Pawle, a gdzie mam usiąść? spytałam cicho. Wreszcie spojrzał w moją stronę, a w jego oczach dostrzegłam irytację. Nie wiem, radź sobie sama. Widzisz, wszyscy zajęci rozmową. Ktoś z gości zachichotał. Uderzyła mnie fala gorąca, policzki zaczęły płonąć. Dwanaście lat małżeństwa, dwanaście lat znoszenia lekceważenia.
Stałam w drzwiach sali bankietowej z bukietem białych róż w dłoniach, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Przy długim stole, ozdobionym złotymi obrusami i kryształowymi kieliszkami, siedziała cała rodzina Pawła. Wszyscy, oprócz mnie. Dla mnie zabrakło miejsca.
Zosiu, czemu stoisz? Przechodź! krzyknął mąż, nie przerywając rozmowy z kuzynem.
Powoli ogarnęłam spojrzeniem stół. Faktycznie, nie było wolnego krzesła. Każdy był zajęty, nikt choćby nie raczył się przysunąć czy ustąpić mi miejsca. Teściowa, Helena Zawadzka, siedziała dumnie na szczycie stołu, ubrana w złotą suknię jak królowa na tronie, udając, iż mnie nie widzi.
Pawle, a gdzie mam usiąść? powtórzyłam szeptem.
Spojrzał na mnie znudzony.
Nie wiem, radź sobie. Wszyscy zajęci rozmową.
Goście zachichotali pod nosem. Poczułam piekący wstyd. Dwanaście lat małżeństwa, dwanaście lat znoszenia kpin ze strony jego matki, dwanaście lat próbowania być częścią tej rodziny. I oto efekt zabrakło dla mnie miejsca przy stole na siedemdziesiątych urodzinach teściowej.
Może Zosia usiądzie w kuchni? zaproponowała szwagierka Barbara z kąśliwym tonem. Tam jest taboret.
W kuchni. Jak służąca. Jak ktoś gorszego sortu.
Nie mówiąc słowa, odwróciłam się i wyszłam, ściskając bukiet tak mocno, iż ciernie przebiły papier i wbiły się w skórę dłoni. Za plecami rozbrzmiał śmiech ktoś opowiadał dowcip. Nikt mnie nie zatrzymał, nikt nie zawołał.
W korytarzu restauracji wrzuciłam bukiet do kosza i wyjęłam telefon. Ręce drżały, gdy zamówiłam taksówkę.
Dokąd jedziemy? spytał kierowca, gdy wsiadłam.
Sama nie wiem Proszę jechać gdziekolwiek.
Jechaliśmy nocą przez Warszawę. Spoglądałam przez okno na światła wystaw, nielicznych przechodniów, zakochane pary spacerujące pod latarniami. I nagle dotarło do mnie nie chcę wracać do domu. Do naszego mieszkania, gdzie czekają brudne talerze Pawła, jego porozrzucane skarpetki i codzienność gospodyni, której rolę powinnam spełniać bez żadnych pretensji.
Proszę zatrzymać się przy dworcu Centralnym powiedziałam.
Pani Zosiu, jest już późno, pociągi nie kursują.
Proszę zatrzymać.
Wysiadłam i podeszłam do wejścia. W kieszeni miałam wspólną kartę rachunek, na którym przez lata gromadziliśmy oszczędności na nowy samochód: dwieście pięćdziesiąt tysięcy złotych.
Za kasą siedziała zmęczona dziewczyna.
Jakie są pociągi rano? spytałam. Do jakiegokolwiek miasta.
Kraków, Gdańsk, Wrocław, Poznań
Kraków powiedziałam bez zastanowienia. Jeden bilet.
Noc spędziłam w dworcowej kawiarni, popijając kawę i rozmyślając nad swoim życiem. O tym, jak dwanaście lat temu zakochałam się w przystojnym chłopaku z brązowymi oczami i marzyłam o szczęśliwej rodzinie. Jak powoli zmieniałam się w cień: gotowałam, sprzątałam, milczałam. Jak dawno zapomniałam o własnych marzeniach.
A przecież miałam marzenia. Studiowałam na Politechnice wnętrza wyobrażałam sobie własną pracownię, kreatywne projekty, ciekawą pracę. Ale po ślubie Paweł powiedział:
Po co ci praca? Zarabiam wystarczająco. Zajmij się domem.
I tak tkwiłam w domu. Przez dwanaście lat.
Rano wsiadłam do pociągu do Krakowa. Paweł napisał kilka wiadomości:
Zosiu, gdzie jesteś? Wracaj do domu. Zosia, odpisz. Mama mówi, iż się obraziłaś. No przestań się wygłupiać!
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam przez okno na migające pola, lasy i czułam się żywa po raz pierwszy od lat.
W Krakowie wynajęłam pokój w starej kamienicy niedaleko Rynku. Gospodyni, pani Maria Nowak, starsza, elegancka kobieta, nie zadawała zbędnych pytań.
Zostanie pani długo? zapytała tylko.
Nie wiem, może na zawsze.
Przez pierwszy tydzień tylko chodziłam po mieście podziwiałam architekturę, zaglądałam do muzeów, siedziałam w kawiarniach z książką w ręku. Dawno już nie czytałam nic prócz przepisów i poradników domowych. Odkryłam, iż tyle ciekawych rzeczy się wydarzyło!
Paweł dzwonił codziennie:
Zosiu, już wystarczy tej zabawy! Wracaj!
Mama obiecała, iż cię przeprosi. To czego jeszcze chcesz?
Oszalałaś? Dorosła kobieta, a zachowujesz się jak dziecko!
Słuchałam jego wrzasków i zastanawiałam się czy naprawdę kiedyś wydawało mi się to normalne? Czy przyzwyczaiłam się do traktowania jak niesforne dziecko?
Na drugi tydzień poszłam do urzędu pracy. Okazało się, iż projektantki wnętrz są bardzo poszukiwane zwłaszcza w takim mieście jak Kraków. Ale moja wiedza była przestarzała, technologie się zmieniły.
Musi pani przejść kurs, nauczyć się nowych programów i trendów. Ale bazę pani ma da sobie radę powiedziała konsultantka.
Zapisałam się na kurs. Każdego ranka jeździłam do centrum szkoleniowego, uczyłam się 3D-programów, nowoczesnych materiałów, śledziłam trendy. Mój mózg, odwykły od pracy, z początku protestował. Ale powoli wracałam do formy.
Ma pani talent powiedział prowadzący po zobaczeniu mojego pierwszego projektu. Pani czuje styl. Skąd taka przerwa w karierze?
Życie odpowiedziałam krótko.
Paweł przestał dzwonić po miesiącu. W końcu zadzwoniła jego matka.
Co ty robisz, głupia kobieto?! wrzasnęła do słuchawki. Zrujnowałaś rodzinę! Przez co? Przez to, iż nie miałaś miejsca przy stole? To było niedopatrzenie!
Pani Heleno, nie chodzi o miejsce. Chodzi o dwanaście lat poniżenia odpowiedziałam spokojnie.
Jakiego poniżenia? Mój syn nosił cię na rękach!
Twój syn pozwalał traktować mnie jak służącą. A sam zachowywał się gorzej.
Wariatka! i rozłączyła się.
Po dwóch miesiącach zdobyłam certyfikat i zaczęłam szukać pracy. Pierwsze rozmowy kwalifikacyjne nie były udane denerwowałam się, plątałam, zapomniałam, jak się prezentować. Ale przy piątej rozmowie dostałam pracę w małym studiu projektowym jako asystentka.
Pensja niewysoka ostrzegł szef, Michał, mężczyzna około czterdziestki, oczy łagodne, szare. Ale mamy fajny zespół i interesujące projekty. Jak się sprawdzisz, podwyższymy.
Zgodziłabym się na każdą stawkę. Chciałam pracować, tworzyć, czuć się potrzebna nie jako sprzątaczka, ale jako specjalistka.
Pierwszy projekt kawalerka dla młodej pary. Pracowałam z pasją, dopracowywałam szczegóły, rysowałam dziesiątki szkiców. Klienci byli zachwyceni.
Spełniła pani wszystkie nasze marzenia! choćby więcej pani rozumiała, jak chcemy żyć! zachwycała się klientka.
Michał pochwalił mnie:
Zosiu, świetna robota. Widać, iż wkładasz serce.
I rzeczywiście pierwszy raz od lat robiłam coś, co sprawia mi radość. Każdego ranka budziłam się z ekscytacją nowych możliwości.
Po pół roku dostałam podwyżkę i bardziej skomplikowane projekty. Po roku zostałam główną projektantką. Zespół traktował mnie z szacunkiem, klienci polecali znajomym.
Zosiu, jest pani mężatką? zapytał kiedyś Michał po godzinach, kiedy rozmawialiśmy w studiu o nowym projekcie do późnej nocy.
Formalnie tak, ale mieszkam sama już rok.
Rozumiem. Planujesz rozwód?
Tak, niedługo złożę dokumenty.
Skinął głową i nie drążył tematu. Podobało mi się to nie wtrącał się, nie dawał rad, nie oceniał. Po prostu akceptował.
Zima w Krakowie była surowa, ale nie cierpiałam z tego powodu. Wręcz przeciwnie czułam, iż odtajałam po latach zamrożenia. Zapisałam się na kurs angielskiego, zaczęłam ćwiczyć jogę, wybrałam się choćby do teatru sama. I sprawiło mi to przyjemność.
Maria Nowak, moja gospodyni, powiedziała kiedyś:
Zosiu, bardzo się pani zmieniła przez ten rok. Kiedy pani tu przyszła była pani cicha, przestraszona. A dziś piękna, pewna siebie kobieta.
Spojrzałam w lustro i musiałam jej przyznać rację. Zmieniłam się. Rozpuściłam włosy, które latami nosiłam w kok. Zaczęłam się malować, nosić kolorowe ubrania. Ale najważniejsze zmieniło się spojrzenie. Zagościło w nim życie.
Półtora roku po ucieczce do Krakowa zadzwoniła do mnie nieznajoma:
Pani Zofia? Poleciła mnie pani Anna Kwiatkowska, robiła pani projekt dla jej mieszkania.
Słucham.
Mam duży projekt: dwupiętrowy dom, chcę kompletną metamorfozę wnętrza. Kiedy możemy się spotkać?
Projekt był poważny. Bogata klientka dała mi pełną swobodę i solidny budżet. Pracowałam nad willą cztery miesiące, efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Zdjęcia zamieścił branżowy magazyn.
Zosiu, jest pani gotowa na własną działalność powiedział Michał, pokazując mi czasopismo. Pani ma już nazwisko w Krakowie, klienci proszą właśnie panią. Może czas na własne studio?
Myśl o własnej firmie przerażała i fascynowała jednocześnie. Ale spróbowałam. Za oszczędności wynajęłam mały lokal w centrum, założyłam jednoosobową działalność: Studio Wnętrz Zofii Jabłońskiej napis na szyldzie wyglądał skromnie, ale dla mnie to były najważniejsze słowa w życiu.
Pierwsze miesiące były trudne. Mało klientów, pieniądze gwałtownie topniały. Ale się nie poddałam. Pracowałam po szesnaście godzin dziennie, uczyłam się marketingu, założyłam stronę internetową i profile w mediach społecznościowych.
Stopniowo zaczęło się robić lepiej. Klienci z polecenia przybywali. Po roku zatrudniłam asystentkę, po dwóch latach drugą projektantkę.
Pewnego poranka, przeglądając pocztę, zobaczyłam email od Pawła. Serca na moment zamarło nie miałam od niego wieści od trzech lat.
Zosiu, widziałem artykuł o twoim studio w internecie. Nie mogę uwierzyć, iż osiągnęłaś taki sukces. Chciałbym się spotkać i porozmawiać. Wiele zrozumiałem przez te trzy lata. Przepraszam.
Czytałam maila kilka razy. Trzy lata temu rzuciłabym wszystko i pobiegła do niego. Dziś poczułam jedynie lekki smutek żal za młodością, naiwną wiarą w miłość, za straconym czasem.
Napisałam krótko: Pawle, dziękuję za wiadomość. Jestem szczęśliwa w nowym życiu. Życzę ci szczęścia.
Tego samego dnia złożyłam dokumenty rozwodowe. Latem, w trzecią rocznicę mojego odejścia, studio otrzymało zamówienie na projekty penthouse’u w luksusowym apartamentowcu. Zleceniodawcą okazał się Michał.
Gratuluję sukcesu uśmiechnął się, ściskając mi dłoń. Zawsze wierzyłem, iż ci się uda.
Dziękuję, bez twojej pomocy nie dałabym rady.
Bzdura. Sama wszystko osiągnęłaś. A teraz pozwól zaprosić się na kolację porozmawiamy o projekcie.
Podczas kolacji rozmawialiśmy o pracy, ale pod koniec zaczęliśmy mówić o sobie.
Zosiu, od dawna chciałem zapytać Michał spojrzał mi w oczy. Masz kogoś?
Nie. I nie jestem pewna, czy jestem gotowa na związek. Większość życia bałam się ufać ludziom.
Rozumiem. Może po prostu będziemy się spotykać? Bez presji, bez zobowiązań. Dwoje dorosłych ludzi, którzy lubią razem spędzać czas.
Zgodziłam się. Michał był dobry, rozsądny, taktowny. Z nim czułam się spokojnie i bezpiecznie.
Nasza relacja rozwijała się powoli, naturalnie. Chodziliśmy do teatru, spacerowaliśmy, rozmawialiśmy o wszystkim. Michał nigdy nie naciskał, nie wymagał deklaracji miłości, nie próbował mnie kontrolować.
Wiesz, powiedziałam mu kiedyś, z tobą czuję się po raz pierwszy równa. Nie służąca, nie ozdoba, nie balast. Po prostu partnerka.
A jak inaczej? uśmiechnął się. Jesteś niesamowitą kobietą. Silną, utalentowaną, niezależną.
Cztery lata po ucieczce moje studio należało do najważniejszych w Krakowie. Zespół ośmiu osób, własny lokal w sercu miasta, mieszkanie z widokiem na Stare Miasto.
A przede wszystkim miałam nowe życie. Takie, które wybrałam sama.
Pewnego wieczoru, siedząc w swoim ulubionym fotelu przy oknie, popijając herbatę, wspomniałam tamten dzień sprzed czterech lat. Salę bankietową, złote obrusy, białe róże, które wrzuciłam do kosza. Upokorzenie, ból, rozpacz.
I pomyślałam: dziękuję, pani Heleno. Dziękuję za to, iż nie znalazło się dla mnie miejsca przy pańskim stole. Dzięki temu nie spędziłam całego życia w kuchni, zadowalając się okruchami czyjejś uwagi.
Teraz mam własny stół. I przy nim siedzę ja pani swojego losu.
Telefon zadzwonił, przerywając rozważania.
Zosiu? Tu Michał. Jestem pod twoim domem. Mogę wejść? Muszę porozmawiać o czymś ważnym.
Oczywiście, wejdź.
Otworzyłam drzwi. Stał z bukietem białych róż. Takich samych jak tamte.
Przypadek? zapytałam.
Nie uśmiechnął się. Pamiętam, co mówiłaś o tym dniu. Chciałem, by białe róże już zawsze kojarzyły ci się tylko z czymś pięknym.
Wyciągnął kwiaty i małe pudełko.
Zosiu, nie chcę cię ponaglać. Ale chcę, żebyś wiedziała: jestem gotów iść przez życie z tobą. Takim, jakie jest: z twoją pracą, marzeniami, wolnością. Chcę cię nie zmieniać, a dopełniać.
Wzięłam pudełko, otworzyłam. Była w nim obrączka prosta, elegancka, skromna. Taka, jaką sama wybrałabym.
Przemyśl to. Nie musimy się spieszyć.
Spojrzałam na niego, na róże, na obrączkę. I pomyślałam o drodze, którą przeszłam od przestraszonej gospodyni domowej do szczęśliwej, niezależnej kobiety.
Michał, powiedziałam, jesteś pewny, iż chcesz kobiety upartej? Nigdy więcej nie będę milczeć, gdy mi coś nie odpowiada. Nigdy nie wejdę w rolę wygodnej żony. Nigdy nie pozwolę, by traktowano mnie jak kogoś gorszego.
Taką cię pokochałem odpowiedział. Silną, niezależną, znającą swoją wartość.
Założyłam obrączkę. Pasowała idealnie.
W takim razie tak. Ale wesele planujemy razem. I przy naszym stole miejsca dla wszystkich starczy.
Objęliśmy się. Wtedy przez okno wpadł wiatr z Plant, rozwiał zasłony i przyniósł świeżość i światło. Symbol nowego życia, które właśnie się zaczęło.













