Igorze, bagażnik się otworzył! Zatrzymaj samochód! – krzyczała Marzena, choć już wiedziała, iż wszys…

polregion.pl 4 godzin temu

Grzegorzu, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj samochód! wykrzyknęła Gosia, choć już wiedziała, iż wszystko przepadło. W drodze, wprost na trasę wypadały ich rzeczy z bagażnika, a jadące za nimi auta pewnie w ogóle tego nie zauważyły.

I te prezenty i smakołyki, na które odkładali ostatnie dwa miesiące! I puszka czerwonego kawioru, i wędzony łosoś, i droga szynka, i wiele innych przysmaków, na które pozwalali sobie tylko od wielkiego dzwonu. Worki z drogimi produktami i podarunkami leżały na wierzchu, żeby się nie zgnietły. Spakowali mnóstwo rzeczy jechali na święta do babci Grzegorza na wieś.

Na trasie stały korki wszyscy rzucili się za miasto. Samochody jechały jeden za drugim, niezbyt szybko, ale zatrzymać się od razu trudno. Co wypadło, to już chyba stracone.

Dzieci siedzące z tyłu, Basia i Ewa, rozkleiły się na widok zapłakanej mamy. Gosia je pocieszała, a Grzegorz, przyhamowując, zjechał na pobocze i wreszcie się zatrzymali. Mieli jeszcze resztki nadziei może rzeczy spadły na pobocze, może coś się uratowało? Cofnęli się kawałek wzdłuż drogi, ale wszystko na nic szukać nie było sensu.

Daj spokój, Gosiu, mówiłem ci: rzeczy to tylko rzeczy. Najwyżej kupimy coś innego, rozumiesz? A w ogóle jakoś damy sobie radę pocieszył żonę Grzegorz widząc jej rozgoryczenie. Stare auto, zamek w bagażniku wysiadł, ot, pech. Chodźmy już do auta, bo śnieg sypie, robi się ciemno, a droga przed nami niełatwa.

Całą resztę drogi Gosia milczała. Co miała teraz złościć się na Grzegorza? Ich samochód leciwy, zamek ledwie się trzyma. Próbowała nie wracać myślami do straty, ale łzy wracały jak bumerang. Przez dwa miesiące liczyła każdy grosz, by sprawić euforia rodzinie. I w dodatku ten piękny mięciutki koc, prezent dla babci Grzegorza, też utknął w nieszczęsnym bagażniku

Na wieś, do małej mazowieckiej wioski, dotarli już po północy. Myśleli, iż babcia Maria już śpi i nie doczekała się wnuków. Ale nad gankiem świeciła się lampa, a z domu wybiegła babcia razem ze swoją sąsiadką, panią Henryką.

Przyjechaliście! Dzięki Ci, Panie Boże! Babcia od razu zaczęła wszystkich ściskać i całować. Gosiuniu, Grzesiuku, a gdzież Basia z Ewą? To dobrze, iż już jesteście, już się niepokoiłyśmy!

Babciu, spokojnie, wszystko dobrze, czemu wy się tak zamartwiacie? Grzegorz przytulił babcię. Wchodźcie do domu, bo mróz a ty tylko w swetrze, jeszcze się rozchorujesz!

Babcia tylko machnęła ręką. Z Henryką cały wieczór was wyczekiwałyśmy, ty się śmiej, ale dzisiaj miałam widzenie. Drzemnęłam po obiedzie i śniło mi się wyraźnie, jak wasz samochód nagle zjeżdża z drogi aż się wystraszyłam. Potem cały dzień było mi nieswojo. Dobrze, iż przyszła Henryka, jej syn już z rodziną dojechali.

Jakoś objaśniłam to widzenie. Henryka od razu: Źle, trzeba się modlić! I modliłyśmy się cały wieczór do Pana Boga, do św. Antoniego i św. Mikołaja, żebyście bezpiecznie dojechali. Obiecałyśmy sobie, jak trzeba będzie, odprawimy nowennę! Nie wiemy, czym to odpracowałyśmy, ale jesteście całi, dzięki Bogu.

Masz rację, babciu przytaknęli Gosia i Grzegorz a o ile nasze podarki trafiły do kogoś potrzebującego, to niech mu idą na zdrowie. Może komuś innemu były bardziej potrzebne.

Nowy Rok świętowaliśmy w licznej rodzinie przy suto zastawionym stole. Na talerze wjechały własne kartofelki, kiszone ogórki i pomidory, śledzik pod pierzynką i gęś pieczona palce lizać! Nie zabrakło też słynnych babcinych pierożków Basia z Ewą co i raz podkradały ciepłe drożdżówki z wielkiego garnka przy piecu. W dzień szalały z dzieciakami sąsiadów na sankach. Wszystkim kleiły się oczy, ale nie chciały spać przecież zaraz św. Mikołaj położy prezenty pod choinką!

Babcia Maria z uśmiechem tuliła wnuki własne i sąsiadki szczęście pełne, bo wszyscy razem. To przecież najważniejsze.

A w zapomnianej przez Boga wiosce, w trzy rodziny, przy prostym stole wigilijnym siedziały dwie stare siostry Stefania i Janina z sąsiadem panem Władysławem. Wielkiej rodziny nie mieli z latem jeszcze jakoś ciągnęli, coś w ogródku posiali, ale zimą ciemno, zimno i ciężko staruszkom. Ale najważniejsze, iż są razem. Dziadek Władek przyniósł choinkę, na stole, choć biednie, nie brakło kromki chleba i odrobiny śledzia.

Rano Władek poszedł do lasu po suche gałązki na podpałkę do pieca. Przy śnieżnej zaspie zobaczył wystający pasek torby. Pociągnął torebka dość ciężka. W środku kawior, ryba, mięso, a na dnie śliczny biały, puszysty koc. Rozejrzał się nikogo w pobliżu. Zapakował torbę na sanki i przywiózł do domu. Rozłożył koc przed siostrami, rozpalił piec, a one wystawiły potrawy na stół.

Nie wierzyłam, iż jeszcze kiedyś w życiu takich rarytasów spróbuję zdziwiła się Janina.

A ja myślałam, iż cuda już się nie zdarzają dodała Stefania.

Może to Pan Bóg dał nam nagrodę za lata po cichu znoszonego trudu podsumował dziadek Władek. Może jeszcze trochę pożyjemy, na świat popatrzymy.

Nie warto żałować rzeczy, które się utraciło. Być może to sam Bóg pomógł nam odwrócić większe nieszczęście, dał szansę, by ocalić coś bliższego sercu. Najważniejsze, iż mamy siebie. Tego się dziś nauczyłem.

Idź do oryginalnego materiału