Słuchaj, muszę ci opowiedzieć, co się stało, kiedy spacerowałam wzdłuż jeziora pod Warszawą. Zauważyłam tam dzikiego gąsiorka, który jakby wołał o pomoc, machając skrzydłami i wpatrując się w ludzi. Niestety, wszyscy się przed nim cofnęli, przekonani, iż zaraz nas pogryzie. Nie mogłam po prostu stać i patrzeć, więc podeszłam bliżej i spróbowałam go nakarmić. Okazało się jednak, iż nie miał ochoty na jedzenie chciał, żebym za nim poszła. Z odrobiną odwagi ruszyłam za ptakiem, a on poprowadził mnie w stronę brzegowych kamieni.
Tam, w szczelinie między kamieniami, utknął mały pisklę pisklę gąsiora. Wokół niego krążyła cała rodzina, głośno go wołając. Delikatnie wyciągnęłam malucha i oddałam go z powrotem rodzicom. Gąsiorek z wdzięcznością odleciał razem z rodziną, a ich skrzydła odbijały się w wodzie jak małe perełki.
Nie minęło dużo czasu, zanim wrócili, by podziękować mi osobiście. Od tego momentu cała gąsiowata banda osiedliła się w moim podwórku. Nie miałam nic przeciwko takiej towarzystwie karmiłam je codziennie i dbałam, żeby nic im nie stało się na drodze. Z czasem coraz lepiej rozumiała, jak ważne jest słuchać tych, których świat zwykle nie słyszy. Każdy kolejny dzień zbliżał mnie do moich pierzastych przyjaciół.
Rano budziły mnie ich radosne gęganie, a wieczorem odprowadzały mnie aż do drzwi, a kiedy wyjeżdżały po pożywienie, zostawiały mi pod opieką swoje pisklęta. Ludzie przestali się bać gąsiorów wręcz przychodzili podziwiać tę nietypową przyjaźń między człowiekiem a dzikimi ptakami. Jedno spotkanie nad brzegiem jeziora odmieniło nie tylko los małego gąsiora, ale i moje życie, napełniając je troską, pewnością i prawdziwą, spokojną radością. Za każdym razem, gdy przechodzę obok tego jeziora, mam wrażenie, iż wiatr szepcze mi wesołe dzięki.










