką byłam.
Zima w Poznaniu była surowa, ale nie czułam zimna. Od lat czułam się jak zamrożona, a teraz topniałam na nowo. Zapisałam się na kurs angielskiego, zaczęłam ćwiczyć jogę, poszłam choćby do teatru sama, i przypadło mi to do gustu.
Pani Jadwiga, moja gospodyni, powiedziała:
Wie Pani, Zosiu, zmieniła się Pani. Gdy przyszła szara myszka, przestraszona. Teraz piękna, pewna siebie kobieta.
Spojrzałam w lustro. Miała rację. Rozpuściłam włosy, zrezygnowałam z surowego koka, zaczęłam się malować, nosić kolorowe ubrania. Ale najważniejszy był wzrok pojawiło się w nim życie.
Półtora roku po odejściu zadzwoniła nieznajoma kobieta:
Czy Pani Zofia? Poleciła Panią Anna Nowak, projektowała Pani jej mieszkanie.
Tak, słucham.
Mam duży projekt dwukondygnacyjny dom, chcę całkowitej metamorfozy wnętrza. Możemy się spotkać?
Projekt okazał się wymagający. Zamożna klientka pozostawiła mi pełną swobodę i duży budżet. Pracowałam nad tym cztery miesiące, a efekt przeszedł wszelkie oczekiwania. Zdjęcia wnętrza ukazały się w branżowym magazynie.
Zosiu, jest Pani gotowa na własną działalność powiedział Marek, pokazując mi artykuł. Ma Pani już renomę, klienci chcą właśnie Pani. Może czas na własne studio?
Myśl o własnej firmie przerażała i fascynowała. Ale zdecydowałam się. Za oszczędności wynajęłam mały biuro w centrum i zarejestrowałam działalność gospodarczą. Pracownia Projektowania Wnętrz Zofii Głowackiej szyld był skromny, ale dla mnie te słowa były najpiękniejsze na świecie.
Rozpoczęcie działalności okazało się trudne. Klientów było niewielu, finanse gwałtownie topniały. Nie poddawałam się. Pracowałam po szesnaście godzin dziennie, uczyłam się marketingu, stworzyłam stronę internetową i prowadziłam profile w mediach społecznościowych.
Z czasem wszystko ruszyło. Zadowoleni klienci polecali moje usługi znajomym. Po roku zatrudniłam asystenta, po dwóch drugą projektantkę.
Pewnego ranka, przeglądając pocztę, zobaczyłam wiadomość od Andrzeja. Serce na chwilę zamarło nie słyszałam o nim długo.
Zosiu, czytałem o twoim sukcesie. Nie mogę uwierzyć, iż osiągnęłaś tak wiele. Chciałbym się spotkać, porozmawiać. Wiele zrozumiałem przez te trzy lata. Przepraszam.
Przeczytałam ją kilka razy. Trzy lata wcześniej rzuciłabym wszystko by do niego pójść. Teraz poczułam tylko delikatny smutek za młodością, naiwną wiarą w miłość, za straconymi latami.
Odpisałam krótko: Dziękuję za wiadomość, Andrzeju. Jestem szczęśliwa. Życzę ci odnalezienia własnego szczęścia.
Tego samego dnia złożyłam wniosek o rozwód. Latem, w trzecią rocznicę mojego odejścia, pracownia otrzymała zamówienie na projekt penthouseu w prestiżowym apartamentowcu. Klientem był Marek mój były przełożony.
Gratulacje! powiedział, ściskając mi dłoń. Wiedziałem, iż ci się uda.
Dziękuję. Bez Twojego wsparcia nie dałabym rady.
To bzdura. Sama wszystko osiągnęłaś. A teraz chodźmy na kolację, omówić projekt.
Rozmawialiśmy przede wszystkim o pracy, ale pod koniec rozmowa zeszła na prywatne tematy.
Zosiu, chciałem zapytać… Marek spojrzał na mnie poważnie czy jest ktoś w Twoim życiu?
Nie odpowiedziałam szczerze i nie wiem, czy jestem gotowa na związek. Tak długo wracałam do zaufania ludziom.
Rozumiem. Może po prostu spotykajmy się czasem? Bez presji, bez wymagań. Jak dwoje dorosłych, którym dobrze się rozmawia.
Pomyślałam i przytaknęłam. Marek był dobrym człowiekiem mądrym i wyważonym. Przy nim czułam się spokojna i bezpieczna.
Nasza relacja rozwijała się powoli, naturalnie. Chodziliśmy do teatru, spacerowaliśmy po mieście, rozmawialiśmy o wszystkim. Marek nigdy nie ponaglał, nie oczekiwał deklaracji, nie próbował rządzić moim życiem.
Wiesz powiedziałam mu kiedyś przy Tobie po raz pierwszy czuję się równa. Nie służąca, nie ozdoba, nie balast. Po prostu równa.
A czy może być inaczej? zdziwił się. Jesteś niesamowitą kobietą. Silną, utalentowaną, samodzielną.
Cztery lata po odejściu moja pracownia była jedną z najbardziej znanych w Poznaniu. Miałam zespół ośmiu osób, własne biuro w zabytkowym centrum i mieszkanie z widokiem na rzekę Wartę.
Najważniejsze jednak miałam nowe życie. Takie, które wybrałam sama.
Pewnego wieczoru, siedząc w ulubionym fotelu przy oknie i popijając herbatę, wspominałam tamten dzień sprzed czterech lat: sala bankietowa, kremowe obrusy, białe róże wyrzucone do kosza. Upokorzenie, ból, rozpacz.
Pomyślałam: dziękuję Ci, Barbaro Zawadzka. Dziękuję, iż nie znalazłaś dla mnie miejsca przy swoim stole. Gdyby nie to, siedziałabym tam do dziś, zadowalając się resztkami cudzej uwagi.
Teraz mam swój własny stół. I przy nim siedzę ja sama pani własnego losu.
Telefon przerwał mi rozmyślania.
Zosiu? Tu Marek. Jestem pod Twoim domem. Mogę wejść? Chciałbym o czymś ważnym porozmawiać.
Oczywiście, zapraszam.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam go z bukietem białych róż. Takich, jak cztery lata temu.
Przypadek? spytałam.
Nie uśmiechnął się. Pamiętam, co mówiłaś o tamtym dniu. Chciałem, żeby teraz białe róże kojarzyły Ci się z czymś dobrym.
Podał mi kwiaty i wyjął z kieszeni niewielkie pudełko.
Nie chcę się spieszyć powiedział Chciałbym, żebyś wiedziała: jestem gotów dzielić z Tobą życie, takie jakie jest. Twoją pracę, marzenia i wolność. Nie zamierzam Cię zmieniać, a jedynie towarzyszyć.
Otworzyłam pudełko. W środku była obrączka prosta, klasyczna, dokładnie taka, jaką sama bym wybrała.
Przemyśl to. Nie musimy się śpieszyć powiedział Marek.
Spojrzałam na niego, na róże, na obrączkę. I pomyślałam o drodze, którą przeszłam od przestraszonej gospodyni domowej do szczęśliwej, samodzielnej kobiety.
Marku powiedziałam czy jesteś pewien, iż chcesz poślubić taką uparciuchę? Już nigdy nie będę milczeć, gdy coś mi nie odpowiada. Nigdy nie zgodzę się na rolę wygodnej żony. I nigdy nie pozwolę siebie traktować jak kogoś gorszego.
Taka właśnie Ciebie pokochałem odpowiedział. Silną, niezależną, świadomą własnej wartości.
Założyłam obrączkę. Była idealna.
Zgoda powiedziałam. Ale ślub zaplanujemy razem. I przy naszym stole miejsce znajdzie się dla wszystkich.
Przytuliliśmy się, a wtedy przez okno wpadł podmuch wiatru znad Warty, rozwiewając zasłony i napełniając pokój świeżością. Jak symbol nowego życia, które dopiero się zaczyna.
Czasem los każe nam wstać od cudzego stołu, byśmy nauczyli się, jak zbudować własny. Własne miejsce, własne szczęście jeżeli tylko odważymy się to zrobić.













