Idealna wolność

newsempire24.com 2 dni temu

Zapłaciłam ostatnią ratę we wtorek wieczorem, dwudziestego szóstego maja, i przez chwilę siedziałam na podłodze w kuchni z telefonem w ręku, patrząc na to jedno zero na koncie oszczędnościowym, które zamieniło się w liczbę: dwadzieścia sześć tysięcy złotych. Dokładnie tyle, ile trzeba na osiem dni w Grecji dla dwojga. Za oknem sąsiad z parteru grillował już od piętnastej, mimo iż to był zwykły wtorek — u niego zawsze jakiś powód się znajdzie.

Nazywam się Agata, mam trzydzieści dwa lata, pracuję jako grafik freelancer w Poznaniu i przez cały rok odmawiałam sobie wszystkiego, żeby ta podróż z Bartkiem się udała. Żadnych nowych butów, żadnych wyjść na wino z koleżankami z branży, żadnych zamówień na Glovo w piątkowe wieczory. Cały ten rok miał jeden cel: Kreta, hotel z widokiem na zatokę, śniadania na tarasie.

Byliśmy razem dwa i pół roku i po raz pierwszy w tym związku poczułam grunt pod nogami. Bartek pracował w firmie logistycznej, nie znikał na wieczory z kolegami bez słowa, płacił rachunki na czas. Ta wycieczka miała być czymś w rodzaju pieczątki — dowodem, iż wreszcie mam faceta, na którym można polegać. On też odkładał, brał dodatkowe zmiany w magazynie w weekendy, odmawiał sobie meczów na stadionie z kumplami.

Kupiliśmy bilety linii lotniczych z Poznania przez Ateny, zarezerwowaliśmy pokój w Chanii. Wieczorami przeglądałam zdjęcia hotelu na telefonie, leżąc na kanapie, podczas gdy w telewizorze leciał akurat kolejny odcinek jakiegoś serialu kryminalnego, którego choćby nie oglądałam — po prostu szumiał w tle. Wyobrażałam sobie plażę, ciepłe morze, wieczorną promenadę bez telefonu w ręku.

W dniu wylotu prawie nie spałam. Walizka stała spakowana od poniedziałku, plan zwiedzania rozpisany co do godziny. Bartek zamówił Bolta na piątą rano, jechaliśmy przez pusty jeszcze Poznań, mijając tramwaje wyjeżdżające dopiero z zajezdni. Na lotnisku Ławica odprawa poszła szybko, zdaliśmy bagaż, przeszliśmy kontrolę, usiedliśmy w strefie oczekiwania obok automatu z kawą, który akurat się zaciął i jakiś mężczyzna walił w niego pięścią.

Kiedy ogłosili boarding, chwyciłam torebkę i wstałam pierwsza. W samolocie znaleźliśmy nasze miejsca — rząd jedenasty, przy oknie. Usiadłam, Bartek obok. Zostało tylko zapiąć pasy i czekać na start.

I wtedy usłyszałam:

— Bartuś, kochanie, patrz, kto tu jest!

Odwróciłam się gwałtownie. W przejściu stała Teresa, matka Bartka, a obok niej — inna kobieta w podobnym wieku, w intensywnie czerwonej szmince, z uśmiechem od ucha do ucha.

— Mamo, cześć — Bartek podniósł wzrok znad telefonu, a jego twarz zaczęła robić się czerwona.

— Ojej, Bartuś, ty nasz dobroczyńco! Ale z ciebie złoty chłopak! — zaświergotała Teresa.

Nieznajoma też się rozpromieniła:

— Jestem Krystyna, przyjaźnimy się z twoją mamą od trzydziestu lat. Dziękuję, iż o nas nie zapomniałeś!

Odwróciłam się do Bartka.

— O czym one mówią?

Wbił wzrok w oparcie fotela przed sobą.

— Chciałem ci powiedzieć wcześniej…

— Powiedzieć co?

— Kupiłem bilety dla mamy i dla Krystyny.

Coś we mnie się urwało. Kupił bilety. Dla swojej matki i jej koleżanki. Na nasz wspólny wyjazd.

— Żartujesz sobie?

— Mama prosiła, mówiła, iż całe życie marzyła o Krecie, iż emerytura mała, iż drugiej takiej okazji nie będzie. Nie umiałem odmówić.

— A ja? — głos mi się załamał. — Ja też cały rok pracowałam i odkładałam na ten wyjazd. Dla nas dwojga.

— Agata, no przecież i tak będziemy razem. Po prostu teraz będzie nas więcej.

Teresa nachyliła się przez przejście:

— Wcale nie będziemy przeszkadzać! Siedzimy w rzędzie dwunastym. Prawie obok!

— No właśnie — dodała Krystyna. — Młodzi mają być sami. My tylko czasem podejdziemy. No i na wycieczki razem, oczywiście.

Odwróciłam się do okna. Chciałam krzyczeć, ale gardło ścisnęło mi tak, iż nie wyszło ani słowo. Lot trwał trzy godziny. Milczałam przez cały czas, a Bartek kilka razy próbował coś powiedzieć — nie odpowiadałam.

W hotelu okazało się, iż są dwa pokoje: jeden dla nas, drugi dla Teresy i Krystyny. To była jedyna pociecha. Mój pokój wyglądał dokładnie tak jak na zdjęciach — łóżko, balkon z widokiem na zatokę, chłód klimatyzacji. Usiadłam na skraju łóżka, Bartek stanął w drzwiach.

— Musimy porozmawiać.

— O czym?

— Widzę, iż jesteś zła…

— Zła? Bartek, ty ukradłeś moje marzenie. Nasze marzenie.

Zapewniał, iż niczego nie ukradł, iż i tak jesteśmy razem. Ale ja już wiedziałam: to nie będzie romantyczny wyjazd. To będzie wyjazd z jego matką i jej przyjaciółką. Chwilę później rozległo się pukanie, i zanim zdążyłam odpowiedzieć, do pokoju weszła Teresa.

— Bartusiu, klimatyzacja nam nie działa! Przyjdziesz zobaczyć?

— Zaraz, mamo — rzucił i wyszedł, choćby się nie obejrzawszy.

Zostałam sama w pokoju, o którym marzyłam cały rok, i po raz pierwszy pomyślałam, iż chcę wrócić do domu.

Dalej było dokładnie tak, jak się obawiałam. Na śniadanie Teresa z Krystyną machały do nas z drugiego końca sali: "Bartusiu, tutaj!". Na plażę — razem. Na spacer — razem. Bartek nosił im kawę, sok, talerze z bufetu. jeżeli mamie coś nie smakowało, szedł po coś innego. jeżeli chciała do sklepiku z pamiątkami — szedł do sklepiku. jeżeli była zmęczona — szukał cienia. jeżeli chciała wody — biegł po wodę.

Czwartego dnia Teresa zapragnęła wycieczki do Knossos. Sto pięćdziesiąt euro za osobę, sześćset za czworo — wydatek, którego z Bartkiem w ogóle nie planowaliśmy. Próbował zaprotestować, ale matka nie odpuszczała:

— Jesteśmy na wakacjach! Czy tu można oszczędzać?

Krystyna od razu ją poparła:

— Twojej mamie trochę kultury się przyda!

Bartek westchnął i się zgodził. choćby mnie nie zapytał. Na wycieczce było gorąco, tłoczno, kurzyło się spod butów. Teresa z Krystyną bez przerwy narzekały: to pić się chce, to nogi bolą, to słońce niemiłosierne. Bartek biegał wokół nich, a ja szłam z tyłu i w milczeniu robiłam zdjęcia ruin.

Wieczorem teściowa zażyczyła sobie kolacji w restauracji z owocami morza.

— Bartuśku, chodźmy! Podobno tam pyszne rzeczy podają!

— Mamo, tam drogo — spróbował jeszcze raz.

— Raz w życiu można sobie pozwolić na luksus!

Zamówiła homara, Krystyna krewetki, ja wzięłam najtańszą sałatkę na karcie. Kiedy przynieśli rachunek na czterysta osiemdziesiąt euro, Bartek pobladł, ale zapłacił kartą, nie mrugnąwszy okiem. Potem był sklepik z pamiątkami. Magnesy, talerzyki, figurki z oliwek. I znowu portfel Bartka.

Wieczorem siedziałam na balkonie, próbując nie wybuchnąć. Bartek usiadł obok, ostrożnie, jakby na skraju czegoś, co zaraz pęknie.

— Złościsz się?

— To nie złość, Bartek. To rozczarowanie.

Powiedziałam mu wszystko: iż ani razu nie byliśmy sami, iż zamiast romansu robimy za opiekunki dwóch dorosłych kobiet, iż wydał na nie więcej niż na nasz własny odpoczynek.

— Przesadzasz — rzucił.

I wtedy nie wytrzymałam.

— Przesadzam?! Cały rok odkładałam! Odmawiałam sobie wszystkiego! A ty po prostu przywiozłeś tu swoją matkę z koleżanką!

— No bo to moja rodzina…

— A ja dla ciebie kim jestem?

— Moją dziewczyną.

— Dziewczyną, której nie powiedziałeś, iż zabierasz jeszcze dwie osoby!

— Bałem się, iż się nie zgodzisz…

— Oczywiście, iż bym się nie zgodziła! Bo to miał być nasz wyjazd!

W tym momencie drzwi otworzyły się bez pukania. Teresa stała w progu.

— Bartek, co tu się dzieje? Dlaczego ona na ciebie krzyczy?

Nie umiałam się już powstrzymać. Powiedziałam, iż mam dość tego, iż moje wakacje zamieniły się w obsługę teściowej i jej przyjaciółki.

Teresa poczerwieniała.

— Bartek to mój syn! Ma obowiązek się mną zająć!

— A ja myślałam, iż lecimy we dwoje — odpowiedziałam. — Nie z panią, pani koleżanką i pani niekończącymi się żądaniami.

W pokoju zapadła cisza tak gęsta, iż słyszałam szum klimatyzacji. Bartek stał blady, jakby zamienił się w kamień.

— Kim ty w ogóle jesteś, żeby mówić mojemu synowi, jak ma żyć? — rzuciła Teresa.

— Jestem jego dziewczyną.

— Tylko dziewczyną! choćby nie żoną, a już tyle żądań!

W drzwiach pojawiła się Krystyna i też zaczęła coś wtrącać. Już nie powstrzymywałam łez. Mówiłam, iż cały ten wyjazd zamienił się dla mnie w koszmar, iż nie odpoczywam, tylko znoszę.

— To nie znoś! — warknęła teściowa. — Idź odpoczywać sama!

Zamarłam. A potem nagle zrozumiałam: to naprawdę jest wyjście.

— Świetny pomysł — powiedziałam i odwróciłam się do Bartka. — Właśnie tak zrobię.

— Co? — patrzył na mnie zdezorientowany.

— Resztę wyjazdu spędzę osobno.

Wyciągnęłam walizkę i zaczęłam wrzucać do niej rzeczy.

— Przenoszę się do innego pokoju.

— Agata, to szaleństwo!

— Szaleństwem jest znosić twoją matkę i jej koleżankę jeszcze trzy dni.

Teresa prychnęła z pogardą:

— No to idź! Bez ciebie będzie nam tylko lepiej!

Zapięłam walizkę, wzięłam torebkę i spojrzałam na Bartka po raz ostatni tego wieczoru.

— Odpoczywaj z nią. jeżeli ona jest dla ciebie ważniejsza.

Otworzyłam drzwi i wyszłam. Bartek ruszył było za mną, ale ręka matki zacisnęła się na jego łokciu.

— Bartusiu, ani kroku! Niech idzie, gdzie chce!

Zatrzymał się. Popatrzył na matkę. Potem na zamknięte drzwi. I nie poszedł za mną.

Recepcja hotelowa miała wolny pokój na piętrze wyżej, mniejszy, bez balkonu, za dopłatą sto dwadzieścia euro za resztę pobytu — zapłaciłam kartą, tą samą, na której miałam odłożone na ewentualne "co, jeśli". Następne cztery dni chodziłam na plażę sama, jadłam śniadania z widokiem na morze bez nikogo, kto machałby mi z drugiego stolika. Bartka widziałam raz, przy basenie, kiedy niósł matce ręcznik. Nie podeszłam.

Wróciłam do Poznania osiem dni później, dwudziestego czwartego czerwca, sama — zmieniłam bilet powrotny na wcześniejszy o jeden dzień, dopłata sto dziewięćdziesiąt złotych, i choćby nie napisałam mu, iż wylatuję inną maszyną. On dowiedział się dopiero na miejscu, kiedy jego miejsce w taksówce z lotniska zostało puste.

Rzeczy Bartka trzymałam w mieszkaniu, które wynajmowałam sama od trzech lat — to była moja umowa, mój adres na dowodzie, jego nazwisko nigdy tam nie figurowało. W poniedziałek, gdy wrócił z pracy, zastał dwa kartonowe pudła spakowane w przedpokoju i klucze do zamka, którego kod już zmieniłam u ślusarza na rogu Głogowskiej — sto pięćdziesiąt złotych, zapłacone z tego samego konta, na które przez rok odkładałam po pięćset złotych miesięcznie.

— Możesz zabrać resztę w weekend, kiedy będę w pracy — powiedziałam, podając mu kopertę z dwoma kluczami zapasowymi, które kiedyś mu dorobiłam. — Umówimy się z portierem.

Nie krzyczał. Stał w progu, z pudłem pod pachą, i pytał, czy to na pewno koniec, czy może jeszcze porozmawiamy. Powiedziałam, iż rozmawialiśmy już wystarczająco — na balkonie w Chanii, przy siedmiuset euro rachunku za homara i wycieczkę, których nie planowaliśmy. Zamknęłam drzwi, zanim zdążył odpowiedzieć, i usłyszałam, jak winda zjeżdża w dół.

Idź do oryginalnego materiału